Rzeka tajemnic Dziewczynka z plemienia Warao (fot. Anna Janowska)
Wenezuela

Rzeka tajemnic

09lipca2013

Zamiast ścian cienka siatka moskitiery. Spomiędzy desek podłogi prześwituje płynąca pod domkiem na palach woda. Nad głową dach z liści palmy. Niewiele oddziela nas od szaleństwa przyrody. Delta potężnej Orinoko wydaje się przyjazna i sielankowa. Słodkie pozory.

Z Tucupita, gdzie kończy się droga, do Orinoko Delta Lodge trzeba przez godzinę płynąć szybką motorówką z potężnymi silnikami. Łódź podskakuje na każdym załamaniu wody, a fale za rufą biegną do brzegu, huśtając nenufary. Dżungla wokół gęstnieje coraz bardziej.

Jednak dopiero gdy spojrzy się na mapę lub zobaczy potężne rozlewisko Orinoko z powietrza, przed oczami staje ogrom tej drugiej po Amazonce rzeki Ameryki Południowej.

Najsilniejszy nurt płynie największymi z kanałów: Rio Grande i Canao Manano, na które, po przebyciu 2574 km, rozlewa się Orinoko. Wokół pajęczyna mniejszych odnóg splątanych niczym rybacka sieć.

Płyną nimi nieprzerwanie miliony litrów wody, zlewające się z wchodzących w skład dorzecza Orinoko 2 tysięcy rzek. Niosą tyle mułu i piachu, że co roku osady tworzą u ujścia do Atlantyku około 40 metrów nowego lądu.

Pęd łodzi wyciska łzy z oczu, zrywa czapki, plącze włosy. I choć na kanale co chwila pojawiają się jakieś przeszkody, sternik z plemienia Warao prowadzi bardzo pewnie. Widać, że jest u siebie.

Indianie Warao to plemię zżyte z deltą Orinoko od zawsze. Nazywani są „ludźmi łodzi”. Bo ich dzieci wiosłować umieją, jeszcze zanim nauczą się chodzić. Poza tym nie mają sobie równych w budowie czółen.

Ich umiejętności odkryli razem z deltą w XVI wieku Hiszpanie, którzy nazwali te ziemie Nową Andaluzją. Warao stali się ich tajną bronią i niezwykle poszukiwanymi nawigatorami i konstruktorami.

Dziś w delcie Orinoko mieszka 24 tysiące Indian Warao. Ich domem jest dżungla i kryte liśćmi palmy palafitos – domki na palach, w których często jedynym meblem jest hamak.

Ustawione są niby samotnie, ale w sąsiedztwie nie dalszym niż kilka machnięć wiosłem od najbliższego krewnego. Pojawienie się łodzi z turystami wywołuje przyjazne uśmiechy.

Warao chodzą już co prawda w t-shirtach, ale wciąż na bosaka i żyją bardzo tradycyjnie. Mówią w warao i często łatwiej się z nimi dogadać na migi i miny niż po hiszpańsku (będącym językiem urzędowym w Wenezueli).

Drzewem życia nazywają palmę moriche. Daje im owoce, sok i pulpę, z której robią chleb. A serce palmy to ich ulubiony, choć rzadki przysmak – bo aby wydobyć smaczny trzon, trzeba ściąć całe drzewo. Z włókien palmy plotą hamaki, sakwy, kosze i pamiątki sprzedawane za kilka boliwarów.

Dopiero od niedawna uprawiają ziemię. Wcześniej wszystko dawała im dżungla i rzeka. Łowią ryby, choć, co ciekawe, nie jedzą na przykład suma, którego uważają za stworzenie magiczne.

Polują na ptaki i iguany, ale nie tkną węży czy większych ssaków, bo traktują je jak braci z lasu. Wyprawa z przewodnikiem Warao to nie lada gratka.

Dżungla wita ciekawych jej przybyszy z otwartymi... szponami. Wysyła na powitanie hordy komarów. Obsiadają skórę tak gęsto, że staje się od nich czarna.

Nie pomaga żaden sprej, nic poza oblepieniem się błotem albo szczelnym zapięciem aż po szyję grubego, przeciwdeszczowego płaszcza, co w lepkim wilgotnym upale dżungli jest aktem desperacji i zafundowaniem sobie prywatnej sauny.

Pierwszy krok z łodzi kończy się zgubieniem kalosza w błocie. Nic się nie zmieniło, odkąd w 1957 roku Arkady Fiedler pisał w książce Orinoko: „Nad brzegiem rzeki ziemia była podmokła, bagnista, pokryta pasem bujnej nader roślinności. Przenikliwy odór spleśniałych liści i butwiejących korzeni gęsto wisiał w powietrzu, prawie otumaniał zmysły”.

Wszystko prawda. Prawda też, że dla tych, którzy czytając Fiedlera, marzyli o Orinoko, doświadczona na własnej skórze namacalność tego opisu staje się nie do zniesienia. Jak najszybciej chce się stąd uciekać. Sporo wysiłku wymaga zebranie się w sobie i ruszenie za przewodnikiem.

Pokaże nam, jak bardzo ten z pozoru niegościnny świat może się okazać pomocny i atrakcyjny dla tych, którym udało się go poznać. Oto i liana, z której, choć z pozoru wygląda tak samo jak wszystkie inne wokół, można napić się wody.

A tu roślina, która pieni się niczym zielone mydło i można sobie w niej urządzić pranie. Pokaże też kilka skorpionów ukrytych pod liściem i w nagrodę za dzielność zetnie palmę marao, by dać posmakować jej przypominające nieco w smaku młode pędy bambusa serce.

Znajdzie też w spróchniałym pniu żółte larwy, mięsiste, wijące się i spuchnięte niczym palec przytrzaśnięty drzwiami. I zaproponuje jako przekąskę. Kto ogląda programy surwiwalowe Beara Gryllsa, wie, o czym mowa.

Tak! Na wyciągniętej dłoni przewodnika wiją się te właśnie larwy. Mają dużo cennego białka i zagubionym w dżungli ratują życie. Te same, które przy przegryzaniu strzykają swoją paskudną zawartością na wszystkie strony i którym przed zjedzeniem trzeba odgryźć/ odciąć czarną główkę. Mało kto się na nie skusi. Ale przewodnikowi chyba smakują.

Po zatoczeniu pętli w dżungli widok łodzi cieszy jak nigdy. Jak najszybciej odpływamy od niegościnnego gąszczu, pozostawiając otwartym pytanie, ile komarów musi cię ugryźć, by przestać je czuć?

Gdy docieramy do Orinoko Delta Lodge, powoli zapada już zmrok. Spektakularnym koncertem zaczyna się noc w dżungli, którą ten, kto przeżywa ją po raz pierwszy, zapamięta do końca życia.

Prąd z generatorów w obozie daje jedyne światło. Jak okiem sięgnąć, czarna pustka. Niebo błyszczy gwiazdami, księżyc odbijają się w tafli wody. I dźwięki, niezwykle głośne i do niczego, co znamy, niepodobne.

Sprawiają, że niepokój rośnie, co i rusz obracamy z przekonaniem, że coś czai się za plecami. I znów rację miał Arkady Fiedler: „Z gąszczu onego ile fantastycznych wylatywało odgłosów, jakie zaczepne paszcze zagadkowych potworów wydzierały się tam w dziwnym rozjuszeniu!

Kłapało to, skrzeczało, dobywało jęków, pukało, nade wszystko zaś dokuczało do szpiku srogim syczeniem. Rzekłbyś: spusty piekła otwarte, skąd wypadły różnorakie bestie i teraz harcowały w tym skrawku puszczy”.

Zadziwiające, że wszystkie te skrzeki, miauknięcia, jęki, hałasy, stukoty to głównie robota owadów i... żab. Pomogą je zidentyfikować Indianie, którzy w ciemności odprowadzają gości do bungalowów. 

Tuż przed jego progiem światło latarki oświetla tak trochę od niechcenia strzechę dachu. A tam... wielka niczym połowa dłoni dorosłego człowieka, czarna i włochata tarantula. Uosobienie wszystkich strachów mieszczucha.

Nie jest fajnie ją zobaczyć tuż nad własną głową, przy wejściu do zdawałoby się bezpiecznego „domu”. Indianin bierze pająka na ręce niczym maskotkę i przekonuje, że póki się tarantuli nic nie zrobi, ona nie zachowa się agresywnie.

I choć nie sposób na nią nie patrzeć, tak magnetyczna jest w tej swojej czarnej obrosłej mitami włochatości, to jej tak bliskie sąsiedztwo oraz świadomość, że to ona jest tu u siebie, komfortowe nie jest. A już na pewno nie powinno się jej oglądać na dobranoc.

Kończy się paranoicznym zaglądaniem do butów (co jest w dżungli wskazane) i jeszcze pod prześcieradło, i jeszcze pod poduszkę. Nocą ściany utkane z moskitiery zdają się być zbyt małą przeszkodą dla tych wszystkich tajemnic kryjących się w ciemności dżungli. Nawet świadomość, że mieszkamy w warunkach luksusowych, też jakoś nie pomaga. Istne wesołe miasteczko dla wyobraźni.

Świt budzi przyjaznym śpiewem ptaków, poranną krzątaniną i pluskiem żab w rzece. Słońce odgania nocne strachy, oświetla niesamowite piękno rzeki.

Jednak po takiej nocy nie sposób założyć rano buty bez dokładnego wytrzęsienia z nich najmniejszego nawet ziarnka piasku. Tym razem udało się. Tarantula powędrowała gdzieś dalej. Można zakładać buty i ruszać na dalsze spotkanie z Orinoko.

Galeria - 4 zdjęcia

Najnowsze

  • Kowboje z Otrytu

    Kowboje z Otrytu

    Przyjeżdżali przed laty z różnych stron Polski. Mają siwe brody, twarze poorane zmarszczkami, przenikliwe spojrzenia. Ich silne ręce imały się każdej pracy. Ci twardzi mężczyźni łagodnieją jednak, gdy zaczynają mówić o górach. I o swoich koniach. Bez otryckich kowbojów Bieszczady nie byłyby takie same.

  • Skarby z Nubii

    Skarby z Nubii

    Najpiękniejsze dzieła cywilizacji, która rozkwitała ponad 1500 lat temu na terenach dzisiejszego północnego Sudanu, będzie można podziwiać w całkiem odmienionej Galerii Faras.

  • Czy twoja miejscowość będzie w grze?

    Czy twoja miejscowość będzie w grze?

    24 miasta, miasteczka lub wsie mogą już niebawem znaleźć się na grze planszowej o Mazowszu. O tym jakie to będą miejsca – zadecydują sami Mazowszanie. Właśnie rusza głosowanie.

Polecamy

  • Smakołyki kuchni czeskiej

    Smakołyki kuchni czeskiej

    Pomimo wpływów kulinarnych krajów sąsiednich - Węgier, Austrii i Niemiec - największe inspiracje czeska kuchnia czerpie z tradycyjnych, staroczeskich przepisów.

  • Rozdajemy "Poza wiarą" Naipaula

    Rozdajemy "Poza wiarą" Naipaula

    Rozdajemy kolejną książkę. Tym razem jest to "Poza wiarą" V. S. Naipaula. Książka ta właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne.