Tajemniczo na oceanie

Jeśli ktoś chciałby odciąć się od świata, w dosłownym tego słowa znaczeniu, powinien przyjechać właśnie tutaj.

Oficjalna nazwa: Isla de Pascua (należy do Chile)
Położenie: wyspa na Oceanie Spokojnym oddalona 3700 km od wybrzeża Ameryki Południowej.
Kraje sąsiadujące: najbliższa zamieszkana wyspa  to Pitcairn, oddalona o 2000 km na południowy zachód
Powierzchnia: 163 km2
Ośrodek administracyjny i jedyne miasto:  Hanga Roa
Ludność: 3000 mieszkańców
Język urzędowy: hiszpański
Główna religia: islam
Jednostka monetarna: 1 peso = 100 centavos
Ustrój: wyspa należy do Chile,  które jest republiką prezydencką Gospodarka: rolnictwo (trzcina cukrowa, bataty,  taro, banany), rybołówstwo, rzemiosło artystyczne  (wyroby z muszli), turystyka

To wyspa najbardziej oddalona od zamieszkanych lądów, jedno z niewielu miejsc globu, gdzie nie działają telefony komórkowe. Jest tu jedna szkoła, jeden kościół i jedna lecznica.  Oraz kilkaset tajemniczych posągów...

Punkt na mapie. Samolot lata tam tylko dwa razy w tygodniu – z Santiago de Chile. Trudno sobie wyobrazić, że na tym odległym, samotnym skrawku ziemi, otoczonym Oceanem Spokojnym, narodziła się jedna z najbardziej niezwykłych kultur.

Na Wyspę nie trzeba wybierać się w czasie Wielkiejnocy. Jej nazwa nie nawiązuje do specjalnych obchodów tego święta, a do daty jej odkrycia przez pierwszego Europejczyka. 5 kwietnia 1722 roku, w Niedzielę Wielkanocną dotarł tu holenderski kapitan Jacob Roggeveen i tak ochrzcił to miejsce. A przyjechać można tu o każdej porze roku, pogoda jest niezmienna. Ranki są chłodne i często deszczowe, w południe  zaczyna się przejaśniać, a około czternastej można zdjąć sweter i założyć kostium kąpielowy, by wygrzewać się na plaży w malowniczej  zatoczce otoczonej palmami.

Na Rapa Nui przyciągają turystów, antropologów i archeologów monolityczne posągi moai. Stoją wokół całej wyspy, jedne na megalitycznych ołtarzach ahu, inne niedokończone wokół kamieniołomu Rano Raraku. Twarze mają zawsze zwrócone do lądu. Powstały między X a XV wiekiem naszej ery. Lecz to nie technika transportu tych gigantycznych, czasem przekraczających 20 metrów, rzeźb wzbudza największą ciekawość. Zastanawiające jest, w jaki sposób mogła narodzić się tak zaawansowana cywilizacja na odciętym od świata kawałku surowego lądu.

Zhierarchizowane społeczeństwo, z wodzem, kapłanami, wojownikami, rzemieślnikami i sługami wznosiło posągi ku czci swoich władców i bogów. Żyło spokojnie do chwili, gdy wycięto wszystkie drzewa, potrzebne do transportu rzeźb. Wtedy rozpętały się walki między klanami i z głodu zaczęto zjadać się nawzajem. Zagładzie tej cywilizacji towarzyszyło również burzenie posągów, tak pieczołowicie wcześniej rzeźbionych i transportowanych. Przestano wierzyć w nadprzyrodzoną, życiodajną siłę mana. Do dalszej destrukcji przyczynili się handlarze niewolnikami, którzy porywali stąd mieszkańców do Peru, oraz europejscy żeglarze, przywożąc choroby  zakaźne, m.in. ospę.

Historycy do dziś spierają się, czy wspaniałe budowle z tufu wulkanicznego, domy z kamienia w kształcie czółen, ołtarze z wielkich głazów to dzieło potomków ludów polinezyjskich czy Inków. Posągi na cześć wodzów, wprawdzie prymitywniejsze, wznoszono na wyspach Polinezji i w Nowej  Zelandii, a kamienne budowle i całe miasta konstruowane z megalitycznych wycinanych skał, stawiali