Ludzie radości Tajska życzliwość i uśmiech (fot. dreamstime.com)
Tajlandia

Ludzie radości

30marca2017

– Gdy podróż zaczyna się już na pokładzie – krzyczał niegdyś slogan tajskich linii lotniczych. Jadąc po raz pierwszy, drugi, a nawet dziesiąty do Tajlandii, łatwo w to uwierzyć. Zwłaszcza że od doświadczenia nieodwracalnie polepszającego życie dzieli już wówczas ledwie kilkanaście godzin lotu.

Tajlandia zmienia. Bezpowrotnie. Zaraża zakodowaną w DNA miejscowych życzliwością i uśmiechem na dzień dobry. Pod jego wpływem łagodnieją pochmurne oblicza przybyszów, wygładzają się ich ruchy.

Tajowie często powtarzają słowo sanuk oznaczające radość. Tego oczekują od życia, tym mierzą jego jakość. Przeciwności losu kwitują prostym mai pen rai, czyli: nic nie szkodzi.

Jeśli dodać do tego wszechobecne kolory, łatwo o mylne wrażenie, że w tym kraju nie ma miejsca na zmartwienia. Jest, ale przecież można je znosić z godnością.

 

– A więc jednak – myślą podróżni – i cząstkę tej pogody ducha zabierają ze sobą do domu. Rozpromienieni i odrobinę lepsi. Zatem sanuk i witaj radości życia!

Na początek zazwyczaj jest Bangkok. Ze stolicą Tajlandii jest trochę tak jak z Nowym Jorkiem – nie pozostawia obojętnym. Kocha się go lub nienawidzi, ale jeśli dać nura pod gęstą czapę spalin, odkryje się kipiącą życiem metropolię, istny kocioł ludzki.

Jego uliczki rozbrzmiewają dziesiątkami języków, od samego początku zaszczepiając przeświadczenie, że każdy jest tu na miejscu. W zgodnym współistnieniu pomaga kolejna z tajskich cech – jai yen, umiejętność trzymania nerwów na wodzy.

 

Złość traktuje się tutaj jako objaw niedojrzałości, mentalność chłopca w krótkich majteczkach. Nawet psy, pomimo całego zgiełku metropolii, nie wykazują żadnych oznak agresji. Potulne i spokojne, w zgodzie ze swoim przeznaczeniem przeżywają kolejne dni.

Życie stołecznej ulicy jest jak miejscowa kuchnia. Kolorowe, wyraziste, aromatyczne. Przeszywa zmysły chmarą zapachów. Tajowie źle znoszą samotność, lgną do ludzi, więc chodniki pokrywa gęsta fastryga klubów, barów, stoisk z żywnością.

Wokół nich kłębi się tłum miejscowych, bo każdy powód jest dobry, by uciąć sobie pogawędkę, a życie ma być przecież sanuk.

Taką mentalność Tajowie zawdzięczają filozofii buddyjskiej. Zaszczepia ona poszanowanie drugiego człowieka i niechęć do skrajnych emocji. Bez niej nie byłoby tak radosnego społeczeństwa.

 

Świątynia Wat Tham Sua. Oddalona kilka kilometrów od prowincji Krabi, stanowi jeden z najpiękniejszych zabytków Tajlandii.

1272 stopnie prowadzą do stóp Buddy

Religia jest w życiu ważna. Jeszcze niedawno to sam król zmieniał szaty figurce Szmaragdowego Buddy, będącej narodowym skarbem Tajlandii, a większość mężczyzn ma za sobą kilkudniowy epizod w roli mnicha.

Zyskują w ten sposób błogosławieństwo dla swoich rodzin, ale przede wszystkim przenoszą na grunt prywatny cząstkę buddyjskiego ciepła. Nie dziwi więc, że świątynie w Bangkoku liczy się w setkach.

Przylegają do bibliotek, szkół, budynków rządowych. Stanowią integralną część życia i być może najbarwniejszy element miasta. Te najbardziej okazałe, Wat Po i Wat Phra Kaew, znaleźć można w Ratanakosin.

Pierwsza z nich mieści gigantyczny posąg Leżącego Buddy, druga, dla kontrastu, miniaturową figurkę Szmaragdowego Buddy. Dla turystów Ratanakosin roztacza prawdziwie bajkową scenerię.

Ściany świątyń, udekorowane tysiącami różnokolorowych szkiełek, pobłyskują w słońcu. Wabią podróżnych obietnicą wyprawy do krainy dzieciństwa, do świata bajek i wielobarwnych pałaców.

Jeszcze inaczej wygląda położona na przeciwległym brzegu Wat Arun, Świątynia Świtu. Jej strzelistą sylwetkę, uwiecznioną na 10-bahtowej monecie, pokrywają niezliczone kawałki chińskiej porcelany.

 

Największe wrażenie świątynie wywierają w dniu urodzin Buddy, gdy tłum wiernych wypełnia wnętrza i dziedzińce. Całe rodziny gromadzą się wówczas, by wysłuchać nauk z jego życia.

W ciemności tlą się trzymane przez nich świece, by ostatecznie, po rytualnej procesji, utworzyć świetlisty dywan przed salą wyświęceń.

Bangkok został w dużej mierze zbudowany na wodzie. Pierwsze ulice poprowadzono dopiero w XIX wieku. Do dziś rzeka Chao Phraya wnika w tkankę miejską dziesiątkami kanałów.

Atmosferę wodnego miasta poczuć można w Thonburi, lewobrzeżnej, historycznie najstarszej części stolicy. Poprzecinana siecią kanałów, upstrzona tysiącami domków budowanych nad wodą lub wręcz na wodzie, wiedzie swój niespieszny żywot w cieniu prawobrzeżnego, „właściwego” Bangkoku.

Ale to tam doświadczyć można stolicy leniwej, na wpół uśpionej. Dzieci kąpiących się całymi dniami w rzece oraz galotów zdobiących frontony nawodnych chatek. Kursując po kanałach Thonburi, warto zatrzymać się w Muzeum Królewskiej Barki.

Spośród monarszych łodzi uwagę przykuwa ta największa, 46-metrowa. Ożywa raz do roku podczas uroczystej procesji. Miejsce w niej zajmuje wówczas król, 54 wioślarzy śpiewa prastare pieśni, a na wody Chao Phraya spływa splendor dawnych dni.

 

To właśnie różnorodność, swoista krajobrazowa wielkomiejskość jest atutem Bangkoku. Choćby przeskok z sennego Thonburi do miejscowej dzielnicy chińskiej.

Pozbawiona cukierkowej przymilności swego odpowiednika w Singapurze czy komercyjnego charakteru tych w Nowym Jorku i Londynie, żyje prawdziwie nieokiełznanym, pełnym tumultu życiem.

Nie są to już czasy, gdy w ciemnych zaułkach unosił się zapach opium, ale stragany wciąż wylewają się niepowstrzymaną falą na ulicę. Wśród zakurzonych budynków rozgrywa się spektakl życia.

Stragany z żywnością znikają o określonej godzinie, by ustąpić miejsca znachorom i handlarzom antyków - nie antyków. Koloryt ulicy zmienia się z godziny na godzinę.

Kolejną twarz Bangkoku można zobaczyć na południe od Chinatown. Ocieniona szpalerem wieżowców ulica Silom kusi sklepami jubilerskimi i butikami. W bocznych alejkach rozlokowały się restauracje.

 

Po zmroku parę kroków dalej rozpala się neonowy Patpong – półtorej uliczki, której Bangkok zawdzięcza łatkę miasta rozpusty. Rozbuchaną Silom zamyka Park Lumpini – oaza spokoju i miejsce wytchnienia dla tych, którym serce miasta bije zbyt głośno.

Poruszać się po tym labiryncie można tuk-tukiem, trzykołową taksówką. Ich terkot wypełnia ulice, a kierowcy szarżują pod prąd. Niczym spowici aureolą spalin jeźdźcy Apokalipsy.

Ci, którzy cenią sobie przestrzeń, trafiają raczej na łodzie ekspresowe, kursujące po Chao Phraya. W przeszłości jej wody nosiły królów, dziś transportują miejscową gawiedź.

Pobłyskują pomarańczem szaty mnichów, wiatr rozwiewa kruczoczarne włosy Tajek, a turyści mogą marzyć, patrząc na słońce zasypiające nad dachami świątyń.

Powodów do zachwytu jest w Tajlandii dużo więcej. Zwłaszcza kulinarnych. Sam Bangkok kusi gargantuiczną ilością kilkudziesięciu tysięcy restauracji. Prawdziwie niebanalny posiłek czeka jednak na pływających targach.

 

Najbarwniejszy z nich, ten, którego zdjęcia zdobią ściany wszystkich agencji, to Damnoen Saduak w prowincji Ratchaburi. Flotylla mikroskopijnych łódeczek krąży tam zawzięcie. Z rąk do rąk płyną miski strawy, a spod słomianych kapelusików dobywają się nawoływania handlarek.

Odbijają się od zawieszonych nad kanałem dachów. Nawet jeśli niczego się tu nie spróbuje, targ jest prawdziwą ucztą dla oczu. Na łódkach piętrzą się bowiem stosy warzyw i owoców.

Widziane z góry, sprawiają wrażenie rozedrganej tęczowej szachownicy. Niekończącej się parady zjednoczonych kolorów świata.

Dla właściwego efektu warto tam przyjechać dzień wcześniej, bladym świtem. Zanim na scenę wdefilują wycieczki, a brzegi kanału pokryją stoiska z pamiątkami.

Ci, którzy nie lubią turystycznego tłoku, powinni pojechać na targ w Amphawa w Samut Songkhram – jednej z centralnych prowincji Tajlandii. Kanał jest tam szerszy, toteż łódki przyklejają się do wysokich nabrzeży.

 

Czasem trudno o bezpośredni kontakt i zamówienia suną do nas w koszykach, na prowizorycznych linowych wyciągach. Pływające kuchnie dymią garncami z curry, a nabrzeża zaludniają tłumy miejscowych. Nieoceniony urok miejsca z dala od utartych szlaków.

Prawdziwym magnesem Tajlandii są jednak rajskie wysepki. Są ich setki, większość blisko brzegu i z perspektywy zasypanej jesiennymi liśćmi Europy wabią obietnicą plażowego lenistwa. Do ich obecnej popularności prowadziła zwykle ta sama droga.

Gdy większość z nich była jeszcze niezamieszkana, jako pierwsi docierali na nie zdeklarowani włóczędzy. Na brzegach plaż wyrastały bambusowe chatki, a samozwańczy odkrywcy tonęli w słońcu z dala od cywilizacji.

Z biegiem czasu wieści o kolejnym odnalezionym raju zataczały coraz szersze kręgi, ściągając potężnych operatorów i tłumy spragnionych relaksu turystów. Tak było z Ko Samui.

Odkryta dla Zachodu przez garstkę wagabundów, dzisiaj dopieszcza miliony. Jest jak wyspa-kameleon mająca w zanadrzu coś dla każdego. Poszukujący doznań towarzyskich trafiają zwykle na wydającą się nie mieć końca plażę Chaweng.

W jej krystalicznie białym piasku zakotwiczyły restauracyjne stoliki. Wieczorem, w poświacie lampionów, na krwistoczerwonych pufach, można upajać się ciepłą morską bryzą. Za dnia z każdym muśnięciem tajskiego masażu rozmywają się przywleczone stresy.

 

Ogród hotelu Pimalai

Błogostanu nie zmąci ani wielobarwny tłum, ani awanturujące się na wodzie skutery. Zmęczeni tumultem plaży mogą udać się do jednego z wielu boutique spa. Schowane w gęstwinie ogrodów, tonące wśród tropikalnych kwiatów ukoją zmysły.

Mniej wystawne oblicze ma północne wybrzeże wyspy. Ukryte za parawanem z palm chatki plaży Maenam czy uroczo spokojna Choeng Mon pozwolą odpocząć od tłumów. Z wysokości swojego podestu spogląda tu pobliski posąg Wielkiego Buddy.

W zależności od pory dnia migocze swoimi złoceniami lub zatapia się w czerwieniach wraz z ostatnimi podrygami słońca.

By na dobre nie polec na plaży, warto wypożyczyć skuter i uciąć sobie przejażdżkę w mniej oblężone rejony wyspy. Choćby do tradycyjnych osad rybackich Bo Phut i Ban Hua Thanon.

 

Po drodze mija się niecodzienne pary: motocyklistów z przyklejonymi do pleców małpkami. To taka miejscowa woltyżerka chłopaków pracujących na plantacjach kokosów, gdzie wytresowane małpki wspinają się na drzewa.

W samych wioskach jako pierwsze widzi się ustawione na brzegu łodzie. Gdzie są rybacy? Najczęściej kilka metrów od brzegu kopcą papierochy pod baldachimami suszącej się bielizny.

Prawdziwe bogactwo wrażeń kryje się jednak na pobliskim archipelagu. Zwolennicy zabawy do upadłego udadzą się na Ko Pha Ngan. Będzie młodziej i głośniej, bo wysepka słynie z legendarnych już Full Moon Parties.

Sława przyciąga i obecnie plaże Hat Rin wypełnia nierzadko 10-tysięczny tłum. Zresztą każdy pretekst jest dobry by zaszaleć, i fajerwerki odpala się teraz przy praktycznie dowolnej fazie księżyca. Organizatorzy imprez wertują książki do astrologii w poszukiwaniu kolejnych chwytliwych terminów.

Gdy znuży atmosfera ciągłej zabawy, warto przemieścić się odrobinę na północ, na Ko Tao, zwaną również Wyspą Żółwi. Próżno teraz szukać tam tych pięknych zwierząt, za to na wyspę aż w nadmiarze przypływają nieopierzeni nurkowie.

Jedynie australijskie Cairns wydaje więcej certyfikatów dla początkujących. I choć nawet w Tajlandii można znaleźć wiele ciekawszych akwenów, miejscowe wody i tak wystarczająco pobudzają wyobraźnię.

 

Szczęśliwcy podczas pierwszych zejść mogą natknąć się choćby na rekiny wielorybie – łagodne i niezwykle rzadkie olbrzymy spotykane w raptem kilku miejscach na świecie. Ale Ko Tao to również doskonała alternatywa dla Ko Samui i Ko Pha Ngan.

Jako ostatnia pojawiła się w notesach developerów, dzięki czemu wciąż można liczyć na marzycielski spacer plażą i romantycznego drinka przy świecach.

Laur najpiękniejszej z tajskich wysp dzierży jednak Ko Phi Phi, ukochane dziecko Wybrzeża Andamańskiego. Jeśli spojrzeć na nią z lotu ptaka, przypomina pokiereszowaną elipsę, symbol nieskończoności.

Pokiereszować próbowało ją też tsunami z 2004 roku, ale wyspa odrodziła się jak feniks z popiołów. Jakby wpisana w jej kształt nieskończoność skazywała ją na wieczną prosperity.

 

Można psioczyć na dzisiejszą komercjalizację wyspy, na flotylle łodzi zabierające oddech zatoczkom. Nie zmienia to jednak faktu, że Phi Phi pod względem urody pozostaje miejscem wyjątkowym.

Przyczółkiem raju, bliskim i do wzięcia za rozsądną cenę. Wystarczy zresztą spojrzeć. W centralnej części wyspy obrośnięte bujną roślinnością wzgórza bawią się formą, wystrzeliwując w górę i spadając znienacka do wód zatoki.

Pomiędzy nimi wąski przesmyk piachu. Wystawia na próbę cierpliwość fizyki, niosąc na swym grzbiecie niemal całe zaplecze turystyczne. Tuż obok lekcje z kolorów prowadzi woda.

Płyciznę plaży Loh Dalum barwi marzycielskim błękitem, na Ton Sai dla kontrastu dodaje głęboko morskiego granatu. A wszystko to na przestrzeni zaledwie kilkuset metrów.

 

Koloryt miejsca przyciąga na tyle skutecznie, że nawet relatywny spokój ma na Phi Phi swoją cenę. Poszukać go można na dalekim północnym krańcu wyspy.

Plażę Laem Tong dzieli od zgiełku Ton Sai bezpiecznie nużąca godzina drogi, więc jedyne, co może tam grozić wypoczywającym, to terkot łódek sumiennie okrążających wyspę.

Niedaleko stąd też do Ko Pai, zwanej Bamboo Island. Niezamieszkana i pozbawiona operowej scenerii zazdrośnie spoziera na większą i piękniejszą sąsiadkę. Nadrabiać próbuje swoją rafą koralową z żółwiami i wężami morskimi, ale i w tym wypadku ciekawsze miejsca znajdziemy bliżej Phi Phi. Choćby przy Long Beach.

Plaża tętni życiem potęgowanym jeszcze przez korowód jednodniowych wycieczek, a kilkadziesiąt metrów od brzegu feerią barw rozkwita inny świat. Turkus miesza się z purpurą, a ławice ryb buszują wśród korali. Spokojne i obojętne na wszystko.

Wyspę zresztą najlepiej ogląda się od strony morza. Warto skorzystać z oferowanych na miejscu kajaków – nie płoszą ryb, a przy okazji można napawać się pięknem przyrody.

Penetrując odległe zatoczki nie można przeoczyć Ao Nui, gdzie wapienne skały kpią sobie z grawitacji, przybierając wybujałe kształty. Pokaźnych rozmiarów ludzki nochal czy ulepiony ze skalnych klocków lego wielbłąd to tylko niektóre z nich.

Gdyby wrażeń było mało, kartografowie dodali wyspie mniejszą siostrę – Phi Phi Leh. Do dziś na straganach Ton Sai dyndają koszulki z nadrukiem ‘I love Leo’. Sympatia zrozumiała, bo film Niebiańska plaża z Leonardo di Caprio zapewnił jej dozgonne miejsce w panteonie wysepek gwiazd ekranu.

Widziana z Long Beach sprawia wrażenie miejsca, które wypowiedziało wojnę liniom prostym. Skały o picassowsko nieprzewidywalnych kształtach zbiły się w ciżbę, jakby stawiając opór wzbierającej fali przybyszów.

 

Ostrożność jak najbardziej wskazana, gdyż zwabione darmową reklamą na wyspę ciągną tłumy ciekawskich. Na szczęście pomimo braku prawnych ograniczeń pozostała ona wciąż niezamieszkana.

Turyści przypływają gremialnie na kilkugodzinne wizyty, odhaczają kolejne zatoczki i znikają przed zmrokiem, zapewniając wysepce spokojny sen. I choć w ciągu dnia w rozsławionej filmowo Zatoce Maya zwykle aż trudno znaleźć miejsce, czasem wystarczy skupić się na szczegółach.

Zatrzymać wzrok na bezmiarze turkusu rozpuszczonym w wodzie, pionowych skałach przekornie przyglądających się przybyszom czy tradycyjnych łodziach udekorowanych naręczami kwiatów. I wyobrazić sobie, jak musi wyglądać to miejsce, gdy wschodzi słońce.

Znaleźć w Tajlandii wysepki szerzej nieznane, dopiero zyskujące sławę, to nie lada sztuka. Tym bardziej trzeba docenić okolice Parku Morskiego Ko Tarutao. Miejscowi nazywają je Malediwami Tajlandii.

Nie ma w tym wiele przesady, bo w tutejszych wodach żyje 25 procent spotykanych na świecie gatunków ryb tropikalnych. Zaplecze turystyczne to coraz bardziej głośna Ko Lipe. Najlepiej potraktować ją jako bazę wypadową i wynajętą łodzią udać się na jedną z 50 pobliskich wysp.

 

Bezludnych i objętych ochroną Parku. Plaże Ko Adang i Ko Tarutao są tak spokojne i dziewiczo czyste, że swoje jaja składa tam kilka gatunków żółwi. W szczycie sezonu pałęta się po nich góra kilkanaście osób.

Czasem przemierza się je samemu, mając za towarzyszy morze i wiatr. Obrazu dopełnia las tropikalny Ko Tarutao. Pierwotnie bujny i o wielkich połaciach, których nigdy nie dotknęła ludzka stopa.

Jakby symbolicznie, historia rzuciła na Ko Lipe grupę chao ley – morskich nomadów. I choć życie na lądzie bywa ciężkie dla ludzi, którym w głowach szumią fale i wiatr, trudno wyobrazić sobie lepszą dla nich przystań.

Dalej w tym kraju popłynąć się nie da. Kilka kilometrów na południe migoczą już światła malezyjskiej Langkawi, a z nimi zupełnie inna rzeczywistość. Zresztą, kto chciałby opuszczać Tajlandię?

 

JAK PODRÓŻOWAĆ

Do  Tajlandii najwygodniej wybrać się katarskimi liniami Qatar Airways, które kilkakrotnie  zostały uznane najlepszymi  liniami świata. Zaletą są wygodne przesiadki na lotnisku w Doha (z możliwością zarezerwowania darmowej wycieczki po mieście.
Ceny biletów zaczynają się od 3 500 zlotych (zdarzają się też atrakcyjniejsze promocje). 

www.qatarairways.com

 

Luthansa - przez Frankfurt i Bangkok, ceny od 3700 złotych.

Polecane wideo

Aeroflot przez Moskwę i Bangkok, ceny od 3000 złotych.

 

Jeśli nie chcemy sami organizować podróży, możemy skorzystać z szytych na miarę wypraw organizowanych przez Nowak Adventure Travel. Program dopasowany jest do zainteresowań grupy. 

www.nowakadventure.travel

Galeria - 4 zdjęcia

Najnowsze

  • Pamiątki z wakacji: podaruj bliskim coś niezwykłego

    Pamiątki z wakacji: podaruj bliskim coś niezwykłego

    Wakacje niemal zawsze trwają zbyt krótko, a z odwiedzanych podczas urlopu miejsc często nie chce się nam wyjeżdżać. By utrwalić choć cząstkę pięknych wspomnień, dbamy o zdobycie pamiątek: zdjęć, lokalnych wyrobów czy choćby magnesów na lodówkę.

  • Biegiem po... integrację

    Biegiem po... integrację

    Moda na aktywny i zdrowy styl życia na dobre zadomowiła się w polskich miastach.

  • Nadbałtyckie rekordy

    Nadbałtyckie rekordy

    Popularność naszego wybrzeża rośnie. Skąd na plażach rekordowe liczby turystów?

Polecamy

  • Muztagh Ata - góra tylko dla Chińczyków

    Muztagh Ata - góra tylko dla Chińczyków

    Agnieszka Jędrzejczyk latem 2012 roku wyruszyła do chińskiego Pamiru, by zdobyć Muztagh Ata – jeden z 43 najwyższych szczytów świata. Jej relację zamieściliśmy we Voyage. Dziś publikujemy dziennik z kolejnego podejścia do zdobycia tej trudnej góry. Czy wyprawa z roku 2016 była dla niej łaskawsza? Czy tym razem jej się powiodło?

  • Hotel FORUM w Katowicach - czemu warto się tam udać?

    Hotel FORUM w Katowicach - czemu warto się tam udać?

    Hotel dysponując nowoczesnymi rozwiązaniami przeznaczonymi dla osób podróżujących biznesowo, jak i w celach turystyczno-wypoczynkowych!