Chiński głód hazardu jest nienasycony: zanim w Warszawie powstanie nowy stadion, w Makao zostanie otwartych dziesięć kasyn i luksusowych hoteli. Ale ta była portugalska kolonia to więcej niż azjatyckie Las Vegas.
Z kaczką po pekińsu
Jak na jeden z najgęściej zaludnionych skrawków planety, jest tu niezwykle pusto. W innych częściach Chin, z pobliskim Hongkongiem na czele, życie nie zamiera nawet w środku nocy: o trzeciej nad ranem uliczni sprzedawcy skarpetek lub makaronu nadal liczą na zabłąkanego klienta. W sobotni poranek w Makao po ulicach hula tylko wiatr, kurz i śmieci zbiegłe spod miotły zamiatacza. Dopiero po 10.00 rano słychać hurgot pierwszych sklepowych żaluzji, natężający się szum ulicznego ruchu, który za kilka godzin osiągnie nieruchomy constans permanentnego korka i gwaru przechodniów. W porze lunchu po ulicach ciągnie już zwarty tłum, nerwowo poszukujący obowiązkowego posiłku. Po południu ludzka masa powoli się przerzedza, aby rozproszyć się i zniknąć... No właśnie, gdzie? Gdzie co wieczór znika trzy czwarte lokalnej populacji i tysiące turystów nawiedzających codziennie ten maleńki półwysep?
Oczywiście: w kasynach. Niemal połowa dochodów lokalnego rządu pochodzi z hazardu i turystyki. Zdecydowana większość z milionów przyjezdnych, którzy wysypują się na tę ziemię z przypływających tu co pół godziny promów z Hongkongu, przybywa w jednym celu: oddać się trwającej całą dobę orgii tracenia pieniędzy. W Chinach hazard jest nielegalny, ale ponieważ Makao, podobnie jak Hongkong, ma status Specjalnej Strefy Ekonomicznej (S.A.R. – Special Administrative Region) z własnym rządem, sądami, prawem imigracyjnym i legislaturą, stało się ono mekką wielbicieli ruletki i jej kuzynów. Warto przy okazji wiedzieć, że u żadnej chyba nacji na ziemi gen hazardu nie jest tak dominujący jak u Chińczyków. Zamiłowanie do igrania z losem przy pomocy ciężko zarobionych pieniędzy przyjmuje różne formy: od pokątnie urządzanych wyścigów żuków, po loterie, karciane gry, maratony madżonga o wielkie stawki i wreszcie legalne przegrywanie z klasą: w blasku oklejonych lustrami i złotem kasyn. Czyli właśnie w Makao.
Od lat 60. ubiegłego stulecia, kiedy Makao nie było niczym więcej, jak prowincjonalną dziurą nękaną przez konflikty Triad, oazą dla katolickich misjonarzy i sentymentalną pamiątką po portugalskich ambicjach kolonialnych, Chińczycy z Hongkongu i Tajwanu tradycyjnie wpadali tu na szalone weekendy spędzane na ślęczeniu przy karcianych stołach, gry w Dai Siu („małe – duże” – rodzaj gry w kości), boule (lokalna odmiana ruletki), Pai Kao (forma chińskiego domina) czy też w tradycyjne Fan Tan. W tej ostatniej krupier wypełnia kubek porcelanowymi guzikami i odkłada go na bok. Gdy grający obstawią już zakłady, guziki z kubka odlicza się w grupach po cztery. Zakłady są o to, ile guzików pozostanie, kiedy odliczy się ostatnią czwórkę.
Od 1999 roku jednak, czyli od przekazania Makao przez Portugalczyków w ręce Chińskiej Republiki Ludowej, wiele się zmieniło. Szefów kryminalnych gangów wysłano na bezterminowe wakacje w obozach pracy, zainwestowano miliardy dolarów w infrastrukturę i otwarto się na zagranicznych inwestorów. Sześć lat temu poluzowano również monopol na prowadzenie kasyn i obok nadgryzionych zębem czasu lokalnych miejsc hazardu, takich jak Grand Lisoboa Casino, zaczęły wyrastać młodsze siostry słynnych na cały świat rozrywkowych konglomeratów z Las Vegas: amerykańskie kasyna – hotele Wynn, Sands, MGM Grand, Starworld oraz największa i najbardziej imponująca z nich: replika Wenecji razem z jej kanałami, zabytkami, gondolierami i sztuczną laguną, czyli The Venetian Macau.
Ponieważ półwysep byłej kolonii nie był w stanie pomieścić budowli na taką skalę, zarówno Sands, jak i „Mała Wenecja” mieszczą się na Cotai Strip – wyrwanym morzu przesmyku lądu pomiędzy sąsiednimi wyspami Taipa i Coloane. Cztery kolejne molochy w ich pobliżu są już albo w budowie, albo w planach. Tempo jest zawrotne: terytorium Makao razem z wyspami ma zaledwie 27 km² powierzchin, a już poprzednia 1 | 2 | 3 następna |