Marzyłam o nim od chwili, kiedy po raz pierwszy usłyszałam dwa magiczne słowa: Manaus i Belem.
Belem to miasto w Brazylii przy ujściu Amazonki do oceanu. Manaus – metropolia zbudowana w dżungli przez milionerów i awanturników, którzy dorobili się majątku na handlu kauczukiem. Dzieli je dwa tysiące kilometrów.
Brazylia geograficznie jest najbliższym sąsiadem Peru. Ale obyczajowo te dwa kraje leżą na różnych planetach. W Peru rzekę traktuje się jak ruchomy i samooczyszczający się śmietnik. W Brazylii jest dokładnie odwrotnie: każdego wieczoru w miastach pojawiają się brygady sprzątaczek, a w porcie wiszą plakaty informujące o tym, ile czasu przyroda potrzebuje, żeby rozłożyć na czynniki pierwsze zwykłą puszkę po coli, kawałek papieru czy plastikowy widelec.
Kilka miesięcy wcześniej podróżowałam statkami po Ukajali i Amazonce w Peru, wiedziałam więc, czego mogę się spodziewać: zardzewiałej krypy wypakowanej skrzynkami, beczkami i ludźmi aż po dach, z jedną czynną łazienką dla pięciuset osób. Nastawiłam się odpowiednio mocno psychicznie. Zapakowałam plecak. Poszłam do portu. I na widok statku... oniemiałam. Był wielki, biały, czysty, błyszczał w słońcu.
Przewóz osób na statkach amazońskich jest zorganizowany w prosty sposób: pasażer kupuje bilet, który uprawnia go do rozwieszenia hamaka pod sufitem. Trzeba przyjść z własnym hamakiem i sznurkami. Nie dotyczy to tylko ludzi bogatych, którzy na czas podróży mogą zamieszkać w jednej z kabinek, mieszczących dwa wąskie piętrowe łóżka i mały wentylatorek.
Po piątej zaczęli schodzić się ludzie. Rozwiesiłam hamak blisko ściany, by nocą ochronić się przed wiatrem. Przed szóstą ryknął silnik i odpłynęliśmy wprost ku zachodzącemu słońcu, które rzucało na niebo złotą łunę. Minęliśmy statek, który właśnie przypłynął z rzeki Xingu, małe łodzie i stateczki zacumowane w porcie, wielki czarny dźwig i ostatnie zabudowania, a potem po obu stronach rzeki nastała puszcza. Amazonka wyglądała jak morze roztopionego metalu.
Podróż statkiem po Amazonce to jak kino do góry nogami. W zwykłym kinie człowiek siedzi w fotelu, a przed nim na ekranie przesuwają się obrazki. A tutaj ja wędruję w ruchomym fotelu przez stojący w miejscu film – zatrzymany i rozwinięty na wiele kilometrów. Płynę wzdłuż tego filmu i oglądam go klatka po klatce. Tu mała chata z drewna i czółno zacumowane przy pomoście. Dwie dziewczynki płyną łódką o wiosłach. Mijam drzewo śliwkowe, którego zielone podłużne owoce są niejadalne dla ludzi, ale stanowią przysmak tutejszych ryb. Od brzegu odbija łódka z dwoma chłopcami w środku. Jeden trzyma długą laskę trzciny cukrowej, drugi macha wiosłem pomalowanym na czerwono. Ich czółno to zwykła indiańska dłubanka zrobiona z pnia drzewa.
Nagle całkiem niedaleko z wody wysuwa się złowieszczy trójkąt. Gdybym nie wiedziała, że w Amazonce nie ma rekinów, obleciałby mnie strach. Trójkąt rozciął miękko wodę, widać było, że stanowi tylko mały fragment wielkiego, obłego ciała w przedziwnym kolorze... Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o różowych delfinach, które rzekomo żyją w słodkich wodach dorzecza Amazonki, pomyślałam, że ta legenda wzięła się z wybujałej wyobraźni Europejczyków, którym wszystko wydaje się tu cudowne i niezwykłe. Tymczasem delfiny naprawdę żyją w Amazonce. I rzeczywiście są różowe jak materiał na poduszki. Są też chyba najszczęśliwszymi zwierzętami w puszczy. Indianie wierzą, że zwierzęta te potrafią zamieniać się w przystojnych mężczyzn, którzy schodzą na brzeg i uwodzą młode dziewczęta. Wszystkie niespodziewane ciąże, do których doszło w niejasnych okolicznościach, przypisuje się właśnie różowym delfinom przybierającym ludzką postać. Kto odważy się zabić delfina i zjeść jego mięso, tego skóra natychmiast pokryje się czerwoną bolesną wysypką. Dlatego nikt nie poluje na delfiny chętnie podpływające do statków poprzednia 1 | 2 | 3 | 4 następna |