Historia jednego marzenia Muzeum w Nukusie mieści największą w Azji Centralnej kolekcję malarstwa (fot. Artur Kot)
Uzbekistan

Historia jednego marzenia

09sierpnia2014

Jeden człowiek i jego nieposkromiona ambicja. Ocalić od nieistnienia sztukę, która w XX wieku przegrała walkę z polityką. Gdyby nie założone przez rosyjskiego malarza i kolekcjonera Igora Sawickiego muzeum, historię światowej awangardy do dziś czytalibyśmy bez ważnego rozdziału, a Nukus pozostałby prowincjonalnym miasteczkiem na rubieżach Uzbekistanu.

Kiedy otworzyły się granice, zaglądali tu tylko nieliczni. Oglądali uważnie, w milczeniu, ukradkiem wymieniając spojrzenia. Szeroko otwarte oczy; na twarzach zawsze to samo niedowierzanie, powoli wybrzmiewające nieśmiałym pytaniem. „Czy zdajecie sobie sprawę z tego, co tu macie?”. A miejscowi uśmiechali się uprzejmie. Taka kolekcja
nie mogła być dziełem przypadku. Choć z drugiej strony, historia tysięcy arcydzieł radzieckiej awangardy, ukrytych przed oczami świata w niewielkim muzeum pośrodku uzbeckiej pustyni, musiała brzmieć jak opowieść o skarbach baśniowego sezamu.

 

Marinika Babanazarowa, obecna dyrektor Karakałpackiego Muzeum Sztuki, opowiadała ją już setki razy. Początkowo jako wyniesioną z domu anegdotę o młodym malarzu Igorze Sawickim. Pochodził z bogatej inteligenckiej rodziny. Miał nianię z Francji, dobre wykształcenie. Znał się na sztuce. Do Nukusu przyjechał z Moskwy w latach 50. XX wieku na wykopaliska. W przerwach od pracy wyjmował sztalugi i malował pustynię: wpadające to w błękit, to w fiolet cienie starożytnych fortec, kładące się na rudych piaskach Kyzył-Kum. To dla tego światła szybko porzucił ciężkie i duszne martwe natury, nad którymi pracował w szkole, a wkrótce również mieszkanie przy Arbacie i całe swoje moskiewskie życie. Został.

 

Karakałpacja to niezależna prowincja na północnym zachodzie Uzbekistanu. Do pieriestrojki przełomu lat 80. i 90. nie wpuszczano tu nikogo z zagranicy. Poza Nukusem nie ma tutaj praktycznie żadnych turystycznych atrakcji oprócz kilku muzułmańskich nekropolii i ledwie widocznych na tle pustyni ruin starożytnych fortec (fot. Artur Kot)


Znała go od zawsze. Był przyjacielem jej ojca. Gdy podrosła, razem odwiedzali karakałpackie wioski, szukając ludowej sztuki, która z dnia na dzień odchodziła
w zapomnienie. W imię zadekretowanej odgórnie równości Moskwa utrzymywała,
że tradycje narodów południa ZSRR należy tępić. Zatem je tępiono. Uzbeccy Sowieci pokornie kiwali głowami. Sawicki nie. On chciał wszystko ratować: ludowe stroje, haftowane przez całe życie suknie ślubne, srebrne amulety, biżuterię do nosa, ozdoby
z jurt. Interesowały go nawet uprzęże wielbłądów.

 

Kiedy w końcu w 1966 roku przekonał lokalne władze, że Nukus jako stolica regionu potrzebuje własnego muzeum, od razu wybrali go na dyrektora. Jego kolekcja artefaktów znalazła nareszcie godne siebie miejsce. Ale Sawicki snuł już nowe plany. Marinika nie mogła jeszcze przypuszczać, że z czasem złożą się one na jej własną opowieść. W 1932 roku Stalin zadecydował, że obowiązującym stylem artystycznym będzie socrealizm. Odtąd malować można było jedynie szczęśliwych i natchnionych duchem postępu komunistów, portrety przywódców oraz sceny pracy i życia ludu.

 

Wszystko patetycznie, choćby obrazy miały przedstawiać maszyny czy elektryczne druty. Abstrakcji zakazano. Niedozwolony był futuryzm, symbolizm. Ci, którzy nadal tworzyli pod dyktando własnych serc, oskarżani byli o antyradziecką propagandę. Impresjoniści – grzeszący tym, że malowali zbyt żywo jak na gust cenzorów – kończyli
w gułagach. Ekspresjonistów widzących twarz w błękicie lub czerwieni zamykano
w szpitalach psychiatrycznych. Z pracowni znikały martwe natury, w popłochu ukrywano autoportrety.

 

Rosyjska sztuka z początku XX stulecia wywarła ogromny wpływ na wszystko to, co obecnie znamy jako nowoczesne. Wielu ówczesnych artystów wierzyło, że żyją na progu nowej epoki, w której kreatywność po raz pierwszy zostanie prawdziwie wyzwolona. Oryginalność ich prac kłuła jednak w oczy, a swoboda twórcza została niebawem ukrócona przez władze (fot. Artur Kot)

 

O aktach nawet nikt nie śmiał wspominać. Sztuka, z której biła dynamika i podniecenie początku XX wieku, niemal z dnia na dzień stała się nielegalna, bo przyspieszała puls
i otwierała ludziom głowy. Nawet jeżeli ktoś ją doceniał, nie mógł sobie pozwolić na to, by mieć ją w swoich kolekcjach. W Moskwie nikt nie miałby odwagi czegoś takiego pokazać. Co innego na oddalonej o blisko trzy tysiące kilometrów prowincji.
Z perspektywy Nukusu stolica imperium wydawała się szalenie odległa.

 

Sawicki zaczął tu gromadzić wszystko, co jakimś cudem zdołało wymknąć się z pola widzenia KGB. Na uzbecką pustynię oficjalne kontrole prawie nie docierały. Kiedy ktoś przyjeżdżał, zwyczajnie zdejmowano ze ścian bardziej kontrowersyjne obrazy. Za czasów Breżniewa, w latach 70., reżim nie był już tak surowy jak stalinowski. Zdarzało się, że którąś wystawę kazano zamknąć, ale zazwyczaj po kilku dniach dyrektor i tak wieszał ją z powrotem. „To zbyt wybitne dzieła, by je ukrywać” – mawiał. „Kiedyś cię za to wsadzą” – powtarzał ojciec Mariniki, ale miejscowe władze przymykały na to wszystko oko. Lubili go, bo choć krytykował komunistycznych przywódców, dla Karakałpaków i ich ginącej kultury robił więcej niż ktokolwiek inny.

 

Pieniądze na muzeum dostawał od rządów Uzbekistanu i Karakałpacji – powołanej
do życia wraz z narodzinami ZSRR autonomicznej republiki, dziś zajmującej jedną trzecią powierzchni kraju. Małymi partiami i najczęściej pod stołem, ale oficjalnie się nie dało. Ryzykowali wszyscy. Nie wiedzieli do końca, co Sawicki robi z pieniędzmi albo zwyczajnie woleli nie pytać.


Był gotów pojechać wszędzie, byleby tylko przywieźć coś do Nukusu. Kilkudziesięciogodzinną trasę Taszkent-Moskwa pokonywał regularnie. Pomagali wszyscy: starzy przyjaciele z ministerstwa kultury; profesorowie moskiewskiej Akademii Sztuk Pięknych, w której studiował; sami artyści. Łańcuszek kontaktów i coraz to nowe adresy.

 

Potem najczęściej sędziwe kobiece twarze. Ich ściszone głosy w słuchawkach telefonów. Zniszczone ręce o umówionej godzinie otwierające drzwi moskiewskich czy leningradzkich apartamentów. Nieufne uśmiechy przykryte grubą warstwą makijażu.
I w końcu jego upragniony moment: kruche sylwetki ginące w ciemnościach dawno uśpionych atelier, strychów i piwnic pełnych zakazanego piękna. „Ach, te twoje wdówki” – śmiała się matka Babanazarowej, kiedy Sawicki odwiedzał ich w Nukusie z nowymi historiami. „Ale żony malarzy to najlepszy kontakt” – tłumaczył.

 

Do tego Sawicki miał na nie swoje sposoby. Czarował, kokietował, niekiedy nawet robił im zakupy i porządki; gotował. Wzruszone jego urokiem, podbudowane słowami uznania dla talentu mężów i peanami, które wygłaszał na cześć sztuki, gotowe były wygrzebywać spod łóżek skrywane arcydzieła. A potem dzwoniły do innych wdów, polecały go koleżankom. Wspólnie szukały niedocenionych obrazów, niekiedy służących już tylko do suszenia moreli czy zakrywania dziur w przeciekających dachach. Czasem coś znalazło się zwyczajnie na śmietniku. Sawicki nie przebierał – chciał mieć wszystko. Znanych, nieznanych. Wybitnych i średnich. Bez różnicy. Oddawały za „dobrą cenę” – symboliczne sto, dwieście dolarów za płótna, których wartość dziś liczona jest w setkach tysięcy.

 

Zwykle brał na kredyt, bo pieniędzy i tak brakowało. Z każdej wyprawy wracał
z tysiącami dzieł ciasno poupychanych w kolejowym przedziale. Łącznie na pustynię przywiózł ich ponad czterdzieści tysięcy. Chciwy. Łapczywy. Kompulsywny. Fanatyk. Ale miał dobry gust i znał się na rzeczy. Malując ten portret, Marinika nie boi się mocnych słów, chociaż podkreśla, że pragnie użyć ich w dobrym znaczeniu. Miał oczy chuligana. Błyszczały, gdy oglądał coś nowego. Oprócz malarzy rosyjskich kolekcjonował też dzieła artystów z całej Azji Środkowej. Interesowała go wyłącznie sztuka.

 

Polecane wideo

Jedyne, co posiadał, to kilka garniturów na specjalne okazje, skromny pokój i drewniane krzesło. Jeżeli miał jakiekolwiek pieniądze, natychmiast przeznaczał je na muzeum albo oddawał artystom – czasem na autobus, kiedy indziej na wódkę. Do tego był uparty.
Nie brał urlopów. Wszystko robił sam. Stare naczynia i ozdoby z brązu czyścił tylko tradycyjną metodą – w toksycznych oparach formaliny, nie dbając o zdrowie, choć
z miesiąca na miesiąc oddychał coraz ciężej. Kiedy w końcu (wbrew jego woli) przewieziono go do szpitala w Moskwie, stało się jasne, że jest już za późno. Ale nawet umierając, nie przestawał pracować.

 

Segregował kwity, wypełniał dokumenty. Do tego nieustannie kogoś przyjmował. Ludzie przynosili mu obrazy i grafiki. Nawet przykuty do szpitalnego łóżka zdołał uzbierać ich jeszcze dwa kontenery. Powoli do głosu dochodziła jednak myśl, że za chwilę ktoś będzie musiał to wszystko przejąć. Po raz pierwszy poprosił ją o to w 1983 roku, kilka miesięcy przed śmiercią. Czy długo się wahała? „Ależ skąd, wiedziałam od razu – Marinika uśmiecha się, spoglądając na wiszące pośrodku gabinetu czarno-białe zdjęcie.

 

Przez chwilę wydaje się, jak gdyby nadal prowadzili tę samą rozmowę. – Nie zgodziłam się! Ten pomysł był zupełnie absurdalny. Miałam rodzinę, dwie córki, stałą pracę nauczycielki angielskiego. Nie miałabym na to czasu”. Jednak okoliczności szybko ich wyprzedziły. Mówił: „Jesteś Karakałpaczką, oni cię wesprą”. „Miał oczywiście
na myśli pieniądze na swoje długi” – prostuje Babanazarowa. Po jego śmierci spłacała
je przez dziesięć lat, próbując jednocześnie przekonać rząd Gorbaczowa do udzielenia wsparcia na spłatę setek poręczeń.


Bo o ile wdowy chętnie Sawickiemu pomagały, ich wnuki nie były tak wyrozumiałe. Zaczęły się listy, pretensje, procesy sądowe. Czas szybko przetestował wartość „niechcianej” sztuki. Rzadka i nieznana, nagle stała się kosmicznie droga. Francja oszalała na punkcie zakochanego w Cézannie Roberta Falka. Konstruktywistyczne prace Lubow Popowej robiły furorę w Ameryce.

 

Nukusowi zazdrościły największe rosyjskie muzea. Ermitaż i Galeria Trietiakowska utraconych prac szukały po całym świecie. Niespodziewanie okazało się, że w rosyjskiej sztuce XX wieku znajduje się luka wielka jak krater po wybuchu. I że bez maleńkiego muzeum na skraju pustyni nie dałoby się jej wypełnić. Z czasem zaczęli przylatywać tu własnymi odrzutowcami. Prywatni kolekcjonerzy, głównie ze Stanów. Podsuwali walizki pełne dolarów, palcami wskazując najlepsze prace. Namawiali, aby pozbyć się jednej czy dwóch i rozwiać na trochę finansowe kłopoty. Czy to nie było kuszące? Było! W muzeum zazwyczaj nie starczało nawet na prąd lub telefon. Zamiast elektronicznych nawilżaczy w ciasnych salach przez lata rozstawiano kuwety z wodą, by płótna nie kruszyły się podczas pięćdziesięciostopniowych upałów.

 

„We śnie zobaczyłem sylwetkę z oczami jak lufy pistoletów. Nazwałem ten obraz Byk – Nadciąga faszyzm” – za tę wizję Władimir Łysenko został zamknięty w szpitalu psychiatrycznym (fot. Artur Kot)

 

Pracowniczki dorabiały do skromnych pensji, handlując dywanami. „Ale nie sprzedawałam – Babanazarowa podnosi wyzywająco wzrok. – Pracuję tu od 30 lat. To tak jakbym miała komuś oddać własne dzieci. To bardzo osobista kolekcja. Zresztą
Igor Witaliewicz zawsze powtarzał, żeby za wszelką cenę trzymać ją razem. Że kiedyś ludzie w pełni zrozumieją znaczenie tego muzeum. Że docenią. Aby je zobaczyć, będą przylatywać nawet z Paryża”. Wierzyła mu. Inaczej nie znalazłaby na to wszystko siły.

 

Szarawe domy, asfaltowe aleje i bure drzewa do połowy wymalowane ochronną farbą. Nukus jest pozbawiony barw. Nie ma tu ani błękitnych medres, ani pięknie zdobionych minaretów, które do Uzbekistanu przyciągają spragnionych Orientu turystów. Puste place i ulice pokrywa tylko biały pył – sól, którą wiatr nieustannie nawiewa gdzieś z pustyni. Bazar, dwa dworce. Stare nieczynne kino. Tymczasem pod muzeum co chwilę parkują kolejne autokary. Tuż obok na placu powstają dwa duże gmachy: nowa siedziba archiwum i jeszcze jeden kompleks wystawowy.

 

Nukus – stolica Republiki Karakałpackiej i zarazem szóste co do wielkości miasto w Uzbekistanie – nigdy nie cieszył się szczególnie dobrą reputacją. Przyczynia się do tego także pozbawiona wyrazu sowiecka architektura (fot. Artur Kot)

 

Ewenement, bo rząd nie rozpieszcza nawet muzeów w stołecznym Taszkencie. Gdyby budowę skończono do 2015 roku, otwarcie wypadłoby w setną rocznicę urodzin Igora Sawickiego, choć poza Babanazarową chyba nikt o tym nie myśli. Ważniejsze, żeby
w końcu pokazać więcej. W obecnych murach można oglądać raptem trzy procent wszystkich zbiorów. Niebawem świat ujrzy kolejne siedem. Dla muzeum to dziejowy moment. O czym się wtedy marzy? Ta sama powracająca myśl: „Żeby przekazać
to kiedyś w dobre ręce – Marinika odpowiada zamyślona. – To była długa droga. I wcale niełatwa. Potrzeba będzie kogoś z pasją, a może nawet z czymś większym. Sawicki często mawiał, że sztuka już taka jest. Trzeba się dla niej poświęcić”.

Galeria - 8 zdjęć

Na ten temat

Najnowsze

  • Biegiem po... integrację

    Biegiem po... integrację

    Moda na aktywny i zdrowy styl życia na dobre zadomowiła się w polskich miastach.

  • Cztery wesela i… rozwód

    Cztery wesela i… rozwód

    W nowej odsłonie filmowej kampanii reklamowej Panorama Firm kolejny raz podkreśla znaczenie wyszukiwania lokalnego. Tym razem w kinie i w Internecie będzie można zobaczyć film pt. „Cztery wesela i… rozwód”. Życie pisze różne, czasem zaskakujące scenariusze, ale w razie potrzeby wszystkie firmy można znaleźć w wyszukiwarce lokalnej.

  • Z Wrocławia do Gliwic. Co zobaczysz pokonując tę trasę… jachtem?

    Z Wrocławia do Gliwic. Co zobaczysz pokonując tę trasę… jachtem?

    Urlop w otoczeniu nadodrzańskiej przyrody? Pełen przygód i wyzwań, bo spędzony za sterami jachtu spacerowego? Dlaczego nie?

Polecamy

  • Polskie podróżowanie – 7 kierunków, w które warto się wybrać

    Polskie podróżowanie – 7 kierunków, w które warto się wybrać

    Lubisz podróżować, odkrywając ciekawe zakątki naszego kraju? Poznaj 7 kierunków, które zachwycają od pierwszego pobytu. Zatrzymaj się tam na dłużej, by poddać się ich urokowi. Urokowi sprawiającemu, że zechcesz tam powrócić.

  • Pomysł na nietypowy urlop? Rejs do Berlina!

    Pomysł na nietypowy urlop? Rejs do Berlina!

    Płynąc spacerowym jachtem motorowym po Odrze, wybrać można wiele kierunków, jednak tym, który musi przebyć każdy motorowodniak jest trasa z Wrocławia do Berlina. To blisko 700 km rzecznej żeglugi, podczas której zobaczy się niesamowite miejsca i przeżyje niecodzienne przygody. Przedstawiamy 5 największych atrakcji szlaku Wrocław-Berlin.