Świecić przykładem Vauban to bardzo zielona dzielnica. Projektanci starali się zachować jak najwięcej starych drzew, a niemal wszyscy mieszkańcy mają na tarasach i zewnętrznych galeriach donice z kwiatami, ziołami czy pomidorami (fot. Julia Zabrodzka)
Fryburg

Świecić przykładem

27listopada2014

Podobno słońce i ciepło rozleniwiają. Nic, tylko usiąść z kieliszkiem wina i wygrzewać się błogo. W niemieckim Fryburgu słońce inspiruje do działania. Miasto, uchodzące za jedno z najbardziej ekologicznych na świecie, ma jednak naturę południowca – nowatorskie pomysły wprowadza się tutaj w życie bez zbędnego pośpiechu.

Dochodzi południe. Dzień jest ciepły, na niebie tylko kilka chmur. Kładką nad torami kolejowymi suną rowerzyści, w kawiarniach trudno znaleźć wolny stolik, na rynku przyjemny gwar. Ale to pozory. Cały Fryburg właśnie pracuje, chociaż na pierwszy rzut oka łatwo tego nie zauważyć.


Pracują bloki mieszkalne na przedmieściach, supermarkety i stadion klubu piłkarskiego SC Freiburg. Nawet zabytkowy Stary Ratusz dokłada swoją działkę. „W tej chwili 10,1 kilowatogodzin. Hm, stać go na więcej, maksymalna wydajność to 17 kWh”
– Erhard Schulz wydaje się niepocieszony. Pracuje w Akademii Innowacji i zależy mu, by pokazać najlepszą stronę miasta. Czyli tę, którą Fryburg codziennie wystawia z dumą ku południu. Hektary lśniących baterii słonecznych. Nieco ponad dwustutysięczne miasto leży na uboczu, na południowo-zachodnich krańcach Niemiec. Bliżej stąd do Francji
czy Szwajcarii niż do Stuttgartu, stolicy Badenii-Wirtembergii.

 

Domy na Osiedlu Słonecznym zamiast piwnic mają warstwę izolacji, co rekompensują mieszkańcom drewniane komórki. Właściciele mogli wybrać kolor elewacji z palety barw przygotowanej przez berlińskiego artystę Ericha Wiesnera (fot. Julia Zabrodzka)


Ale ambicje Fryburg ma zdecydowanie ponadregionalne. Z westfalskim Münster rywalizuje o miano najbardziej zielonego miasta kraju, bywa też nazywany Doliną Słoneczną, jako najważniejszy w Europie ośrodek badań i produkcji technologii związanych z wykorzystaniem tego źródła energii. „Wszystko zaczęło się w latach 70. Studiowałem wtedy chemię – Erhard Schulz spogląda nostalgicznie na uniwersytet. – Rząd federalny planował wybudowanie elektrowni atomowej w Wyhl, mniej więcej 20 kilometrów na północ od Fryburga. W mieście zawrzało”.

 

Protestowali studenci i rolnicy, dołączyli Francuzi z sąsiedniej Alzacji. Po niespełna miesiącu sąd unieważnił pozwolenie na budowę. Ale nie był to jedyny efekt demonstracji. „Wiele wtedy dyskutowaliśmy i doszliśmy do wniosku, że skoro domagamy się rezygnacji z energii atomowej, to powinniśmy zaproponować inne rozwiązania. Chcieliśmy udowodnić, że da się żyć inaczej” – kiwa głową pan Schulz.

 

Dziesięć lat później katastrofa w Czarnobylu utwierdziła ich w słuszności podjętego postanowienia. Peryferyjny Fryburg stał się centrum badań nad alternatywnymi sposobami pozyskiwania energii. Badenia to najcieplejszy region Niemiec, a słońce nigdzie nie świeci równie często i mocno, więc kierunek poszukiwań wydawał się oczywisty. Gdzie nie spojrzeć z wieży katedralnej, wszędzie widać tafle baterii słonecznych. Dzięki przeprowadzonej wśród kibiców zbiórce pojawiły się one na dachu stadionu, a 550. rocznicę założenia uniwersytetu uczczono zainstalowaniem na budynkach uczelni 550 metrów kwadratowych paneli.

 

 

We Fryburgu jest ponad 500 km ścieżek rowerowych. W samym centrum znajduje się przeznaczony wyłącznie dla rowerzystów i pieszych wiadukt nad torami kolejowymi, a obok dworca – RadStation, okrągły budynek z garażem dla ponad tysiąca jednośladów i wypożyczalnią (fot. Julia Zabrodzka)

 

Korzystanie z energii słonecznej jest tu w dobrym tonie. Jedną z osób, które zapoczątkowały ten trend, jest architekt Rolf Disch. Jak na pioniera przystało, sprawdził funkcjonowanie śmiałych koncepcji najpierw na sobie samym. Właściwie to nadal sprawdza. Od 20 lat mieszka w Heliotropie. Futurystyczna konstrukcja kryje się skromnie wśród zieleni na jednym z podmiejskich wzgórz. Pasuje tu doskonale, bo ma wiele wspólnego z roślinami. Walec z drewna i szkła obraca się niczym wielki kwiat wokół własnej osi, w ślad za słońcem.

 

Panele słoneczne mają osobny napęd, a zestaw czujników ustawia je zawsze
w optymalnej pozycji. Dzięki tym rozwiązaniom i doskonałej izolacji Dischowi udało się osiągnąć upragniony cel – zbudował pierwszy na świecie dom, który wytwarza więcej energii, niż zużywa. Heliotrop to manifest architekta-wizjonera, imponujący popis wyobraźni – ze wszystkimi tego konsekwencjami. Jego bezkompromisowość fascynuje
i uwodzi, lecz jest trudna do powtórzenia.

 

Dość powiedzieć, że od 1994 roku budynek doczekał się tylko dwóch kolejnych wcieleń. Disch zrezygnował w nich z okrągłego kształtu i ruchu, dochowując wierności zasadzie domu z nadwyżką energetyczną. W pobliżu jego rezydencji powstało Osiedle Słoneczne dla 50 rodzin, tuż obok wzniesiono Sonnenschiff, czyli Statek Słoneczny. W tym dużym budynku biurowo-usługowym zastosowano izolację próżniową, okna z potrójnymi szybami, a w ścianach umieszczono kulki parafiny. Gdy temperatura rośnie, topią się
i absorbują ciepło, utrzymując wewnątrz przyjemny chłód.

 

Ciepły klimat sprzyja uprawie winorośli. Na obrzeżach Vauban znajduje się miejska winnica, gdzie eksperymentuje się z odmianami odpornymi na szkodniki i niewymagającymi stosowania pestycydów (fot. Julia Zabrodzka)

 

Nawet w czasie gorącego badeńskiego lata gmach obywa się bez klimatyzacji. „Wystarczy uchylić wieczorem specjalne wywietrzniki i zamknąć je z powrotem rano, po przyjściu do pracy. Okna powinny być za to zamknięte. Wymaga to przyzwyczajenia, bo w ciepły dzień odruchowo ma się przecież ochotę przewietrzyć biuro. To była chyba największa zmiana po przeprowadzce” – tłumaczy Erika Mueller, pracująca w FSC, organizacji certyfikującej lasy i produkty drzewne. Jej niemiecki oddział przeniósł się
do Statku dwa lata temu.

Polecane wideo

 

„Właścicielom budynku zależało na przyciągnięciu firm i instytucji, dla których ważna jest troska o środowisko i odpowiedzialność społeczna. Na parterze mieści się sklep
z żywnością organiczną i oddział GLS, największego w Niemczech banku etycznego.
Za sąsiadów mamy też wiele organizacji o zbliżonym do naszego profilu. Spotykamy się na co dzień, wybraliśmy się razem na wycieczkę do lasu na rakietach śnieżnych. Takie kontakty bardzo pomagają; zresztą atmosfera Fryburga sprzyja najróżniejszym zielonym inicjatywom” – podsumowuje Erika.


Ten klimat przyciąga nie tylko instytucje. „Mieszkaliśmy w okolicach Dortmundu, ale
na emeryturze postanowiliśmy przeprowadzić się w bardziej przyjazne dla środowiska miejsce, najlepiej na południu Niemiec. Zaczęliśmy szukać i trafiliśmy na Vauban” – Hartmut Wagner z dumą patrzy na grządki. Fasola i kabaczki wyrosły nadzwyczaj ładnie. Wspólnotowy ogród przy pętli tramwajowej założył rok temu z kilkoma znajomymi ze stowarzyszenia mieszkańców nieposiadających samochodów. W Vauban, nowej dzielnicy Fryburga, jest ich sporo.

 

Fasada hotelu pasywnego w dzielnicy Vauban (fot. Julia Zabrodzka)

 

Na tysiąc osób przypada 250 aut, w całym mieście średnia wynosi nieco ponad 420,
a w Niemczech – około 500. Gdy na początku lat 90. koszary armii francuskiej postanowiono przekształcić w dzielnicę mieszkaniową, jednym z założeń projektantów było ograniczenie do minimum ruchu samochodowego. Dopuszczono go tylko na głównej alei, a miejsca parkingowe przeniesiono do położonego na obrzeżach Vauban piętrowego garażu. Projektanci wykluczyli też budowę domów jednorodzinnych, by jak najlepiej wykorzystać dostępną przestrzeń.

 

Kolejnym założeniem była energooszczędność – wszystkie budynki miały spełniać wyśrubowane normy zużycia energii. Wiele z nich to zresztą domy pasywne, którym wystarcza nie więcej niż 15 kWh/m2 rocznie (w tradycyjnym budownictwie to około 200 kWh). „Mamy specjalny system wentylacji. Powietrze jest wymieniane, ale prawie całe ciepło zostaje w mieszkaniu i temperatura nie spada poniżej 19 stopni. Dla nas z żoną to ciut za mało, więc w mroźne dni trochę się dogrzewamy. Cóż, nie ruszamy się już tyle, co za młodu – wzdycha Hartmut. – Ale rodzina z dwójką dzieci spokojnie może obyć się bez grzejnika”.


Normy, zakazy, ograniczenia – mogłoby się wydawać, że nawet po wyprowadzce żołnierzy życie w Vauban wciąż podporządkowane jest iście wojskowym regulaminom. Spacerując po dzielnicy, ani przez chwilę nie ma się jednak wrażenia skoszarowania.
Projektantom zależało, by poszczególne bloki różniły się od siebie. Podczas sprzedaży gruntów preferowano nie deweloperów, lecz tak zwane Baugruppen – wspólnoty przyszłych mieszkańców, którzy wespół z architektem projektowali i wznosili budynki.
„Nam zajęło to półtora roku – wspomina Hartmut. – Wspólnie zdecydowaliśmy, że jeden dom będzie miał elewację pokrytą drewnem, a drugi specjalnym rodzajem stali. Kształt okien każdy mógł wybrać sam spośród 20 propozycji.

 

Budynek Sonnenschiff poza biurami i sklepami ma też część mieszkalną – na dachu znajdują się cztery rzędy zwróconych ku południu apartamentówBudynek Sonnenschiff poza biurami i sklepami ma też część mieszkalną – na dachu znajdują się cztery rzędy zwróconych ku południu apartamentów (fot. Julia Zabrodzka)

 

Niektórzy mówią, że efekt jest chaotyczny. Ja wolę nazywać go pomysłowym”.
Opowiada o wspólnych zamrażarkach oraz pralni, dzięki którym oszczędzają energię
i mają okazję do plotek. Zapytany, jak udaje im się od ośmiu lat żyć w zgodzie w 70 osób, przytacza anegdotę: „Początkowo na jednym dachu mieliśmy baterie słoneczne,
a na drugim ogród. Po jakimś czasie większość uznała, że i tam warto zainstalować panele. Mieszkająca na ostatnim piętrze nauczycielka była przeciwna. Nie chcieliśmy na nią naciskać, mijały miesiące. Pewnego dnia odwiedzili ją uczniowie. Zaimponowało im, że mieszka w domu zasilanym energią słoneczną.

 

Potem w baterie postanowiła zaopatrzyć się także jej szkoła. Naszą sąsiadkę stawiano za wzór, dopytywano o szczegóły. Poczuła się wyróżniona. I w końcu sama zmieniła zdanie w kwestii dachu. Trwało to rok, ale pewnym sprawom lepiej pozwolić się toczyć własnym biegiem – kończy Hartmut. – Trawa nie urośnie szybciej, jeśli będzie się ją ciągnąć”. Wystarczy regularnie podlewać.

Najnowsze

  • Polski jeleń daje radę

    Polski  jeleń daje radę

    Na współczesnych projektantów czekają rozmaite pułapki: wymogi rynku, kaprysy zleceniodawców, estetyczne przyzwyczajenia odbiorców. Tytuł książki „Jak przestałem kochać design” brzmi co prawda kategorycznie, ale rozterki autora dałoby się rozwiać, przypominając sukcesy mistrzów polskiej grafiki użytkowej. O funkcji dobrego wzornictwa oraz zbawiennej roli humoru w projektowaniu opowiada grafik i pisarz Marcin Wicha.

  • Nadbałtyckie rekordy

    Nadbałtyckie rekordy

    Popularność naszego wybrzeża rośnie. Skąd na plażach rekordowe liczby turystów?

  • Pracownicy Panoramy Firm spełniają marzenia podopiecznych Stowarzyszenia SOS Wioski Dziecięce

    Pracownicy Panoramy Firm spełniają marzenia podopiecznych Stowarzyszenia SOS Wioski Dziecięce

    Święta Bożego Narodzenia zbliżają się wielkimi krokami - w oknach wystaw sklepowych pojawiły się świąteczne dekoracje i towary zachęcające do zakupów.

Polecamy

  • W raju rządzą kobiety

    W raju rządzą kobiety

    Ocean, obłe skały, atole koralowe. Lasy, żółwie, rzadkie ptaki. Cynamon, wanilia, goździki. Szmaragd, turkus, kobalt. Piraci i kolonizatorzy, upał i wiatr. Kuszące obrazami tropikalnej idylii Seszele stały się przystanią dla poszukiwaczy piękna oraz wielbicieli natury. Ale ten archipelag jest również jedną z nielicznych na świecie enklaw matriarchatu.

  • 10 dni w siodle

    10 dni w siodle

    „Koń jaki jest, każdy widzi” – pisał w pierwszej polskiej encyklopedii Benedykt Chmielowski. W XVIII wieku dokładne wyjaśnienia zdawały się zbędne. Dziś byłoby trudno o podobny wniosek – chyba że w portugalskim miasteczku Golegã, które poza końmi świata nie dostrzega. Zwłaszcza podczas listopadowego święta rasy luzytańskiej.