Z otwartą głową i do przodu – to jej podróżnicza strategia. Na drugim końcu świata szuka ciszy, przestrzeni, a ludzi zjednuje sobie uśmiechem.
Podróż to ludzie. Mogłaby Pani opisać jakieś spotkanie w podróży, które Panią zmieniło?
Uganda, mała wioska na pustyni. Chaty zlepione z łajna kóz i gałęzi. Bez okien. Szukamy z koleżanką sklepu, żeby kupić wodę. Naprzeciwko nas kilkuletnia dziewczynka zatrzymuje się, stoi jak słup soli. Jest przerażona, ani drgnie. Potem okazało się, że w jej wiosce wciąż uczyli dzieci, że biały człowiek przychodzi z Nieba. Ona widziała białego pierwszy raz w życiu. Była przekonana, że przed chwilą na obłoku zstąpiłyśmy z niebios. To uczy pokory.
Która podróż była Pani przygodą życia?
Kilka takich było. Kenia i Uganda – bo pierwsza duża z mapą i plecakiem. Peru, Boliwia, Chile – bo nauczyłam się, że trzeba mieć oczy dookoła głowy, Tajlandia i Brazylia – bo to były podróże samotne, Australia i Nowa Zelandia – bo taką przestrzenią i zielenią można oddychać i oddychać. Mongolia – bo w stepach słychać ciszę.
Czym się Pani inspiruje, wybierając cele podróży?
Kilka lat temu postanowiłam, że raz do roku jadę w miejsce, gdzie mnie jeszcze nie było. I to wcale nie musi być koniec świata. W Borach Tucholskich czy na Suwalszczyźnie też można znaleźć siebie.
Jaki jest Pani patent na podróżowanie?
Mapy, plecak, rekomendacje znajomych i te wyszukane w internecie. Lonely Planet i do przodu. Z otwartą głową i pokorą. To zawsze się przydaje.
Trudy podróży to okazja do poznania siebie. Gdzie podróżuje się najtrudniej, czyli gdzie najłatwiej poznać siebie?
Poznajemy siebie nie tylko w ekstremalnych sytuacjach. Oczywiście na tyle siebie znamy, na ile nas sprawdzono, ale samotnie spędzony miesiąc na Mazurach (poza sezonem), w Kotlinie Kłodzkiej czy w Bieszczadach też pozwoli nam usłyszeć własne myśli. O ile oczywiście będziemy tego chcieli. Poznawałam siebie i w ciszy w Polsce, i na pustyni Atacama w Chile, gdzie mnie i moje dwie przyjaciółki zaatakowała 8-osobowa szajka złodziei. Zawsze myślałam, że w takiej sytuacji strach mnie sparaliżuje. Tymczasem (jak wynika z relacji koleżanki, z którą podróżowałam, bo ja nic nie pamiętam, ze stresu oczywiście!) spokojnie z nimi negocjowałam i odciągałam od niej. Skończyło się na skradzionym paszporcie i karcie kredytowej.
Pani ulubieni przewodnicy to zwykli mieszkańcy? Jak ich Pani znajduje? Jak oswaja?
Zabrzmi banalnie, ale nie szkodzi, bo tak naprawdę jest: oswaja uśmiech, szczerość, normalność, zrozumienie, uwaga. Nie jestem lepsza i fajniejsza, bo mam komórkę, a Masaj pije mleko zmieszane z krwią kóz. Można się porozumieć, nie znając suahili, można się śmiać, kiedy do zdezelowanego busa, gdzie na dwóch miejscach siedzi pięciu pasażerów, nagle wskakuje ten szósty, siada mi na kolanach i tłumaczy, że musi, bo jest kontrolerem.
Woli Pani nocować w hotelach, pensjonatach, czy u ludzi?
Nocowałam w mongolskich jurtach, nocowałam pod gwiazdami i w gorących źródłach w górach w Peru. Nocowałam w afrykańskich hotelach z betonu, gdzie sufit rozpierzchał się po otwarciu drzwi do pokoju. Takich wielkich prusaków nigdzie nie widziałam. Dla mnie miejsca to ludzie. Jak są przyjaźni, oswajają nawet najgorsze nory.
Woli Pani podróżować sama? Dlaczego?
Lubię podróżować sama, bo wtedy więcej się widzi, więcej słyszy, na więcej szczegółów zwraca uwagę, poznaje więcej ludzi. Ale lubię też z kimś: bo to czysta frajda podzielić się widokiem, smakiem, zapachem.
Przywozi Pani coś z podróży?
Coraz mniej. Kiedyś to były rzeźby, gadżety, mnóstwo zdjęć. Teraz nawet zdjęć coraz mniej. Czasami boję się, że mi jakaś scena ucieknie, kiedy będę wyjmować aparat. Więc nie wyjmuję. Patrzę i zapamiętuję w głowie, sercu, duszy. A potem to sobie gra.
Beata poprzednia 1 | 2 następna |