Wzgórza spokoju Oświetlone zachodzącym słońcem gospodarstwo leżące przy drodze między Pietrzwałdem i Wysoką Wsią (fot. Agnieszka Rodowicz)
Mazury

Wzgórza spokoju

02stycznia2015

Jeziora? Wiadomo. W końcu to Mazury Zachodnie. Łagodne wzniesienia? Oczywiste. Okolica nosi przecież nazwę Wzgórz Dylewskich. Że warto przyjechać tu zimą? To już budzi wątpliwości. Tak jak porównywanie z Toskanią. A jednak jest w tym głęboki sens.

Polecane wideo

W kuchni Starej Szkoły – pensjonatu urządzonego w poniemieckiej podstawówce – pachnie sernikiem i naparem z suszonej lipy. Nadszedł czas podwieczorku. Czarny kot, rozleniwiony ciepłem, leży na parapecie, patrząc przez okno w granatowy mrok.
Na starym kredensie tykają zegary. Każdy wskazuje inną godzinę. Która jest naprawdę? Nie wiadomo. Ale też nikomu ta wiedza nie jest potrzebna. Kto skręci z ruchliwej drogi krajowej numer 7 w kierunku Lubawy, wpada w inny wymiar czasu, który biegnie
tu dużo, dużo wolniej.

 

Czterdzieści kilometrów dzielące Wysoką Wieś – serce Wzgórz Dylewskich – od siódemki, pokonuje się zimą przez godzinę. Jazda drogą przypominającą tunel w śniegu wysokim na niemal metr nie odbywa się szybko. Zatrzymać podróżnika może też polna myszka przebiegająca przez białą szosę. Albo zając, który siedzi na niej i na widok samochodu oddala się bez pośpiechu, skacząc przez pole nakryte puchową kołdrą. Trudno uwierzyć, że kilka kilometrów stąd pędzą po szosie tiry, trąbią klaksony, oślepiają reflektory. Tu tylko księżyc oświetla domy oblane ze wszystkich stron śniegiem jak baby drożdżowe lukrem.

 

Są dni, kiedy we Wzgórzach Dylewskich mróz ściska wyjątkowo bezlitośnie, śnieg skrzypi pod butami,
a powietrze szczypie w nos i policzki. Wędrując wtedy przez puste, białe przestrzenie Wzgórz Dylewskich, można się poczuć jak samotny bohater powieści Jacka Londona. Na szczęście jest tu jednocześnie daleko
od bezpiecznej cywilizacji i bardzo do niej blisko (fot. Agnieszka Rodowicz)

Światło nielicznych latarni stojących we wsiach i sączące się z okien domów ledwo przebija się przez śnieżny pył wirujący w powietrzu. Wraz z kolejnymi kilometrami białe pola ustępują lasowi. Gałęzie wysokich drzew, przygniecione ciężarem śniegu, chylą się do samej ziemi. Kiedy droga zaczyna się już dłużyć, ponad lasem pojawia się różowożółta łuna. Szosa wspina się w górę, a potem gwałtownie spada w dół i podróżny zjeżdża nagle jak po torze bobslejowym do Wysokiej Wsi.

 

To serce Wzgórz Dylewskich na Mazurach Zachodnich. Ludzi tu mało, domy pobudowane daleko jeden od drugiego, do niektórych zimą ciężko dojechać, bo pług nie zdążył przetrzeć szlaku po kolejnej zadymce. Autobus PKS-u jedzie przez wieś dwa razy dziennie. A kiedy mocniej sypnie śnieg, to nie dociera wcale.

 

Kościół w kratkę w Kraplewie (fot. Agnieszka Rodowicz)

Przed wojną Wzgórza Dylewskie leżały w niemieckiej prowincji Prusy Wschodnie.
W styczniu 1945 roku rozpoczął się atak wojsk radzieckich, który przesądził o jej losach. Ludność niemiecka nie była informowana o tym, co dzieje się na froncie. Dopiero kiedy Rosjanie byli już bardzo blisko, ogłoszono przymusową ewakuację. Mieszkańcy musieli w ciągu pół godziny pożegnać się z dorobkiem życia i wsiąść do pociągu lub na furmankę. Wobec tych, którzy nie zdążyli lub wbrew rozkazom zostali, Sowieci nie mieli litości. Ci, którzy przeżyli, byli wywożeni w głąb Rosji na roboty. W ciągu kilku dni legł
w gruzach wschodniopruski porządek rzeczy i ukształtowana przez wieki społeczność mieszkających tu Niemców, Mazurów i Warmiaków.

 

Z początkiem wiosny zaczęli przybywać uchodźcy z przyłączanych do ZSRR Wileńszczyzny, Litwy Kowieńskiej, Wołynia, Nowogródczyzny, Grodzieńszczyzny. Przyjeżdżali także przesiedleńcy z Polski Centralnej i Pomorza. Jesienią 1945 roku polskie władze nakazały reszcie ludności niemieckiej „dobrowolne wysiedlenie“. Kto chciał zostać, musiał wykazać się polskim pochodzeniem, inaczej ryzykował pobyt
w obozie. Dwa lata później w okolicach Ostródy pojawili się pierwsi wysiedleni z terenów Polski południowo-wschodniej w ramach akcji Wisła. Zdarzało się, że jedynym bagażem przybyszów były zwyczaje i tradycje ich kultur.

 

Szynka dylewska dojrzewająca, tatar z piersi kaczek francuskich i ślimaki z masłem pietruszkowym przygotowane przez właścicielkę Kalinówki (fot. Agnieszka Rodowicz)

Ich ślady wytropić można w kuchni regionu. Sztandarowym przykładem jest szynka dylewska. Jej przepis przekazał mieszkającej w Pietrzwałdzie Dagmarze Gęstwińskiej ojciec, którego rodzice przyjechali na ziemie odzyskane znad Niemna. Tata Dagmary pamiętał doskonale smak szynki, którą robił raz do roku jego ojciec – dziadek Dagmary. Recepturę odtworzył ze wspomnień, opracował przy pomocy prób i błędów i przekazał ją córce. Wielkie wieprzowe udźce najpierw są peklowane, potem podwędzane w dymie drzew owocowych. Później dojrzewają w chłodnej temperaturze przez cały rok. Mąż Dagmary, Grzegorz, codziennie zajmuje się szynkami, obraca je, podwędza siwym dymem, pieści, sprawdza wilgotność i temperaturę.

 

Po roku z 12-kilowego udźca powstaje 6-kilowa szynka. Ma ciemnoczerwony kolor, bardzo silny zapach, smakiem przypomina parmeńską. Niektórzy twierdzą, że jest nawet od niej lepsza. Z kolei po babci od strony mamy Dagmara ma w genach gotowanie. Od dziecka lubiła spędzać czas w kuchni i bez wysiłku opanowała sztukę kulinarną. Bez przepisów, miarek i proporcji przygotowuje dania, które rok po roku wygrywają konkursy gastronomiczne. Zaczęło się od faszerowanych gęsich szyjek. Dagmara przygotowała je na VI Regionalne Święto Gęsi w Biskupcu. Nadziane farszem z gęsich żołądków, piersi, wątróbek, zmielonych ziemniaków, rodzynek, podane z sosem aroniowym z rumem wygrały konkurs.

 

Potem posypały się kolejne nagrody: za racuszki drożdżowe, szczupaka z sosem agrestowym, zupę rybną, ślimaki (z własnego ogródka) faszerowane masłem pietruszkowym, nadziewaną kaczkę, no i oczywiście za szynkę dylewską dojrzewającą, która od zeszłego roku jest na Liście Produktów Tradycyjnych. Ostatnie osiągnięcie Dagmary to tatar z piersi kaczek francuskich, które sama hoduje. Wszystkich tych przysmaków można spróbować w Kalinówce – otoczonym starym sadem domu Dagmary i Grzegorza w Pietrzwałdzie.

 

Ceglana elewacja Kalinówki (fot. Agnieszka Rodowicz)

Miejsce znaleźli podczas podróży po okolicy. Była to zarośnięta chaszczami ruina chałupy z oborą i chlewnią – bez dachu, z zawaloną jedną ze ścian. Typowa spalonka – opuszczone po pożarze, zrujnowane gospodarstwo. Dagmara sama projektowała
i urządzała dom, jej ojciec zajął się pracami budowlanymi. Powstało piękne siedlisko
z salonem o wysokości 7,5 metra, przypominającym wnętrze kościoła. Jego sercem jest olbrzymi ceglany kominek. Przez wielkie okna salonu widać falujące wzgórza
i wyrastające z nich samotne drzewa. Dom z czerwonej cegły i polnych kamieni młode małżeństwo budowało z myślą o sobie. Kalinówka, nazwana tak od imienia starszej córki właścicieli, miała być początkowo ich letnim domem. Potem postanowili podzielić się nim z turystami.

 

Pewnie dlatego goście, którzy tu przyjeżdżają, od razu czują się domowo. I porównują Kalinówkę z Toskanią. Ale Dagmara zamiast udawać, że to Włochy, woli podkreślać, że to Polska, Mazury, Wzgórza Dylewskie. Dlatego w swoich daniach łączy przepisy podpatrzone u obu babć: tej z Kresów i z Kongresówki, a szynkę nazwała dylewską.

 

Z kolei Ewa i Jacek Traczowie, właściciele Starej Szkoły w Wysokiej Wsi, są fanami kuchni francuskiej i umiejętnie łączą jej przepisy z polskimi produktami. Rosół
z przepiórek, tarta z porami, soczewica z dorszem – to tylko niektóre z dań, jakimi raczą swoich gości. W Starej Szkole gotować lubią i potrafią nie tylko gospodarze, ale także ich córki, Ola i Ada, zięć Przemek, panie Marysia i Danusia – miejscowe kobiety pomagające w gospodarstwie. Jedzenie jest świetne, pięknie zaaranżowane i podane
w niezwykłych wnętrzach.

 

kuchnia w Starej Szkole i Ada – córka właścicielki – podczas przygotowywania śniadania (fot. Agnieszka Rodowicz)

Pensjonat urządzono w poniemieckiej szkole podstawowej z końca XIX wieku. Ewa
i Jacek odkryli ją 10 lat temu, kiedy zmęczyło ich mieszkanie w rodzinnej Łodzi.
A ponieważ oboje przepadali za górami, bardzo przypadły im do gustu falujące przestrzenie Parku Krajobrazowego Wzgórz Dylewskich. Na piętrze głównego budynku szkoły urządzili pokoje dla turystów. Na parterze jest też duży salon z kominkiem
i biblioteką, w której jest ponad 2000 książek. Śniadania, obiady i kolacje podawane są w wielkiej jadalni, dawnej sali lekcyjnej, której olbrzymie okna zapraszają do ciepłego środka, gdy na dworze trzyma mróz.

 

Na długim stole zbudowanym na zamówienie przez mazurskiego cieślę zawsze znaleźć można jakieś ciasteczka. Na parapetach stoją słoje z ziołami z ogrodu: miętą, melisą, pokrzywą, majerankiem, lipą, lawendą, różą. Nikita – czarny jak smoła kot – wskakuje na kolana. Stare zegary wybijają kolejne kwadranse i godziny. Nie chce się wychodzić z tego jasnego wnętrza. I gościom nigdzie się nie spieszy. Gospodarzom owszem. Trzeba przecież zagnieść ciasto na makaron, nastawić mleko na zsiadłe, ugotować rosół. Po kuchni snują się wciąż smakowite zapachy: zupy marchewkowej z imbirem, muffinów, parzonej kawy.

 

Wszystko jest świeże, przyrządzane z lokalnych produktów. Mleko od krowy
z gospodarstwa pani Danusi, a z niego żółciutkie masło, odciskane w starych drewnianych formach z roślinnymi wzorkami. Kostka masła jest duża, waży chyba z pół kilo, ma intensywny kolor i smak, jakiego próżno szukać na sklepowych półkach. Gospodarze robią też z Danusiowego mleka ziołowe twarożki i białe sery podpuszczkowe.

 

Pieką domowy chleb z dobrze zrumienioną skórką. Do niego idealnie pasuje gęsty miód. Robi go Kurt Komogowski, Niemiec, jeden z niewielu autochtonów, któremu udało się zostać na ojcowiźnie. Kurt znalazł opuszczone ule, do których przylatują dzikie pszczoły. Nie wiadomo więc, jaki to rodzaj miodu, ale po co komu ta wiedza, skoro jest gęsty, ciemnożółty i przepyszny. Jedzenie jest tak dobre, a w kuchni jest tak przyjemnie, że właściwie można by siedzieć przy śniadaniu aż do obiadu, potem płynnie przejść do podwieczorku, a następnie kolacji. Ale wypadałoby wyjść choć na chwilę.

 

Na przykład na biegówki, które można w Starej Szkole wypożyczyć. Traczowie przygotowują pętlę do klasycznego narciarstwa biegowego, ale można też pójść na nartach szlakiem starych pruskich siedlisk czy cmentarzy z czasów pierwszej wojny światowej. Albo na Górę Dylewską (312 m n.p.m.) – najwyższe wzniesienie Wzgórz.
Z wieży widokowej rozciąga się widok na całą okolicę. Widać pola zasłane śniegiem, potężne dęby i buki, smukłe graby i świerki umaczane w cukrze pudrze śnieżnej szadzi, wijące się wąskie wstążki dróg przebiegające przez zakopane w śniegu po dachy wioski
i wioseczki.

 

Chowają się w nich zabytki świadczące o burzliwej historii tego terenu. Solidne pruskie domy z czerwonej cegły. Drewniane mazurskie chaty. Kościoły i cmentarze. W Kraplewie jest metodystyczny kościół w kratę pruskiego muru zbudowany w stylu angielskiego neogotyku. W Rychnowie XVIII-wieczny kościół ewangelicki z zabytkową polichromią.
W Glaznotach protestancki kościół z czerwonej cegły i rudej dachówki. W Pietrzwałdzie drewniany barokowy kościół katolicki z XVIII wieku. W Glaznotach warto też obejrzeć piękny wiadukt nieistniejącej już kolejki wąskotorowej, która kiedyś ciasno oplatała Prusy Wschodnie. W Klonowie, Zajączkach i Lipowie zabytkowe pałace. Wiele wsi
o zabawnych nazwach: Bałcyny, Tułodziad, Durąg, Fiugajki, Naprom, to dawne majątki ziemskie, które rozparcelowano po wojnie i zamieniono w PGR-y. Ale układ urbanistyczny wiosek i powiązana z nimi sieć dróg przetrwała tu w niemal niezmienionym kształcie od średniowiecza.

 

Sad otaczający Kalinówkę w zimowej szacie (fot. Agnieszka Rodowicz)

Na Wzgórzach Dylewskich, zwanych mazurskimi Bieszczadami, można poszusować
na nartach zjazdowych na Górze Czubatce (274 m n.p.m.). Można też pójść na spacer. Trzeba być jednak dobrze ubranym. Panuje tu bowiem specyficzny mikroklimat. Zimy są wyjątkowo śnieżne, a ponieważ lasów jest niewiele, wieją często porywiste wiatry powodujące zadymki, które w kilka minut potrafią zasypać drogę. Szczególnie surowy klimat ma Wysoka Wieś – zawsze jest tu o kilka stopni zimniej niż w odległym o 5 kilometrów Pietrzwałdzie, a wszystkie pory roku opóźnione są o jakieś 2 tygodnie.

 

Trudny klimat przez lata nie zachęcał turystów. Zaczęli się tu pojawiać dopiero kilka lat temu, kiedy miejsce odkryła Irena Eris i wylansowała je, nazywając „polską Toskanią”. Odcięta od świata enklawa okazała się idealna na Hotel Spa, w którym goście mieli przede wszystkim wypoczywać. Główny budynek zbudowano tak, by nie zasłaniał widoku na kojący krajobraz miękkich pagórków.

 

Na 10-hektarowym terenie powstały też samodzielne siedliska – stylizowane na mazurskie domy. Dystans między jednym a drugim jest na tyle duży, by ich goście mieli zagwarantowaną prywatność. Są też oddalone od głównego budynku przynajmniej
o kilometr, dzięki czemu można uciec od gwaru dużego ośrodka, równocześnie korzystając ze wszystkich jego atrakcji.

 

Jedną z nich jest restauracja Romantyczna. Pierwsze to, i jak na razie jedyne w Polsce, miejsce, które może pochwalić się rekomendacją Slow Food. W menu dania przygotowywane z lokalnych i ekologicznych składników: gęś z Kołudy, ślimaki z Pasłęka, dziki łosoś z Bałtyku, wołowina od państwa Rydlów z Rumiana. Szef kuchni Bartosz Budnik osobiście wybiera większość produktów, jeżdżąc na targ do Ostródy, na mazurskie farmy, do rybaków. A potem wyczarowuje z nich takie przysmaki jak staroszlachecka polewka, zupa rybna z ogonami rakowymi, gęś pieczona w jabłkach
i jarzębiaku czy piernik z konfiturą wiśniową.

 


 

Czasami we Wzgórzach Dylewskich śniegu spada tyle, że trudno się gdziekolwiek ruszyć. Ścieżek nie widać, wskazujące szlaki tyczki ledwo wystają ze śniegu, na drogach są lodowe koleiny. Czarne drzewa przysypane białym puchem wyglądają jak zabytkowa rycina, kule jemioły przystrojone śniegiem przypominają ogromne choinkowe ozdoby. Uwijają się w ich gałązkach kolorowe gile. Kiedy zapada zmierzch, niebo robi się granatowe, a śnieg niemal niebieski. Tylko tam, gdzie są domy, barwi się kolorami pomarańczowej żółci rzucanej przez oświetlone okna. Szczęśliwi ci, którzy mogą tu wtedy pozostać.

 

INFO

Kalinówka, Pietrzwałd, tel. 602 794 229, www.wzgorza-dylewskie.pl; tak naprawdę dom leży na uboczu, półtora kilometra od Pietrzwałdu. Do wynajęcia są tu dwa pokoje dwuosobowe i apartament czteroosobowy z łazienką, tarasem i aneksem kuchennym. Koszt: 120 zł od osoby za dobę. Wynajęcie całego domu dla ośmiu osób z dwiema łazienkami i wyposażoną kuchnią kosztuje 1000 zł za dobę.

Stara Szkoła, Wysoka Wieś 27, tel. 89 647 15 23, www.dylewskie.pl; pensjonat urządzony w budynku szkoły z końca XIX w. Jest tu 15 miejsc w pięciu pokojach dwu
i trzyosobowych z łazienkami. Każdy pokój jest inny: Żeglarski ma marynarskie barwy
i motywy. W Ptasim roi się od drewnianych i tekstylnych ptaszków. W Zielniku ściany zdobią kopie starych rycin przedstawiających zioła. Cena za noc od osoby wynosi 120 zł. W tej cenie jest śniadanie. Można też wykupić za 75 zł obiadokolację, menu zmienia się codziennie.

Hotel Spa Dr Irena Eris Wzgórza Dylewskie, Wysoka Wieś 22, tel. 89 647 11 11, www.drirenaerisspa.com; komfortowy hotel i centrum Spa w samym centrum Wzgórz Dylewskich. Goście mają do wyboru 97 pokoi i apartamentów znajdujących się w budynku głównym oraz Domu Leśnym. Zamieszkać można także w stylizowanych na mazurskie chaty siedliskach rozlokowanych na terenie otaczającym hotel. Z każdego siedliska rozpościera się malowniczy widok na Wzgórza Dylewskie. Siedliska wyposażone są w oddzielne sypialnie z łazienkami, salon oraz kuchnię z jadalnią. Cena za pokój dwuosobowy od 695 zł, za siedlisko od 1500 zł. W cenie śniadanie, możliwość korzystania z Centrum SPA, studia cardio, siłowni oraz parkingu.

Narciarski Bieg Sasinów w tym roku odbędzie się już po raz dziesiąty (7 lutego). Rywalizować będzie można na dwóch dystansach: 5 i 10 km. Początek
o 11 w Wysokiej Wsi. Zapisy od 7.00 do 10.45. Opłata startowa 10 lub 20 zł. www.biegsasinow.pl

Rezerwaty - na terenie Parku Krajobrazowego Wzgórz Dylewskich znajdują się trzy rezerwaty przyrody: Jezioro Francuskie, Dylewo – chroni buczynę z ponadstuletnimi drzewami, Rzeka Drwęca – chroni żyjące w niej pstrągi, łososie, trocie i certy. Można tu też tropić muflony, które żyją w okolicy od 1986 roku.

Galeria - 9 zdjęć

Najnowsze

  • Poznaj piękną Korfu - grecką królowę wysp jońskich

    Poznaj piękną Korfu - grecką królowę wysp jońskich

    Wyspa Korfu jest niewielkim kawałkiem greckiego lądu położonym na Morzu Jońskim (stąd nadano jej przydomek ”królowej wysp jońskich”) niedaleko wybrzeży Albanii.

  • Wyjeżdżasz na wakacje? Pamiętaj o ubezpieczeniu turystycznym

    Wyjeżdżasz na wakacje? Pamiętaj o ubezpieczeniu turystycznym

    Chociaż większość Polaków spędza wakacje w kraju, ok. 19 proc. decyduje się wyjechać za granicę. Planując podróż, warto pomyśleć o polisie turystycznej.

  • W raju rządzą kobiety

    W raju rządzą kobiety

    Ocean, obłe skały, atole koralowe. Lasy, żółwie, rzadkie ptaki. Cynamon, wanilia, goździki. Szmaragd, turkus, kobalt. Piraci i kolonizatorzy, upał i wiatr. Kuszące obrazami tropikalnej idylii Seszele stały się przystanią dla poszukiwaczy piękna oraz wielbicieli natury. Ale ten archipelag jest również jedną z nielicznych na świecie enklaw matriarchatu.