Gorący taniec i surrealizm

Costa Brava – wybrzeże, które widziały miliony ludzi, ale tak naprawdę poznali tylko nieliczni.

Z Mercedes spotkaliśmy się przypadkiem w kawiarni. Jest studentką anglistyki na uniwersytecie w Madrycie, ale wzięła roczny urlop, aby objechać świat. Chce zostać przewodnikiem turystycznym.

Swoją podróż zaczyna od Costa Brava i jeśli zechcę, chętnie sprawdzi się w nowej roli i pokaże mi to wybrzeże. Takie, którego istnienia nawet nie domyślają się miliony przyjeżdżających tu turystów.

Nasza podróż zaczyna się na północ od Blanes. Tam, gdzie nie buduje się jeszcze wielkich miast dla przyjezdnych. Tam, gdzie plaże nie sąsiadują z nudnymi wieżowcami. Tam, gdzie horchatę – orzeźwiający napój z tłuczonych migdałów zamawia się na migi, bo nikt nie rozumie po angielsku i nie chce mówić po hiszpańsku.

Miejscowi chętnie wspominają czasy świetności XIV-wiecznej Katalonii. Mszczą się na całym świecie za czas pogardy, kiedy generał Franco zakazał używania katalońskiego, nazywając go separatystycznym dialektem.

Cenią swoją autonomię. Dlatego też mecze FC Barcelony z Realem Madryt są czymś więcej niż tylko wydarzeniem sportowym. Są wojną między Katalończykami a Kastylijczykami.

Żeby zobaczyć Katalonię Mercedes, musiałem zrezygnować z wizyty w Barcelonie. Ale było warto. Późne popołudnie. Palamós. Na pierwszy rzut oka jeszcze jedno niewielkie miasteczko na wybrzeżu.

Urokliwe wąskie uliczki starego miasta założonego w II połowie XIII wieku. Bruk, stare domy, ogrody na balkonach i dachach – wszystko, jak wszędzie w Hiszpanii, w dość banalny sposób zaprasza do spędzenia czasu i... w konsekwencji do wydania pieniędzy.

Poza tym do wyboru jest tylko brzydka nowoczesna dzielnica przy porcie. Zostajemy więc w Palamós na cały dzień.

Około godziny 6 po południu senne miasteczko ożywa. Rozpoczyna się wielki targ rybny, na którym setki rybaków sprzedają połów całego dnia. Bogactwo towaru przeogromne, jest tu dosłownie wszystko: od najpospolitszych ryb po luksusowe frutti di mare.

Jeszcze ciekawiej jest w pobliskim Palafrugell, gdzie zamiast zwykłego targu organizuje się aukcję świeżych ryb. Kupcy wrzeszczą i nawołują. Kupujący zaciekle targują się o każdego centa.

Wszędzie rozbrzmiewa gardłowy, z definicji romantyczny język kataloński. Prawdziwe misterium handlu, podobne można zobaczyć tylko w krajach arabskich. Wizyty tutaj nie sposób zapomnieć.

Kto ma mniej czasu i musi wybrać tylko jeden targ, powinien postawić na Palafrugell. Choćby dlatego, że samo miasteczko jest ładniejsze od Palamós. XIV-wieczny kościół, odchodzące od głównego placu romantyczne uliczki, dziesiątki kafejek i sklepów.

Wszędzie aż roi się od turystów, ale w odróżnieniu od większości katalońskich miast nie są oni tutaj panami, lecz gośćmi. I są traktowani jak goście. Przechodzimy koło starego rozsypującego się domu.

Na progu siedzi gospodarz i z wyrazem błogości na twarzy zajada złotawego melona. Przełykam ślinę – też bym zjadł. Nie zdążam nawet rozejrzeć się za jakimś pobliskim straganem, a Katalończyk już przywołuje mnie do siebie i wręcza kawałek soczystego owocu.

Natychmiast się odwraca. – Nie chce, żebyś pomyślał, że czegokolwiek od ciebie oczekuje – tłumaczy Mercedes. – Nie musisz dziękować, daj mu spokój. Poczęstował gościa melonem i to wszystko.

Palafrugell ma jeszcze jedną zaletę. Właśnie tu wybrzeże zmienia swój image. Kończą się wygodne szosy i hotelowe blokowiska. Wzdłuż urwisk i klifów nie wiedzie żadna przyzwoita droga. Są za to miasteczka, zatoki i plaże, które bez przesady można nazwać perłami Morza Śródziemnego.

Do najpiękniejszych należą Calella de Palafrugell, Llafranc i Tamariu. – O każdej z tych wiosek można by napisać powieść – mówi Mercedes. – To piękno w czystej formie. Zauważam, że moja przewodniczka nieco się denerwuje.

Nie wie, czy będę umiał docenić to, co w Katalonii najlepsze, czy nie obrażę jej magicznych miejsc. Niepotrzebnie – wioski wzbudzają mój zachwyt. Można w nich znaleźć wszystko, czego dusza zapragnie.

Są zabytki, piękna przyroda i gorące południowe dyskoteki, na których szaleje się przez całą