Pod słońcem Kalifornii

Mało jest miejsc na świecie, gdzie rzeczywistość tak bardzo odpowiadałaby marzeniom. Kalifornia to raj na ziemi, spełnienie amerykańskiego snu.

Słońce świeci tu przez cały rok, gospodarka kwitnie, ludzie żyją dostatnio, są zawsze uśmiechnięci.  Los Angeles i San Francisco  to najweselsze miasta USA. W dolinach  Napa i Sonoma robi się wyśmienite wina.

Jeśli Stany Zjednoczone mają być ucieleśnieniem wolności i demokracji, to Kalifornia jest tego kwintesencją. Prezydentem kraju niemal zawsze zostaje faworyt owego stanu. Na swojego gubernatora mieszkańcy wybrali niedawno idola kina akcji, „obcego”, Arnolda Schwarzeneggera. Kalifornia jest ojczyzną emigrantów z całego świata, naukowców, artystów, finansistów.

W San Francisco, gdzie osiedliło się bardzo wielu cudzoziemców, Europejczyka najbardziej urzeka wielkość tego miasta, a raczej jego „niewielkość”. Według amerykańskich standardów, Frisco to właściwie mieścina. Gdyby nie konieczność nieustannej wspinaczki (tam wszędzie jest „pod górkę”!) można by nie korzystać z komunikacji miejskiej. Jednak przejazd jedną z trzech słynnych kolejek miejskich cable cars jest ekscytującym przeżyciem. Najbardziej karkołomna trasa biegnie ulicami o nachyleniu około 21 stopni.

Cable cars nazywane są tramwajami, działają jednak na podobnej zasadzie jak kolejka na Gubałówkę. Pojazd wciąga na górę lina ukryta pod ulicą. Natomiast zjazd w dół odbywa się swobodnie... Prawdziwe tramwaje to osobna rozrywka. Władzom miasta udało się zgromadzić historyczny tabor z całego świata. Można np. przejechać się oryginalnym włoskim tramwajem z lat 50. z drewnianymi ławkami, boazerią na ścianach i zachowanym, europejskim rozkładem jazdy.

Kolejki i tramwaje to nie jedyne doznania, które wyzwalają tu adrenalinę. Już samo położenie San Francisco budzi pewną nerwowość. Dokładnie pod półwyspem, na którym leży miasto, biegnie największy na Ziemi uskok tektoniczny – między dwiema ocierającymi się płytami. Szczelina liczy ponad 1000 kilometrów i przemieszcza się rocznie o około pięć centymetrów. Zwykle skały tylko ślizgają się po sobie. Gdy jednak zahaczą jedna o drugą, wytwarza się napięcie znajdujące ujście w trzęsieniu ziemi. To największe, z 1906 roku, doszczętnie zburzyło miasto. Ostatni poważny kataklizm mieszkańcy przeżyli 17 października 1989. Siła wstrząsu wyniosła 7,1 stopnia w skali Richtera.

Pewnie dlatego w San Francisco nie ma zbyt wielu strzelistych wieżowców, a dzielnica finansowa skupiona jest na niewielkim kawałku downtown. W jej cieniu kryje się North Beach, sektor włoski, wytyczający swoje granice zielono-biało-czerwonymi paskami malowanymi na słupach latarni. Takie oznakowanie bywa w multinarodowym San Francisco pożyteczne, bo czasem, przechodząc przez ulicę, można nieświadomie znaleźć się innym państwie, na przykład w Chinatown. San Francisco, najpierw hiszpańskie, potem meksykańskie, w końcu amerykańskie, stało się przystankiem dla ciągnących ze wschodu poszukiwaczy złota. Z drugiej strony, przez ocean, docierali tu Chińczycy i Japończycy.

To narodowe wymieszanie najlepiej odzwierciedla kalifornijska kuchnia zwana fusion, łącząca wszystkie receptury i tradycje. Wędrując po mieście można sobie zafundować kulinarną podróż dookoła świata. Obowiązkowym posiłkiem jest chowder – gęsta zupa z owocami morza podawana w dużej wydrążonej bułce. Po lunchu warto wsiąść na jeden ze statków obwożących turystów po zatoce San Francisco, kryjącej takie atrakcje jak więzienie Alcatraz czy kolosalny czerwony most Golden Gate (niemal niewidoczny z miasta).

Podczas gdy San Francisco urzeka spokojem czy wręcz flegmatycznością, Los Angeles przyciąga ludzi żądnych wrażeń, nastawionych na zysk. Najbardziej znana część Miasta Aniołów to Hollywood. Trudno sobie wyobrazić, że tę dzielnicę na północnych przedmieściach stworzyli bogobojni prezbiterianie, uciekając z wyuzdanego centrum. Jednak już w 1911 roku powstało tu pierwsze studio filmowe. Powód przeniesienia przemysłu kinematograficznego ze Wschodniego Wybrzeża do Kalifornii był prozaiczny. Tutejsza pogoda nigdy nie pokrzyżuje filmowcom planów...

Mormoni wędrujący w XIX wieku przez Kalifornię widzieli wyrastające z pustynnego piasku niewielkie,