Wśród wody, wiatru i piasku Piaszczysty szlak przez wydmę Czołpińską (fot. Agnieszka Rodowicz)
Jezioro Łebsko

Wśród wody, wiatru i piasku

04lipca2011

Trzecie co do wielkości jezioro w Polsce wbrew pozorom wcale nie leży na Mazurach. W dodatku jeszcze 10 tysięcy lat temu było morzem. A na dokładkę, Łebsko, razem ze swoim mniejszym bratem Gardnem, położone są na pustyni.

Stojąc nad Łebskiem w upalny dzień, można przecierać oczy ze zdumienia. Po pierwsze tafla jeziora jest niemal idealnie gładka, choć jezioro jest wielkie. Po drugie woda w nim jakoś dziwnie żółta.

Ale co najdziwniejsze, za kurtyną rozgrzanego powietrza drżącego w oddali widać niewysokie, ośnieżone… góry? Nieee. To chyba niemożliwe. Góry nad morzem? W dodatku w śniegu?

Mimo że niedaleko stąd dudni letnim życiem Łeba, nad Łebskiem jest cicho, jak makiem zasiał. A raczej jak piaskiem zasiał. Bo to, co w pierwszym odruchu można wziąć za śnieg, to wielkie góry piachu.

Skoro jesteśmy nad morzem, fakt ten nie powinien tak bardzo dziwić. A jednak kraina rozciągająca się między Łebą a Rowami to jedno z najbardziej niezwykłych miejsc na polskim wybrzeżu.

W ciągu jednej godziny można tu przedzierać się przez bagna, znaleźć na środku pustyni i kąpać w wodzie to słodkiej, to słonej. A czasami równocześnie w obu.

Jezioro Łebsko i położone kilka kilometrów od niego Gardno, a także dwa małe jeziorka: Dołgie Duże i Dołgie Małe, leżą na terenie zwanym Mierzeją Gardneńsko-Łebską.

Jeziora oddzielone są od morza wznoszącymi się na pięćdziesiąt metrów górami piasku. Dwieście tysięcy lat temu nie było tu ani jezior, ani morza, ani piasku. Był za to lodowiec, który zaczął się rozpuszczać.

A że w przyrodzie nic nie ginie, powstało z niego Morze Bałtyckie. Z topniejącego lodowca sypał się też żwir i piasek, tak dzisiaj lubiany przez wczasowiczów. O jeziorach wciąż jeszcze nie było mowy.

Cofający się lodowiec pozostawił za to po sobie dołki i wzniesienia, z których największe to górujący nad okolicą Rowokół – góra o wysokości 115 m n.p.m. Ostatnim etapem tej geologicznej historii było powstanie mierzei.

Wcześniej była tu morska zatoka. Ale fale i prądy morskie naniosły z morza taką ilość piasku, że zatoka została zamknięta i tak powstało przybrzeżne jezioro – Łebsko. To w zasadzie nie tyle jezioro, co większa kałuża.

Płytkie (w najgłębszym miejscu ma niewiele ponad 6 m głębokości), piaszczyste, ciepłe. Ale za to trzecie co do wielkości w Polsce. Woda w nim jest słodko-słona. Z kolei położone kilka kilometrów dalej na zachód Gardno to dawna torfowa równina zalana przez wodę.

Dołgie Duże i Małe tworzyły z kolei kiedyś zatokę Gardna. Ale odgrodziły je wędrujące wydmy. Bo piasek wcale nie zamierza się poddać. Fale morskie nanoszą go rocznie koło 160 tys. ton na każdy kilometr tutejszego wybrzeża.

Wiejące od morza wiatry przenoszą z kolei ziarenka kwarcu (główny składnik piasku) w głąb lądu, tworząc wydmy. Co więcej wydmy, poddając się wiatrowi, przesuwają się, zagarniając kolejne połacie lądu.

I zasypują wszystko, co spotkają na swojej drodze: krzewy, drzewa, a nawet wioski. Zasypywane stopniowo przez piasek drzewa umierają powoli. Tracą liście, korę, wreszcie usychają, wznosząc do nieba nagie, suche kikuty w niemej skardze. Szlak wędrówki wydm znaczą szczątki martwych lasów.

Te saharyjskie krajobrazy, unikalne na skalę europejską (największe wydmy w Europie Środkowej), można oglądać, wędrując ścieżkami Słowińskiego Parku Narodowego, który obejmuje Mierzeję Łebską, przymorskie jeziora i pas wybrzeża między Rowami i Łebą.

Turysta może tu dowiedzieć się, czym różni się wydma szara od białej, wdrapać na największą z wydm – górę Łącką – albo zagłębić w lasy, uciekające przed żarłocznymi wydmami.

Najbliżej sunącego nieubłaganie piasku rosną powyginane, niskie sosny, które wyglądają, jakby tańczyły, i bażyny czarne – niewielkie krzewinki, przypominające nieco wrzos – relikt epoki lodowcowej.

Im dalej od piasku, tym poszycie wilgotniejsze, a drzewa dorodniejsze. Tę pasmowość mierzei łatwo zaobserwować, wędrując ścieżką zaczynającą się w Rowach i prowadzącą między morzem a brzegami Gardna.

Po jej lewej stronie tańczy na piasku sosnowy las, po prawej ziemia jest wilgotna, czarna, nasiąknięta wodą. Rosną na niej zielone trawy, mchy, olchy i brzozy. Im bliżej brzegów jezior, tym bardziej grząsko.

Gardno i Łebsko otaczają pasma podmokłych łąk. Kiedy się na nie wchodzi, falują jak wodny materac. Bo faktycznie cienka warstwa porośniętej trawami i mchami gleby unosi się na wodzie. Rozkładają się w niej martwe szczątki bagiennej roślinności, tworząc torfowiska.

Trudno w to uwierzyć, ale miękki i chłonny jak gąbka torf jest skałą. Dokładnie rzecz ujmując, skałą osadową, której 60% stanowi węgiel. Pewnie dlatego torf jest znakomitym materiałem opałowym.

Używali go do ogrzewania domów dawni mieszkańcy tych okolic – Słowińcy. Lud, który sam siebie nazywał Kaszubami nadłebskimi, miał własny język i zwyczaje. Dzisiaj nikt nie mówi już po słowińsku, choć w okolicach można napotkać domostwa, w których jeszcze w latach 60. XX w. mieszkali Słowińcy.

Uznani przez nowe władze za Niemców byli jednak szykanowani, wysiedlani i zmuszani do emigracji. Łatwo poznać ich domy, bo mają konstrukcję szachulcową: szkielet z drewnianych belek wypełniony gliną. Elementy drewniane malowane są na czarno, glina pobielona.

Domy oryginalnie były kryte strzechą z trzciny zarastającej brzegi okolicznych jezior. Trzciny używano nie tylko dlatego, że było jej pod dostatkiem, ale przede wszystkim z tego powodu, że jej liście i łodygi są wyjątkowo odporne na porywiste wiatry i świetnie trzymają ciepło.

Dzisiaj, choć domy w kratkę jeszcze się spotyka, z rzadka już można zobaczyć dach z trzciny. Chyba że znajdziemy się w Klukach położonych na południowo-zachodnim brzegu Łebska.

W tutejszym skansenie zgromadzono nie tylko słowińskie chaty, ale i meble, narzędzia gospodarskie, stroje i hafty. Te ostatnie różnią się od znanych kaszubskich wzorów tym, że mają nieco uboższą gamę kolorystyczną: jest w nich żółty, brązowy, dwa rodzaje zieleni i cztery odcienie błękitu.

Rozglądając się po okolicznych pejzażach, nietrudno stwierdzić, skąd takie właśnie barwy. Żółte są trzciny i łachy piachu, zielone łąki i lasy, woda w jeziorach, rzekach i morzu ma wszystkie odcienie niebieskiego, a torf jest czarno-brązowy.

Taki też torfowy kolor dominował w stroju Słowińców: zapinanych na haczyki sukmanach i kapeluszach mężczyzn, spódnicach, kaftanach i czepcach kobiet. Takie stroje noszą niektóre gospodynie, sprzedające przed skansenem domowej roboty ciasta, i członkowie zespołów ludowych występujących podczas imprez folklorystycznych organizowanych w Klukach.

Odbywają się tu inscenizacje wydobywania torfu, które kończyło się dawniej biesiadowaniem całej wsi, zwanym Czarnym Weselem. Torfu nadal używa się jako opału, a także w rolnictwie, ogrodnictwie i przemyśle kosmetycznym. Wydobywa się go w kopalni w okolicach wsi Krakulice.

Wędrując ścieżką przyrodniczą „Żarnowska”, można zobaczyć kostki torfu ułożone w pryzmy. Warto też odwiedzić jedyną w Klukach osobę trudniącą się wyrobem klumpów. Szyld przed domem wskaże bezbłędnie adres.

Klumpy – drewniane chodaki zapinane na rzemienie – ułatwiały chodzenie po grząskich bagnach… koniom. Dzisiaj służą już tylko jako oryginalna pamiątka, podobnie jak naczynia z korzenia sosny, które wyplata ten sam rzemieślnik.

Kluki przyciągają też turystów z jeszcze jednego powodu. Kawałek przed wsią, między wysokimi trawami, jest cmentarzyk z XIX-wiecznymi grobami. Na krzyżach można odczytać nazwiska dawnych rodów słowińskich: Klicków, Kirków, Polleksów, Ruchów. Rdzewiejące, omszałe, porośnięte bluszczem krzyże, są smutnym, ale i pięknym symbolem końca tajemniczej kultury.

Na drugim końcu wsi z wilgotnych łąk wyrasta wieża widokowa. Rozciąga się stąd widok na całe Łebsko. W sezonie w niektórych częściach jeziora można uprawiać sporty wodne, ale już łodzie o napędzie spalinowym są zabronione. Dlatego nawet w środku sezonu jest tu cicho i spokojnie.

Jeśliby z wieży widokowej w Klukach poprowadzić przez jezioro przekątną w kierunku północno-wschodnim, na jej drugim końcu znajdzie się punkt widokowy w Rąbce. Stąd rozpoczyna się wędrówkę na najwyższą w Słowińskim Parku Narodowym ruchomą wydmę barchanową (przypomina kształtem półksiężyc) – Górę Łącką.

Niemal w połowie drogi między Łebskiem i Gardnem wznosi się inna imponująca rozmiarami wydma – Czołpińska. To tzw. wydma brunatna – jest już niemal nieruchoma, piasek stabilizuje porastający ją bór. Nazwa wzięła się od koloru wydmy.

Żeby się dostać na jej szczyt (56 m n.p.m.), trzeba liczyć się z długą wędrówką przez bagna, lasy, a potem góry piachu, które zdają się nie mieć końca. W sezonie wydmy są kompletnie zadeptane, ale za linkami ograniczającymi szlak zdarza się zobaczyć kawałek piasku nietknięty ludzką stopą. Ułożony jest tu przez wiatr w zmarszczki zwane ripplemarkami.

Najwytrwalsi po dwóch godzinach wędrówki dotrą na plażę, która jest niemal pusta. Kąpiel w chłodnej wodzie będzie ulgą dla ciała po godzinach spędzonych na pustyni i odpoczynkiem dla nóg, które dzielnie pokonywały kolejne metry zapadającego się, osypującego i uciekającego spod stóp piasku.

Kąpiel tym bardziej się przyda, że trzeba jeszcze przejść drogę powrotną. Albo powędrować kilka kilometrów plażą do położonych na zachodzie Rowów lub leżącej na wschodzie Łeby.

Najbardziej leniwi zadowolą się widokiem na tę wyrastającą z zieleni lasów pustynię z latarni morskiej w Czołpinie, skąd świetnie widać też morze, oba jeziora i górę Rowokół – świętą górę Słowińców.

Położone niedaleko Bałtyku wzniesienie było w czasach pogańskich miejscem kultu Swarożyca – pana słońca i ognia. Na szczycie góry Słowińcy palili nieustannie na jego cześć ogień i składali ofiary ze zwierząt.

Potem misjonarze szerzący katolicyzm zakazali tych praktyk i wznieśli tam kaplicę p.w. św. Michała – patrona ludzi morza. W czasach reformacji, kiedy Słowińcy przeszli na luteranizm, kaplica z przełomu XII i XIII w. została rozebrana.

Religie się zmieniały, natomiast na szczycie Rowokołu wciąż płonęło ognisko – znak orientacyjny dla wracających z połowu rybaków. Dzisiaj zamiast ognia świeci latarnia morska w Czołpinie, ale rybołówstwo jest nadal ważnym zajęciem tutejszych mieszkańców.

O świcie kutry wypływają w morze, a wiosłowe łodzie na jeziora. W portach i na przystaniach suszą się sieci, furkoczą na wietrze kolorowe chorągiewki, rybacy sprzedają sandacze, okonie, płocie, węgorze.

W przeciwieństwie do zatłoczonych smażalni w Rowach czy Łebie, małe lokale w Gardnie, Retowie czy Żarnowskiej są często niemal puste i otwarte tylko do wczesnego wieczora. Prowadzą je żony rybaków, które muszą wcześnie iść spać, by rano przygotować mężowi śniadanie, nakarmić zwierzęta, podlać ogródek.

To właśnie urok wiosek i osad rybackich rozrzuconych wokół brzegów Łebska i Gardna przyciąga nielicznych turystów. Kilka kilometrów stąd wrzawa na plaży, kakofonia dźwięków z wykwitających sezonowo automatów do gry, wątpliwe aromaty spalonego oleju.

A tu spokojne i leniwe, jak brzęczenie muchy w słoneczne południe, prawdziwe życie. Brukowane uliczki z niskimi domkami rybackimi, małe ogródki z różowymi i białymi hortensjami, delikatny zapach wędzonego węgorza, nieco zmurszałe drogowskazy szlaku rowerowego „Kraina w kratę”, wolne pokoje i niższe ceny.

Wędrujące wydmy pokonują rocznie dystans 510 metrów. Ten sam piasek, który spowodował powstanie jezior, za jakieś 1000 lat je zasypie. Razem z otaczającymi je osadami.

Tekst Agnieszka Rodowicz

 

Galeria - 3 zdjęcia

Najnowsze

  • Migas

    Migas

    Tradycyjne danie portugalskie przyrządzane z nieco zeschłego (a najlepiej czerstwego) już pieczywa. Najczęściej migas przygotowywany jest w Alentejo. Czasem zamiast chleba używa się tam ziemniaków. I wtedy jest Migas de Batata. U nas przepis w wersji tradycyjnej, czyli z chlebem.

  • Grecki chillout

    Grecki chillout

    Didżej też człowiek. Gdy już poimprezuje, szuka odmiany. Choćby na Cykladach. Tak było z dwoma klubowiczami, którzy na Mykonos otworzyli hotel San Giorgio – idealny mariaż artystycznego ducha i oszczędnego dizajnu.

  • Ulica szeroka na 66 cm

    Ulica szeroka na 66 cm

    Malownicze miasto Kadaň leżące około 40 km od Karlowych Warów słynie z kilku ciekawostek turystycznych. Są tu najdłuższe zachowane mury obronne w Czechach oraz uliczka Kata, wpisana do Czeskiej Księgi Rekordów jako najwęższa uliczka w Czechach.

Polecamy

  • Smakołyki kuchni czeskiej

    Smakołyki kuchni czeskiej

    Pomimo wpływów kulinarnych krajów sąsiednich - Węgier, Austrii i Niemiec - największe inspiracje czeska kuchnia czerpie z tradycyjnych, staroczeskich przepisów.

  • Rozdajemy "Poza wiarą" Naipaula

    Rozdajemy "Poza wiarą" Naipaula

    Rozdajemy kolejną książkę. Tym razem jest to "Poza wiarą" V. S. Naipaula. Książka ta właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne.