Od wschodu do zachodu
Sarajewo

Od wschodu do zachodu

01czerwca2014

Szesnaście godzin bez kęsa chleba, bez choćby łyka wody. A do tego upał. Podczas muzułmańskiego miesiąca postu Sarajewo wycisza się i uspokaja. Jeśli ramadan wypada w czerwcu oraz lipcu, jak w tym roku, próba jest najcięższa. I choć tylko niektórzy przestrzegają go rygorystycznie, wszyscy czekają na nadejście wieczoru.

Wystrzał padnie o 20.24. Ale poruszenie wśród przechodniów widać już godzinę wcześniej. Spodziewają się tego huku, chcą być gotowi. W leniwe szmery wkrada się rytm sprężystych kroków. Trzaskają drzwi sklepów i knajpek, pod piekarniami ustawiają się kolejki. Ludzie niosą jedzenie – jedni wypakowane siatki, inni tylko paczuszkę daktyli. Przez plac ze studnią Sebilj idą kobiety w chustach oraz brodaci mężczyźni. Gołębie rozstępują się przed nimi jak szare morze, stroma uliczka Kovači wynosi ich ponad dolinę, a potem wyżej, przez stok najeżony białymi nagrobkami – aż do twierdzy.

 

Kobiety ścielą na trawie chusty, rozkładają potrawy. Obok rozsiadają się inni: zakochane pary, rodziny z dziećmi, kilkoro turystów. Grupka znajomych przyniosła najlepszą ponoć pizzę w mieście, z piekarni przy dolnej części cmentarza. Na razie stygnie
w pudełku. Kamery ekipy telewizyjnej stoją bezczynnie, wycelowane w puste miejsce przy murze, operator i dźwiękowiec ćmią papierosy. Wszyscy odliczają minuty, jedni spragnieni i głodni, inni po prostu ciekawi. Czekają na cichego bohatera sarajewskiego ramadanu.

 

Co wieczór przez 30 dni salwę z Żółtego Bastionu transmituje na żywo telewizja. Zdarza się, że ktoś z gapiów prosi Smajo o wspólne zdjęcie przy gotowym do odpalenia ładunku (fot. Julia Zabrodzka)


Smajo przychodzi kwadrans przed godziną zero. Ma w sobie coś z szalonego naukowca. Zwłaszcza wtedy, gdy wiatr podrywa mu z czubka głowy przylizaną pożyczkę, a w jego oku pojawia się błysk. Dziś założył marynarkę, choć potrafi przyjść w wędkarskiej kamizelce i spodniach od dresu. Ustawia pod murem plastikową tubę, sięga do reklamówki i ostrożnie wyciąga kulę z długim lontem. Tłum wstrzymuje oddech, a on wkłada ładunek do lufy i montuje zapalnik. Dzieciaki chłoną każdy jego ruch.

 

Mężczyzna podwija mankiet koszuli. Spogląda na zegarek, wyćwiczonym gestem każe odsunąć się widzom. Kamerzysta zaciąga się ostatni raz, rozgniata niedopałek obcasem, wchodzimy na antenę. Gapie patrzą chciwie, jedni zatykają uszy, inni wyciągają szyje, jakieś dziecko płacze. Smajo śledzi sekundnik, trzy, dwa, jeden, strzał, świst kuli, huk! Nad miastem wybucha fajerwerk. Zaszło słońce, skończył się post.

 

Sarajewski wieczór roziskrza się setkami świateł na minaretach, rozbrzmiewa
śpiewnym głosem muezzinów ze wszystkich meczetów miasta. Wierni dzielą się chlebem i daktylami, ci mniej pobożni otwierają wreszcie pudełko z pizzą i piwo. Nawet oni czekali, by zasiąść do wieczerzy. I tylko Smajo szybko pakuje torbę i znika. Zostaje po nim siny dym i zapach siarki. Wróci jutro, o minutę wcześniej.


Wieczorna salwa z Żółtego Bastionu to jeden z najbardziej charakterystycznych elementów sarajewskiego ramadanu. W centrum święty miesiąc islamu jest nieco mniej widoczny. Kelnerzy wypisują co prawda na tablicach menu na iftar, uroczystą wieczerzę, a w sklepach po promocyjnej cenie sprzedaje się daktyle, które wedle tradycji były pierwszym posiłkiem proroka Mahometa po zakończeniu postu. Ale to właśnie
wieczorna biesiada w twierdzy najlepiej oddaje ducha Sarajewa.

 

Kolejne części Sarajewa ciągną się w dolinie Miljacki – od osmańskiego centrum na wschodzie przez dzielnicę z czasów Austro-Węgier aż po XX-wieczne blokowiska na zachodzie (fot. Julia Zabrodzka)

 

Bo w jakim innym mieście do wspólnego iftaru mogliby zasiąść hipsterzy z pizzą i piwem, pobożne muzułmanki w chustach oraz przytulone pary, którym za posiłek wystarcza widok zachodzącego nad doliną słońca? Takie spotkania mają tu długą tradycję. W mieście założonym w XV wieku przez Turków osmańskich od początku współistniały różne religie, kultury i społeczności. Większość mieszkańców stanowili muzułmanie, ale były też mahale (dzielnice) chrześcijan i Żydów.

 

Ci pierwsi mieszkali w dolinie Miljacki już wcześniej, drudzy przybyli na Bałkany po wygnaniu z Hiszpanii. Innowiercy podlegali pewnym ograniczeniom, ale z wyznawcami islamu żyli w zgodzie. Sarajewo zawsze skłaniało się raczej ku różnorodności
niż ortodoksji. Dlatego w mieście wielu wierzeń to nie meczety, kościoły czy cerkwie były i są najważniejsze. Najbardziej sarajewskie z rytuałów odprawia się w kawiarniach. Pełnych nawet w ramadanie.

 

W kamienicy nieopodal katedry katolickiej urządzono ośrodek upamiętniający ludobójstwo w Srebrenicy. Portret jednej z wdów przykuwa wzrok przechodniów na deptaku Ferhadija (fot. Julia Zabrodzka)


Są w Sarajewie kawiarnie-klitki dla kilku osób, wciśnięte między sklepiki i warsztaty rzemieślników na Baščaršii, osmańskim Starym Mieście. Są takie, których stoliki wylewają się zachłannie na Ferhadiję, główny deptak dzielnicy pełnej kamienic z czasów Franciszka Józefa. Są wreszcie kawiarnie na rynkach mahali na wzgórzach, gdzie dzień w dzień przesiadują starsi panowie. W jednych podaje się kawę gotowaną w blaszanych tygielkach, w innych – klasyczne espresso. O wyższości pierwszej czy drugiej można dyskutować godzinami.

 

Ale ważne jest coś innego. „W całym Sarajewie nie ma ani jednego lokalu z kawą na wynos” – zarzeka się Artur, który mieszka tu od paru lat. Żadnych papierowych kubków, żadnych plastikowych przykrywek. W sarajewskim piciu kawy nie sam napar jest najważniejszy. Do kawiarni przychodzi się po merak. Zamiast tłumaczyć sens tego słowa, Artur przytacza anegdotę: „Pewien amerykański korespondent wpadł kiedyś do lokalu na Baščaršii i zamówił kawę. Przysiadł na skraju krzesła, wypił duszkiem i już chciał pędzić dalej. Kelner nie przyjął od niego pieniędzy.

 

Nie jesteś nic winien, tylko nie pojawiaj się tu więcej – wycedził. Amerykanin spojrzał zdziwiony. Tu nie płaci się za kawę. Płaci się za przyjemność picia kawy w kawiarni. Ty jej nie doświadczyłeś. Do widzenia! Rozmowa była skończona” – śmieje się Artur. I wyjaśnia, że kawa to wejściówka do teatru sarajewskiej ulicy. Cena nie jest wygórowana – półtorej czy dwie marki – a spektakl odbywa się codziennie. Z żelazną konsekwencją jedna połowa Sarajewa przechadza się, druga pije kawę, plotkuje, czyta gazety. A potem zmiana. „Po przeprowadzce z wiecznie zabieganego Londynu było mi trudno przyzwyczaić się do powolnego tempa. Ale z czasem wchodzi się w ten rytm”

– przyznaje Artur.

Polecane wideo


„W dziedzinie relaksu prawie każdy Bośniak mógłby zrobić doktorat” – wzdycha Ismet i robi to z tak teatralną przesadą, że w jego skardze wyraźnie pobrzmiewa odrobina dumy. Dumy z rodaków, którym mieszkańcy Europy Zachodniej zazdroszczą umiejętności błogiego trwonienia czasu, ale i dumy z siebie samego. Bo Ismet trwonić czasu nie zamierza, woli działać. Choćby tak jak dziś, gdy jako wolontariusz organizacji mo.ba bierze udział w zajęciach dla dzieciaków z Grbavicy.

 

Luka pracował w organizacjach pomocowych w Brazylii i na Haiti, ale to w Sarajewie odnalazł kilka lat temu drugi dom. Z zawodu jest architektem krajobrazu, ale prowadzi też treningi bejsbolu dla dzieciaków z blokowisk (fot. Julia Zabrodzka)

 

Grają w bejsbol na skwerze między ruchliwą ulicą a obłażącymi z farby blokami. „Jasmina! Do niego podaj, to twój teammate!” – krzyczy prowadzący trening Luka. Po bośniacku, ale zdradza go amerykański akcent. W Sarajewie osiadł na dobre ponad cztery lata temu. Gdy wybija piłkę, aż rozpiera go energia. Może przypominają mu się rodzinne strony? „Bejsbol wybraliśmy trochę przypadkiem. Grunt, że dzieciakom się podoba. I że robią coś razem – już w trzecim zdaniu Luka wyjawia credo organizacji, którą założył z przyjacielem. – W mo.ba staramy się zachęcać ludzi, by zainteresowali się przestrzenią wokół siebie. Jako architekt krajobrazu skupiam się głównie na parkach i terenach zielonych. W Sarajewie są bardzo zaniedbane.

 

Organizujemy akcje wspólnego sprzątania, pikniki. Nazwa mo.ba nawiązuje do bośniackiego słowa molba, prośba. To dawny zwyczaj: wzajemna bezpłatna pomoc, jakiej udzielali sobie mieszkańcy wsi. Chcemy sięgnąć do miejscowej tradycji; przekonać, że idea współpracy i dbania o otoczenie to nie obcy wymysł” – opowiada. „Tyle że wielu osobom takie akcje przywodzą na myśl czyn społeczny. I od razu im się odechciewa” – Ismet znów wzdycha. Luka uśmiecha się pod nosem.

 

Ma w sobie spokojną zuchwałość, która każe nie przejmować się takimi problemami. Ale też nie przesłania rzeczywistości. Luka dobrze wie, że przed nimi żmudna, wymagająca wyczucia praca. I że stan miejskich parków oraz skwerów to niekoniecznie efekt zaniedbań czasów socjalizmu. Dwadzieścia lat temu była w Sarajewie taka zima, którą przetrwało tylko co dziesiąte drzewo. Resztę wycięto na opał. A potem przyszło lato, gdy wciśnięte między domy trawniki i ogródki skopano i obsiano warzywami. W mieście ciągle brakowało żywności.

 

Można się o tym dowiedzieć w odrapanym budynku tuż obok skweru służącego za boisko do bejsbolu. Muzeum Historii Bośni i Hercegowiny robiłoby wrażenie nawet puste. Eksponatem jest sama siedziba – podziurawiona kulami fasada, wyszczerbione schody, pordzewiałe barierki. Wewnątrz opowiedziano o 1425 dniach z niedawnych dziejów Sarajewa – za pomocą kanistrów do noszenia wody z jedynego
w oblężonym mieście ujęcia w browarze oraz wykonanych z puszek piecyków, na których gotowano posiłki, gdy serbskie oddziały odcięły dostawy gazu.

 

Miejscowi szachiści spotykają się codziennie pod prawosławnym Soborem Najświętszej Bogurodzicy na placu Wyzwolenia i rozgrywają kolejne partie na szachownicy z płyt chodnikowych (fot. Julia Zabrodzka)

 

Za pomocą afisza z 7 sierpnia 1994 roku – kiedy w wojennym teatrze wystawiono
„Emigrantów” Sławomira Mrożka – oraz upragnionego tytułu „Mir dobija šansu” („Jest szansa na pokój”) z listopada 1995 roku na okładce dziennika „Oslobođenje”. Gazeta
ukazywała się bez przerwy przez trzy i pół roku oblężenia, nawet po zbombardowaniu siedziby redakcji. Są też pudełka papierosów Drina z tektury po opakowaniach słodyczy.
Ich fabryka jako jedyna w mieście nie przerwała produkcji, a papierosy stały się wojenną walutą. Sarajewianie palili i palą je wszędzie – na deptaku Ferhadija, w kawiarniach Baščaršii, patrząc na dachy miasta z murów twierdzy.

 

W muzeum jest zdjęcie z pierwszych dni kwietnia 1992 roku. Zrobiono je przed budynkiem parlamentu podczas demonstracji w obronie pokoju. Mężczyźni w dżinsach i adidasach, jedni w skórzanych kurtkach, inni w marynarkach. Leżą na ziemi, chowają się
za słupem latarni. Kryją się przed kulami snajpera. Dwóch nerwowo dopala papierosy. Najwyraźniej nie spodziewali się tych strzałów. Ale nie poddali się, obronili miasto. Gdy Smajo odpala fajerwerk ze wzgórza, spokojnie patrzą w niebo i siadają do wieczerzy.

Galeria - 10 zdjęć

Najnowsze

  • NoBo Hotel*** oraz restauracja Kolory Wina w Łodzi

    NoBo Hotel*** oraz restauracja Kolory Wina w Łodzi

    NoBo Hotel*** w Łodzi to nowoczesny, designerski hotel, który powstał z pasji do tworzenia rzeczy nieprzeciętnych. Dzięki niepowtarzalnej estetyce oraz pięknym, nietuzinkowym wnętrzom kreuje wyjątkową, indywidualną atmosferę.

  • Najlepszy przyjaciel kobiety w podróży to...

    Najlepszy przyjaciel kobiety w podróży to...

    Mężczyźni nam wmawiają, że jeździmy gorzej i nie znamy się na autach. Istnieje wręcz przekonanie, że wszystko co związane z samochodem to męska rzecz. Dlaczego to mój mąż, partner, czy tata ma decydować „kto”, a właściwie „co” będzie zaspokajać moje potrzeby motoryzacyjne? Skoro umiem kupić nowe buty, to dlaczego miałabym nie poradzić sobie podczas zakupu auta? Swoje poszukiwania ideału motoryzacyjnego rozpoczynam od testu najnowszej wersji MINI Clubman.

  • Nadbałtyckie rekordy

    Nadbałtyckie rekordy

    Popularność naszego wybrzeża rośnie. Skąd na plażach rekordowe liczby turystów?