Jest sobie wyspa Wpływająca do Zatoki Gdańskiej rzeka formuje piaszczyste wysepki. Część z nich jest miejscem lęgowym mew, na jednej zaś odpoczywają żyjące na wolności foki (fot.: Radosław Żydonik)
Wyspa Sobieszewska

Jest sobie wyspa

17września2015

Powinna być najgęściej zabudowaną dzielnicą Gdańska – liczy w końcu kilkaset tysięcy mieszkańców. Jednak na pierwszy rzut oka jest tu całkiem pusto. Zamiast wysokościowców rodem z betonowej dżungli – drewniane domki, dziuple, gniazda; wszystkie z widokiem na bałtyckie plaże oraz ujście Wisły. Wyspa Sobieszewska to jedno z najpiękniejszych ptasich osiedli w Europie.

Myśliwy pojawia się w środku nocy. Poprawia maskujący strój, wciąga w płuca rześką wilgoć i znika w gęstwinie. Kołysane wiatrem sosny jęczą, jakby dręczył je niespokojny sen. Ale to pozory. Spod półprzymkniętych powiek las widzi wszystko. Gwiazdy, taflę Bałtyku, jeziora ukryte w szuwarach. I postać łowcy, przekonanego, że wystarczy założyć obszytą liśćmi kurtkę, by stać się niewidzialnym. Zabawne! Dziś to już piąty człowiek przebrany za drzewo. Mężczyzna przystaje. Przez sekundę ma wrażenie, że czarne źrenice lasu przewiercają go na wylot. „Dziuple, to tylko dziuple” – mruczy pod nosem
i rusza dalej.

 

Sosnowy las pomiędzy Wisłą a wydmami Zatoki Gdańskiej obwieszony jest budkami lęgowymi. Umieszczają je ornitolodzy z Grupy Badawczej Ptaków Wodnych Kuling, mający pod skrzydłami teren wyspy (fot.: Radosław Żydonik)

 

Gdyby zaczekał jeszcze chwilę, wiatr zdążyłby rozpędzić chmury. A wtedy księżyc podpaliłby ptasie oczy skryte w szczelinach drzew. Ich właściciele pohukują cichutko. Obracają puchate głowy, nastawiają uszu. Potrafią wyłuskać każdą obcą nutę, wkradającą się fałszem w melodię przyrody. Taką jak trzask gałązki. Myśliwy patrzy
pod nogi, łajając się w myślach. Trzeba bardziej uważać. Zanim świt rozproszy ciemności, on musi być na miejscu. Już blisko. 10, 30, 100 metrów.

 

Wystarczy. Niemal bezszelestnie kładzie się na ściółce. Ustawia broń, kaliber
400 milimetrów. Czeka. „Nur czarnoszyi, Gavia arctica , ptasi wędrowiec gniazdujący
na Syberii, niezwykle rzadki – powtarza w myślach hasło z leksykonu wodnych ptaków. – Smukła szyja z czarno-białymi wstęgami, płochliwy, w czasie lęgów trudny
do wypatrzenia”. Jest! Skrzydła rysują na wodzie pulsujące kręgi. Myśliwy mruży oczy, naciska spust. Ciszę przeszywa urwany klangor.

 

Wyspa Sobieszewska w metryce ma wpisaną nie tylko datę urodzin, ale i godzinę. Co do minuty! 31 maca 1895 roku o godzinie 15.45 wody Wisły popłynęły do Bałtyku nowym sztucznym kanałem (Wisła Przekop), zamieniając półwysep koło Sobieszewa w wyspę. Pierwsze leżaki na tutejszych plażach pojawiły się już w XIX wieku (fot.: Radosław Żydonik)

 

Strzał, jeden, piąty, dwudziesty. Spłoszony ptak odlatuje. Ale mężczyzna nie wygląda
na zmartwionego. Pociąga łyk kofeiny z termosu. „Trafiony, trafiony” – szepcze, rozcierając zmarznięte dłonie. Ma to, po co przyszedł. Ustrzelił pięknego nura. Odkłada teleobiektyw, chowa aparat. Dopiero teraz widzi, że cały jest ubłocony. To bez znaczenia. Liczy się tylko udane polowanie. I wspaniałe trofeum. Zdjęcie warte kilku nieprzespanych nocy.


Jak duży powinien być raj? Ogromny jak wszechświat? Może wielkości małej planety
lub chociaż kontynentu? „Broń Boże! Zdecydowanie za duży – śmieje się Kamil Wiech, ornitolog i fotograf przyrody. – Porządny raj powinno się przemierzyć na piechotę
w jeden dzień. Mój jest idealny. Ma 35 kilometrów kwadratowych. 10 długości i nieco ponad trzy szerokości. Co prawda nie nazywa się Eden, tylko Wyspa Sobieszewska,
i na dodatek jest częścią Gdańska, ale pal licho etykietki. Każdy, kto postawi tu stopę, przyzna, że to magiczne miejsce.

 

XIX-wieczna kamienna grobla oddziela jezioro Ptasi Raj od Wisły Śmiałej. Przez stulecia rzeka uchodziła do Bałtyku wąskim korytem na północy Gdańska (dziś to Martwa Wisła). Zimą 1840 roku na drodze stanął jej lodowy zator. 1 lutego spiętrzone wody wystąpiły z wałów i ruszyły ku morzu, żłobiąc nowe ujście. „To nowe koryto nie ma dotąd nazwiska; a że się Wisła tak poczciwie i raźno ku morzu przebrała, nazwijmy ją tutaj Śmiałą Wisłą” – pisał poeta Wincenty Pol. I tak też się stało (fot.: Radosław Żydonik)

 

Brakuje jedynie skalnych turni i połonin. A poza tym to krajobrazowa Polska w pigułce. Lasy iglaste, mieszane, liściaste, wspaniałe wydmy, plaże szerokie jak pustynia, romantyczne brzegi Wisły, jeziora, bagna, łąki. No i niesamowici mieszkańcy”.
O tych ostatnich Kamil może opowiadać godzinami. „Trudno uwierzyć, że na tym metrażu żyje w zgodzie kilkaset tysięcy lokatorów. Stałe zameldowanie ma tylko garstka ludzi ze Świbna, Sobieszewa i Górek Wschodnich.

 

Reszta towarzystwa ma w nosie obowiązek meldunkowy. Rybitwa białoczelna, sieweczka, bąk czy kropiatka mieszkają tu przez okrągły rok. Zimą mają święty spokój, ale wiosną i jesienią, w czasie migracji, trwa regularna skrzydlata inwazja. Coś pięknego – przyrodnik rozgląda się dookoła. – Słyszysz ten cudowny jazgot? Chichot, śpiew,
pisk i diabeł wie, co jeszcze? Witaj na Wyspie Sobieszewskiej, wielkim ptasim gnieździe na czubku Trójmiasta”.

 

Przedzierająca się przez wydmy rzeka wyniosła do Zatoki Gdańskiej ogromne głazy i kamienie. Część z nich posłużyła do budowy falochronu przy ujściu Wisły Śmiałej (fot.: Radosław Żydonik)


Trudno uwierzyć, że cywilizacja jest tuż za rogiem. Wężyk samochodów rusza właśnie
w stronę Warszawy. Mija gdańskie spichlerze, strzępy ceglanych fortyfikacji, przecina Motławę. Za plecami gotycka wieża bazyliki Mariackiej, na wprost kominy rafinerii. Zapach benzyny uderza w nozdrza. W industrialnym pejzażu spodziewać się można wszystkiego. Pól naftowych, fabryki czołgów. Ale dziewiczej przyrody? Dlatego wielu
przeciera oczy, gdy na rogatkach Gdańska pojawia się tablica: „Rezerwat przyrody Ptasi Raj – 10 km”. Grzech nie sprawdzić. Ciekawscy odbijają z krajowej siódemki
na Sobieszewo.

 

Minuta, dwie i upiorny przemysł zaczyna zwijać swoje zabawki. Hale, baraki, beton, blacha ustępują miejsca zieleni pól. Ani jednego pagórka, ani jednej fałdy. Jest idealnie płasko. Tylko czasem przełamuje pustkę drewniana wieża kościoła, chata podcieniowa czy rząd wierzb płaczących nad bezkresną monotonią. „To świat bez początku i końca” – mówił o Żuławach Wiślanych polski szlachcic u schyłku XVI wieku. Widział je kątem oka, spławiając zboże do Gdańska. A gdy wracał do garbatej Małopolski, opowiadał kompanom w gospodzie: „Mieszkańcy Żuław to Pana Boga za żupan złapali.
Tu, pod Krakowem, nieprzyjaciel może nam spaść z góry prosto za kołnierz. A tam idzie go wypatrzyć na 100 mil. Wszystko widać jak na dłoni. Da się spokojnie kwaterkę gorzałki wypić i jeszcze kupa czasu będzie, by wziąć nogi za pas”. Mylił się.

 

Wieża obserwacyjna przy jeziorku obok rezerwatu Mewia Łacha. Warto przyjść wcześnie rano, by przyjrzeć się bobrom, które niestety przysięgły sobie, że nie spoczną, dopóki nie położą pokotem okolicznych drzew (fot.: Radosław Żydonik)

Polecane wideo

 

Gdyby znalazł się na obrzeżach Gdańska zimą lub wczesną wiosną, nie zdążyłby ani wychylić kielicha, ani machnąć szabelką. Wróg uderzał niespodziewanie. Rozlewał się śmiercionośną falą wśród łomotu rozpędzonej kry, miażdżąc ludzi i zwierzęta, zmywając z map całe wsie. Do końca XIX wieku, w czasie roztopów, Wisła, największa przyjaciółka żuławiaków, co kilka lat zamieniała się w nieobliczalną furiatkę.

 

Miała swoje powody. Pokonywała setki kilometrów, sunąc szerokim korytem, a na finiszu – stop! Musiała gwałtownie hamować w wąskim gardle Gdańska, który wiosną krztusił się od nadmiaru wód. Cofała się więc i miotała po przedpolach miasta, rozglądając się za nowym ujściem. Znalazła je 1 lutego 1840 roku. „Rozległ się straszny huk i szum
w powietrzu, jak gdyby się cała ziemia trzęsła!” – opowiadał po latach miejscowy rybak.
A potem Wisła runęła ku morzu, przeżynając się zwałami lodu przez Żuławy. Rozdarła wieś Górki, las, wydmy Mierzei Wiślanej i wpadła w objęcia Bałtyku.

 

Szum morza, ciepły wiatr, gitara, a nocą – gwiazdy na wyciągnięcie ręki. Latem na plażach Sobieszewa biwakuje mnóstwo turystów (fot.: Radosław Żydonik)

 

„Mieliśmy mierzeję, mamy półwysep” – lamentowali ludzie, patrząc na domy, które zostały po drugiej stronie rzeki. Szybko otarli łzy, zacisnęli pięści i postanowili zapakować szaloną strugę w kaftan bezpieczeństwa. 31 marca 1895 roku wszystko było gotowe. Szpaler szampana szykował się do salwy, żurnaliści obgryzali ołówki. Przez kilkadziesiąt lat kreślono projekty, szukano pieniędzy, dobijano się do ministerialnych drzwi. W końcu się udało. Powstał sztuczny kanał, który raz na zawsze miał rozwiązać problem żuławskich powodzi, a przy okazji zamienić półwysep koło Sobieszewa
w wyspę.

 

Zaczynał się na południe od Świbna, w miejscu, gdzie rzeka skręcała w stronę Gdańska. Za moment śluza odetnie ją od dawnego ujścia i skieruje nowym korytem prosto
do morza. Do przekopania został już tylko metr ziemi. Punktualnie o godzinie 15.45 telegraf wypluł cesarską depeszę: „Można przebijać”. Nadprezydent Prus Zachodnich uniósł ozdobiony kwiatami szpadel, wbił go w ziemię. Wąska strużka zaczęła sączyć się do kanału.

Nie trzeba lornetki, by dostrzec parę zastygłych w bezruchu żurawi, które przycupnęły na drugim brzegu Wisły Śmiałej przy Stoczni Wisła (fot.: Radosław Żydonik)

 

Godzinę później miała już 300 metrów szerokości i siedem kilometrów długości. „Mieliśmy półwysep, mamy wyspę!” – krzyczeli ludzie, wbiegając na wały. A potem odprowadzili ujarzmioną rzekę aż do Bałtyku. Robią tak do dziś. Zostawiają samochody w malutkim Świbnie, wchodzą do lasu i po chwili trafiają na kamienną ścieżkę wiodącą wzdłuż malowniczego przekopu. Po prawej stronie barki, lodołamacze, ciągnący sieci rybacy, po lewej – pachnący dziką różą las, trawiaste wydmy, bobry żerujące w jeziorku.


Po chwili widać już falujący bezkres. Wisła marszczy się, wiruje, tłucze o kamienie.
A gdy wpada do Bałtyku, zaczyna dokazywać jak dziecko w piaskownicy. Kopie kanały, modeluje plażę, przenosi piach i lepi z niego przybrzeżne wysepki. Na jednej
z nich panuje niesamowity ścisk. Setka lśniących ciał wdzięczy się do słońca z dala
od wścibskich spojrzeń.

 

Rudzik, czyli szczęśliwy obywatel Ptasiego Raju. Wiosną i jesienią wyspę zamieszkuje kilkaset tysięcy ptaków. Stale gniazduje tu 45 gatunków – wśród nich siweczka obrożna i rzeczna, wąsatka, zielonka, rybitwa czubata czy tracz nurogęś (fot.: Radosław Żydonik)
 

„Foki. Z roku na rok jest ich coraz więcej – mówi Kamil. – To jedyne miejsce na polskim Wybrzeżu, gdzie pojawiają się regularnie.Czasem podpływają do plaży, zerkają
na kitesurferów, łódki, kolorowe bikini. Trochę mi ich żal, bo nie wiedzą, że to,
co najciekawsze, leży tuż za plażą, nad jeziorem Karaś”. Ornitolog uśmiecha się
i zaczyna opowiadać o Ptasim Raju. O wąsatce, śpiewającym podróżniczku, oharze, edredonie. „Nic na to nie poradzę. Podglądanie ptaków to cudowny narkotyk. Najlepiej smakuje jesienią. Prawdziwy odlot!”.

Galeria - 8 zdjęć

Najnowsze

  • Gdzie Polacy pojadą na wakacje 2017 - TOP 7 kierunków

    Gdzie Polacy pojadą na wakacje 2017 - TOP 7 kierunków

    Nie jest tajemnicą, że Polacy lubią spędzać wakacje na zagranicą, często jednak stają przed dylematem, gdzie wybrać się w tym roku? Dlatego z myślą o tych, którzy jeszcze nie wybrali miejsca tegorocznego urlopu przygotowaliśmy listę 7 najpopularniejszych kierunków na tegoroczne wakacje.

  • Wyrusz w rejs pod żaglami ITAKI

    Wyrusz w rejs pod żaglami ITAKI

    Relaks, gorące słońce, błękitne niebo, szum oceanu i rajskie wyspy na horyzoncie tak w jednym zdaniu można opisać propozycję spędzenia urlopu, jaką przygotowała Itaka.

  • Pomysł na nietypowy urlop? Rejs do Berlina!

    Pomysł na nietypowy urlop? Rejs do Berlina!

    Płynąc spacerowym jachtem motorowym po Odrze, wybrać można wiele kierunków, jednak tym, który musi przebyć każdy motorowodniak jest trasa z Wrocławia do Berlina. To blisko 700 km rzecznej żeglugi, podczas której zobaczy się niesamowite miejsca i przeżyje niecodzienne przygody. Przedstawiamy 5 największych atrakcji szlaku Wrocław-Berlin.

Polecamy