Pociąg do sztuki Mozaika przedstawiająca florę i faunę morską jest jedną z czterech monumentalnych prac na dworcu. Wszystkie zostały wykonane w 1957 roku przez Teresę Pągowską oraz Hannę Żuławską (fot. Radosław Żydonik)
Gdynia

Pociąg do sztuki

24lutego2014

„Szczytowe osiągnięcie polskiego dizajnu! Kolorowa awangarda wyprzedzająca epokę!” – krzyczała prasa, gdy na dworcu w Gdyni odkryto zapomniane malowidła i mozaiki z 1957 roku. Historycy sztuki przecierali oczy. Oto w ponurych latach PRL-u, kiedy w każdym pociągnięciu pędzla ludowi komisarze mogli dostrzec wrogie odchylenie, powstał wizjonerski, przesycony surrealizmem projekt.

 

Był letni dzień 1957 roku. Z gmachu Politechniki Gdańskiej wybiegł, trzymając pod pachą rulon z projektami, szpakowaty mężczyzna. „Profesorze! Pański kapelusz!” – wołał za oddalającą się sylwetką portier, ale odpowiedziało mu tylko trzaśnięcie drzwi samochodu. Zakaszlał silnik i biała wołga pomknęła w stronę Gdyni.

 

Szef Katedry Planowania Portów, profesor Wacław Tomaszewski, nie miał chwili wytchnienia. Dziesiątki projektów, zarwane noce. I ta ostatnia delegacja do Radomia! Przez nią nie zdążył jeszcze przyjrzeć się pracy artystów kończących dekoracje na gdyńskim dworcu. Co tam zastanie? Jutro uroczyste otwarcie, goście z Komitetu Centralnego... Jak dotąd wszystko układało się znakomicie. Zaprojektowany przez niego gmach dworca, który zastąpił przedwojenny „dworek”, prasa zdążyła już ogłosić perełką nowoczesnej architektury.

Socrealistyczny rozmach, modernistyczna lekkość i klasycyzujący detal w idealnej harmonii. Niedawno dłoń bolała go od nieustannego używania ołówka kreślarskiego, a teraz puchła od uścisków z gratulacjami. 
„Doskonały projekt, panie profesorze! Dworzec bije na głowę pańskie przedwojenne realizacje. I ten wiedeński sznyt!”. 
Zachwyty nie były na wyrost.

 

 

 

Gdynia, słynne Białe Miasto, wciąż okopcona przez wojnę, pełna blizn na modernistycznej zabudowie – rozpaczliwie potrzebowała nowej architektonicznej wizytówki. Dostała ją od Tomaszewskiego. Przetaczający się przez stację podróżni nie kryli zdumienia. Granitowe posadzki, ściany lśniące marmurem, lampy rzucające fioletową poświatę na pastelowe sufity. Została już tylko dekoracyjna kosmetyka – malowidła i mozaiki. Profesor był dobrej myśli. Doskonale znał malarza Juliusza Studnickiego oraz wianuszek otaczających go artystów.

 

 

 

Przed wojną działali w słynnej grupie Pryzmat, w 1949 roku utworzyli kuźnię plastyków, tak zwaną szkołę sopocką (późniejszą ASP), wspólnie restaurowali fasady kamienic
w Warszawie czy Gdańsku. Tomaszewski nie musiał ich długo namawiać, z miejsca zapalili się do dworcowego projektu. Wszystko było uzgodnione: w polach mozaikowych – dźwigi, kominy, robotnicy wyrabiający stuprocentowe normy; Gdynia, słynne Białe Miasto, wciąż okopcona przez wojnę, pełna blizn na modernistycznej zabudowie
– rozpaczliwie potrzebowała nowej architektonicznej wizytówki. Dostała ją od Tomaszewskiego. Przetaczający się przez stację podróżni nie kryli zdumienia. Granitowe posadzki, ściany lśniące marmurem, lampy rzucające fioletową poświatę na pastelowe sufity. Została już tylko dekoracyjna kosmetyka – malowidła i mozaiki. Profesor był dobrej myśli. Doskonale znał malarza Juliusza Studnickiego oraz wianuszek otaczających go artystów. Któż ich nie znał!

 

Samochód wyhamował przed stacją. Profesor omiótł wzrokiem kolumnadę, minął poczekalnię, wszedł do restauracji. I... zdębiał. Z sufitu runęła na niego kolorowa fantasmagoria. Roześmiane słońca, księżyce, żmije, plujące ogniem smoki, bestie
z wyłupiastymi oczami. Między nimi wężostwory gnające za syrenami, wesołe ptaszysko
z czerwonymi pazurami, diabły morskie, byki. Wszędzie znaki zodiaku, zagadkowe symbole. A w rogu naszpikowana ostrymi zębami paszcza głębinowej ryby, rozwarta tak, jakby chciała połknąć cały ten zwariowany bestiariusz.

Polecane wideo

 

Pod Tomaszewskim ugięły się nogi. Spojrzał na ściany. Tam jeszcze gorzej! Mapy.
Ale jakie! Świat, Europa, Wybrzeże upstrzone główkami wydmuchującymi kolorowe kółka, rybami grającymi na skrzypcach, faunami dmącymi w muszle. Na domiar złego
na jednej z nich w punkcie oznaczonym jako Moskwa tkwił teraz kolejowy megafon. Pięknie! Tylko czekać, aż stolica światowej rewolucji zacznie nadawać hiobowe komunikaty, że „pociąg z Kudowy zwiększył opóźnienie do dwóch godzin.” Profesor był zdruzgotany. „Poprawić, zamalować ” – szeptał.

 

 

Kolejna noc była najdłuższą w jego życiu. A następny dzień – jednym z najszczęśliwszych. Okazało się, że zebranych na uroczystym bankiecie towarzyszy bardziej niż malowidła interesowały zakąski oraz dewizowe trunki. Po kilku toastach „przyklepali” dworcowe dekoracje stosownymi pieczątkami i zabrali się do wyjścia. Pchnęli drzwi restauracji i stanęli zaskoczeni. W holu kłębiło się, jakby
do Gdyni zjechały się naraz wszystkie pomorskie pociągi. Rzeka ludzi płynęła jednak nie z peronów, ale z ulicy. Wszyscy pytali, gdzie to wielkie akwarium, o którym mówi całe miasto. A potem zadzierali do góry głowy i cmokali z zachwytu. No tak – mozaiki! Pełne morskich żyjątek, podwodnych stworów, tajemniczych roślin. Były jak szyby, przez które lśnił ceramiczną łuską zaczarowany świat.

 

 

 

Z tłumu wyłuskano artystów. Studnickiego, Urszulę Ruhnke-Duszeńko, Maksymiliana Kasprowicza (twórców malowideł)oraz autorki mozaik – Hannę Żuławską i Teresę Pągowską. Wśród wrzeszczących megafonów i westchnień parowozów zaskoczeni entuzjastyczną reakcją plastycy opowiadali swoją historię.
O latach trzydziestych spędzonych w Paryżu, o spotkaniu z Picassem, Georgesem Braque’em, Jeanem Lurçatem. O wojnie, która wyrwała im z rąk pędzle i dłuta. W końcu o wielkim powrocie do młodzieńczych fascynacji, czego ukoronowaniem są prace
w Gdyni. Ciekawostka? Żart? Kto mógł wówczas wiedzieć, z czym faktycznie ma do czynienia. Że oto grupa pasjonatów, nie oglądając się na narzucone dogmaty, zmieniła przestrzeń stacji w galerię awangardowego dizajnu, którym świat zachłyśnie się dopiero
za kilkadziesiąt lat. Jednak każda galeria potrzebuje dobrego kustosza. Tu gospodarzem była szara rzeczywistość PRL-u. Mozaiki z czasem pokrył kurz, para z restauracyjnych kotłów spłynęłazaciekami po barwnych ścianach. Brakowało pieniędzy na renowację. Oszpecone dzieła zniknęły w latach 80. pod warstwą olejnej farby. Przed pędzlem dworcowego konserwatora uchronił się jedynie zodiakalny sufit. Był za wysoko. Rozpięte na nieboskłonie groteskowe stwory patrzyły jak wizytówka Gdyni powoli zamienia się w obskurny relikt socrealizmu. „Zburzyć czy postawić nowy budynek?” – zastanawiano się w 2006 roku. Stało się inaczej. Historycy sztuki dostrzegli niezwykły sufit, ktoś przypomniał sobie, że istniały tu jeszcze inne dekoracje. W rezultacie dworzec wpisano do rejestru zabytków i rozpoczęto remont. Wydobyte spod złogów brudu i farby mozaiki oraz malowidła z miejsca okrzyknięto unikatami na europejską skalę. Dziś znów lśnią pełnym blaskiem w odrestaurowanych halach. Przyciągają spojrzenia, zatrzymują w pół kroku podróżnych. I już niejeden, uwiedziony ich pięknem, przegapił swój pociąg.

 

 

Galeria - 9 zdjęć

Najnowsze

  • Cztery wesela i… rozwód

    Cztery wesela i… rozwód

    W nowej odsłonie filmowej kampanii reklamowej Panorama Firm kolejny raz podkreśla znaczenie wyszukiwania lokalnego. Tym razem w kinie i w Internecie będzie można zobaczyć film pt. „Cztery wesela i… rozwód”. Życie pisze różne, czasem zaskakujące scenariusze, ale w razie potrzeby wszystkie firmy można znaleźć w wyszukiwarce lokalnej.

  • 10 rzeczy, które musisz zobaczyć w Budapeszcie

    10 rzeczy, które musisz zobaczyć w Budapeszcie

    Budapeszt należy do najpiękniejszych miast Europy. Niezależnie od pory roku przyciąga setki tysięcy turystów – również z Polski. Na atrakcyjność stolicy Węgier wpływa wielowiekowa historia, bogata tradycja oraz bliskość malowniczego Dunaju. Co zatem warto zobaczyć w Budapeszcie?

  • Ludzie radości

    Ludzie radości

    – Gdy podróż zaczyna się już na pokładzie – krzyczał niegdyś slogan tajskich linii lotniczych. Jadąc po raz pierwszy, drugi, a nawet dziesiąty do Tajlandii, łatwo w to uwierzyć. Zwłaszcza że od doświadczenia nieodwracalnie polepszającego życie dzieli już wówczas ledwie kilkanaście godzin lotu.

Polecamy

  • Muztagh Ata - góra tylko dla Chińczyków

    Muztagh Ata - góra tylko dla Chińczyków

    Agnieszka Jędrzejczyk latem 2012 roku wyruszyła do chińskiego Pamiru, by zdobyć Muztagh Ata – jeden z 43 najwyższych szczytów świata. Jej relację zamieściliśmy we Voyage. Dziś publikujemy dziennik z kolejnego podejścia do zdobycia tej trudnej góry. Czy wyprawa z roku 2016 była dla niej łaskawsza? Czy tym razem jej się powiodło?

  • Hotel FORUM w Katowicach - czemu warto się tam udać?

    Hotel FORUM w Katowicach - czemu warto się tam udać?

    Hotel dysponując nowoczesnymi rozwiązaniami przeznaczonymi dla osób podróżujących biznesowo, jak i w celach turystyczno-wypoczynkowych!