Na wyżynach mody Mody w Zinacantán dotyczą nie tylko kolorów i symboli, ale także techniki zdobień. Obecnie najpopularniejszy jest haft maszynowy, jak w przypadku narzutki Josefy (fot. Julia Zabrodzka)
Chiapas

Na wyżynach mody

01kwietnia2015

Bez błysków fleszy, sesji zdjęciowych, wybiegów i blichtru. Dopiero w takim wydaniu modę można traktować naprawdę poważnie. Zwłaszcza jeśli stoi za nią tysiącletnia tradycja, jak w majańskich wioskach stanu Chiapas.

Najłatwiej rozpoznać ropuchy. Łby mają potężne, palce rozcapierzone. Obsiadły krawędź, spojrzenia utkwiły w labiryncie wzorów pośrodku tkaniny. Tu już trudniej się rozeznać. Ale Fidencia bezbłędnie odnajduje drogę. „To małpa. Spójrz, tu ma oczy, a tu łapę. A tam jest motyl” – pewnie wodzi dłonią wśród nici. Teraz milpa, majańskie pole. Opuszki
przesuwają się po sztywnych łodygach, liściach, kolbach kukurydzy.

 

Kwiaty są nieodłącznym elementem większości majańskich rytuałów. Indianie składają je w ofierze przodkom i bogom, podobnie jak wonne kadzidło. W dawnych czasach, jeszcze przed konkwistą, wąchanie kwiatów i noszenie zdobionych kwiatowymi motywami szat było przywilejem szlachetnie urodzonych. Dziś pojawiają się na strojach kobiet z wielu miejscowości w Chiapas, zwłaszcza tych z Zinacantán (fot.: Julia Zabrodzka)


I dalej, na rękaw: „To są kwiaty, całe łany. I ślad żmii z boku. Na tradycyjnym huipilu
z San Andrés Larráinzar nie może zabraknąć żadnego z tych motywów” – odkłada ogromną obrzędową szatę na stół zawalony szalami, bluzkami i torbami. Wszystko utkane na wiązanych w pasie krosnach. Fidencia zna się na tym jak mało kto. Ile to już nici przeszło przez jej ręce? „Miałam tu gdzieś tkaninę z naprawdę starymi deseniami, takimi klasycznymi... – rozgląda się, grzebie w stosach ubrań. W końcu daje za wygraną. Z fałd spódnicy wyciąga smartfona – O, proszę!” – wyświetla kolejne zdjęcia. Tysiącletnie symbole jarzą się pod jej palcami bladym światłem.

 

W gąszczu znaków

 

Sklepik mieści się na obrzeżach San Andrés. Fidencia, jej mama, siostry i sąsiadki sprzedają tu swoje wyroby. A raczej składują i wysyłają w świat szosą, na której kury
i indyki dziobią spękany asfalt. Mało kto przyjeżdża do San Andrés. Do czego mieliby przyjechać? Kościół, urząd gminy, trochę domów z betonu, trochę z cegły mułowej – mieścina, jakich wiele na wyżynach Los Altos de Chiapas. Ale dziś na drodze ruch, na rynku ścisk.

 

Na niedzielny targ ściągnęła chyba cała okolica. Głównie kobiety, każda wystrojona
w bluzkę jak w wioskowy sztandar. Najwięcej jest miejscowych. W białych huipilach
z prostokątnym karczkiem w geometryczne wzory. Ich sąsiadki z Magdalenas Aldama mają podobne romby i zygzaki, ale kolor jest nie do pomylenia. Stonowany, blady róż
– i dopiero gdy stanie się za nimi w kolejce, widać, że ten róż to drobniutkie czerwone
i białe prążki. Przekupki z Santa Marta wyglądają niepozornie, w białych bluzkach
z szafirowym haftem – ale co to za precyzyjna robota!

 

Huipil (wym. łipil) – prostokątna szata z otworami na głowę i ramiona – oraz związywana pasem spódnica to najbardziej typowy strój majańskich kobiet z Chiapas. Noszą się tak między innymi mieszkanki San Andrés Larráinzar. W niektórych miejscowościach, na przykład w San Juan Chamula, huipile zostały wyparte przez bluzki z rękawkami (fot.: Julia Zabrodzka)

 

Te z Chamuli błyskają atłasem i złotymi nićmi znad kudłatych spódnic z wełny. Ubrane jak królowe przyjechały po ziemniaki i pomidory, co bogatsze – po ćwierć mięsa. Dworski orszak sunie wśród straganów z kukurydzą, fasolą, cuchnącą suszoną rybą. I ani jednego z tkaninami. „Wyjątkowość Chiapas polega nie tylko na tym, że kobiety noszą na co dzień tradycyjne stroje. Zdecydowana większość sama je sobie tka, szyje, haftuje.
A w najgorszym razie zamawia u sąsiadki trzy chałupy dalej” – wylicza amerykański antropolog Chip Morris.

 

Taki strój niemal zawsze składa się z długiej, wiązanej pasem spódnicy oraz bluzki albo huipila, prostokątnego okrycia z otworami na głowę i ramiona. Czasem jeszcze z szala czy narzutki. Zestaw jest stały, ale wzory, kolory i krój każda miejscowość ma własne. Morris rozpoznaje je bezbłędnie, należy do najlepszych specjalistów w dziedzinie majańskich tkanin.

 

Na południe Meksyku trafił 40 lat temu. Prowadził badania nad tzotzil, jednym
z rdzennych języków tutejszych Majów, ale wkrótce zafascynowały go stroje. Jeździł
po wsiach, rozmawiał z tkaczkami, wygrzebywał z kątów nadprute huipile. Im starsze, tym lepiej. „Interesowała mnie symbolika. Pytałem o nazwy, znaczenie wzorów. Okazało się, że większość kobiet już tego nie pamięta” – wspomina. Nie dawał za wygraną.

 

Dziewczynki zaczynają uczyć się tkać w wieku 8-10 lat. Nastolatki radzą sobie już zwykle nawet ze skomplikowanymi wzorami. Niektóre składają samodzielnie wykonane tkaniny w ofierze jednej ze świętych figur, w intencji pomyślnej nauki (fot.: Julia Zabrodzka)

 

Z czasem ze strzępów zaczynały wysnuwać się opowieści – o ropuchach śpiewających ukrytemu w jaskini Władcy Ziemi, pierwszych ludziach zamienionych przez bogów za karę w małpy, o motylach, które jak słońce schodzą nocą do świata podziemi, i o tym, jak uderzenie pioruna zmienia kłaki bawełny w chmury. Pobrzmiewały w nich mity dawnych Majów, którzy w dżungli wznosili piramidy i pałace. „Niektóre z tych wzorów mają ponad tysiąc lat. Choćby takie romby na huipilach z San Andrés czy Magdalenas Aldama.

 

To symbol świata. Podobny można zobaczyć na płaskorzeźbach z ruin Yaxchilán, przedstawiających królową w zdobnej szacie – tłumaczy. Potem zamyśla się i dodaje: – Na początku szukałem tego, co odwieczne i niezmienne, zachowane i przekazywane od pokoleń. Wydawało mi się, że na tym właśnie polega tradycja. Cóż... Nie do końca” – uśmiecha się tajemniczo. Bo w gąszczu nici słychać nie tylko legendy przodków, ale
i gwar całkiem współczesnych rozmów.

Kwiaty na czasie

„Mowy nie ma, nie założę tego! A już na pewno nie do zdjęcia! Mogę potrzymać, ale nie założę!” – Josefa dawno już nie słyszała równie nierozsądnej prośby. Miałaby przymierzyć huipil starszy niż ona sama? Ten w prosty wzorek z niebieskich kwiatów?
Też pomysł! Ktoś by potem taką fotografię zobaczył i w całym Zinacantán śmiechom nie byłoby końca. Nie, na taki blamaż nastolatka nie może sobie pozwolić. Na samą myśl
o tym Josefa aż chichocze nerwowo. Jej bluzka i narzutka też są w kwiaty, ale gdzieżby je porównać ze skromnymi geometrycznymi gwiazdkami. Oplotły cały strój, pysznią się kolorami i lśniącą nicią.

 

María Gomez Santis jest nieformalną liderką grupy kilkunastu tkaczek z miejscowości Magdalenas Aldama. Wykonują zdobione tradycyjnymi wzorami bieżniki, serwetki czy szale dla turystów. María jako jedyna biegle mówi po hiszpańsku. Reprezentuje compañeras w kontaktach ze sklepami, szuka zamówień, negocjuje stawki (fot.: Julia Zabrodzka)


Tak się teraz noszą dziewczyny z Zinacantán. Całe miasteczko mieni się fioletem, szafirem, różem i czerwienią. Nie zawsze tak było. „Moja mama nie chodziła w młodości
w strojach w kwiaty – Anastacia zdejmuje z wieszaka wełnianą narzutkę. Ma w swoim sklepie kilka klasycznych fasonów, turyści lubią takie rzeczy. Narzutka jest szara, gładka, bez żadnych zdobień. – Huipile też były skromne, białe z kilkoma czerwonymi paseczkami”. Pierwsze hafty pojawiły się w latach 70.

 

Podobno sprowadziła je do Zinacantán pewna nauczycielka. W tym samym czasie dociągnięto prąd. Żarówki wydłużyły dzień. Gdy kobiety uporały się już z dźwiganiem wody, gotowaniem i sprzątaniem, mogły zasiąść wieczorem z igłą i nićmi. A kwiaty? „Zagościły nie tylko na huipilach. Okazało się, że są tu świetne warunki do ich uprawy” – tłumaczy Anastacia. Gdy dziś zjeżdża się drogą w dolinę, wszędzie widać jasne plamy szklarni. Dla wielu mieszkańców są źródłem utrzymania, chlubą Zinacantán, miałoby ich zabraknąć na strojach?

 

W pewnym sensie to dzięki nim do miasteczka trafiła kolejna nowinka. Żony handlarzy, którzy jeździli na Jukatan z naręczami mieczyków i kalii, pewnego razu wróciły do Chiapas z maszynami do szycia. Teraz nic już nie stało na przeszkodzie, by haftowane kwiaty rozpleniły się po huipilach i narzutkach, z czasem nawet po spódnicach. Pojawiały się coraz to nowsze pomysły, nikt nie chciał zostać w tyle. Na przełomie wieków Zinacantán na dobre opanowała gorączka mody.

 

(fot.: Julia Zabrodzka)


„Zinacantecas za punkt honoru stawiają sobie, by na dwie doroczne fiesty, styczniową św. Sebastiana i sierpniową św. Wawrzyńca, mieć nowy kompletny strój. Presja jest bardzo silna – komentuje Chip Morris. – A żeby nie było wątpliwości, każdy kolejny huipil musi się czymś różnić od poprzedniego. Ten zwyczaj niesamowicie napędza proces zmian”. Najnowsza historia Zinacantán pisana jest kolorami. Po roku 2000 porzucono tradycyjną czerwień na rzecz ciemnych, stonowanych barw.

 

„Ten trend się nie przyjął, wkrótce czernie i szarości wyparł niebieski, potem fioletowy. W 2009 roku pojawiło się czerwone tło. Można powiedzieć, że to moda retro, powrót
do lat 80. i 90. Teraz na czasie są haftowane bukiety, ale nie wróżę im przyszłości.
W porównaniu z arcydziełami, jakie potrafią tworzyć zinacantecas, to dość
prymitywny wzór.

 

Pożyjemy, zobaczymy – wzdycha Chip. A potem dorzuca: – W Zinacantán trendy widać od razu. Wracasz po paru miesiącach i pół miasteczka chodzi już w innym odcieniu albo i innym kolorze. Nie znam jednak ani jednego miejsca na Los Altos, gdzie strój by się nie zmieniał. I czasem są to o wiele bardziej radykalne zmiany, choć na pierwszy rzut oka wydaje się, że wszystko zostało po staremu”.

 

Najbardziej typowa dla Magdalenas Aldama czy San Andrés technika zdobienia tkanin to brocado. Polega na wplataniu między pasma osnowy kolejnych nici, które razem tworzą kolorowy deseń. Wiele z nich tkaczki znają na pamięć, czasem jednak muszą posłużyć się ściągawką i „odczytać” wzór z gotowej tkaniny (fot.: Julia Zabrodzka)



Owijanie w bawełnę

Kozia kość do rozprowadzania nici, przepaska na biodra, pocięty na kawałki kij od miotły. Krosna gotowe, tyle Maríi wystarczy do tkania. Całą resztę ma w głowie i dłoniach. Skupiona wplata w osnowę czerwone pasemko. Nagle nieruchomieje, marszczy brwi, przelicza sploty. Coś się nie zgadza. Sięga po skrawek materiału, odwija kolejne rzędy symboli – żaby, krzyże, ósemki, motyle. Rzut oka i wszystko jasne. Zwitek wraca do torby, María – do pracy. „To moje archiwum wzorów – uśmiecha się. – Jest ich mnóstwo, czasem przydaje się ściągawka”.

Polecane wideo

 

Uważa się, że przed konkwistą Majowie nosili ciepłe okrycia z pikowanej bawełny lub króliczych skór. Oba rodzaje materiałów zniknęły po sprowadzeniu przez Hiszpanów owiec. Na chłodnych wyżynach Chiapas wełna okazała się bezcenna. Dziś owce hoduje się głównie w gminie Chamula. Są otaczane szacunkiem – nigdy nie zabija się ich na mięso (fot.: Julia Zabrodzka)


Zwykle María radzi sobie bez podpowiedzi. Ma 22 lata, tka od kilkunastu lat. Nauczyła ją mama, Marta. Mieszkają razem w Magdalenas Aldama, razem pracują przy krosnach, w kuchni, czasem i na polu. Poza tym różni je prawie wszystko. Marta odchowała jedenaścioro dzieci. Mówi tylko w tzotzil, za jej czasów dziewczynki nie chodziły do szkoły. „Teraz też niektóre nie kończą podstawówki. Rodzice kręcą nosem, że to strata czasu” – wyjaśnia płynnym hiszpańskim María.

 

W ubogich dzielnicach San Cristóbal de las Casas widuje się chamulas, które łączą typowe dla swojej miejscowości atłasowe bluzki ze spódnicami z Zinacantán. Niektóre twierdzą, że robią to dla wygody, ale może to być zapowiedź nowej, majańskiej mody z miasta (fot.: Julia Zabrodzka)

 

Czeka właśnie na świadectwo ukończenia gimnazjum dla dorosłych. W przyszłym roku chce się zapisać do liceum. Zaocznego, bo na co dzień opiekuje się sześcioletnim synkiem Juliem. Mąż? Szkoda gadać, zostawił ją dla innej. Ostatnie dwie czy trzy dekady były w Chiapas czasem zmian, otwarcia na świat. Wyasfaltowano wiele dróg, powstało więcej szkół. Majowie zaczęli częściej bywać w miastach, niektórzy wyjeżdżają za pracą nawet do USA, przysyłają stamtąd pieniądze.

 

Życie ciągle jest tu ciężkie, ale współczesne dwudziesto- i trzydziestolatki funkcjonują już w innej rzeczywistości niż ich matki i babcie. „Widać to w strojach. Weźmy taki targ w San Andrés. Regularnie tam jeżdżę, robię zdjęcia huipili, potem porównuję
na komputerze. I co? Na wszystkich widzę nowe wzory, żaden nie ma więcej niż 10 lat! Zmiany mogą wydawać się ledwie zauważalne, ale wierz mi, dla nich są znaczące – Chip mówi teraz głośniej, oczy mu płoną. – Ale to nie koniec! Każda tkaczka powie, że to właśnie jej huipil jest tym tradycyjnym.

 

W Chiapas tradycyjne stroje zakłada się nie tylko od święta. Kobiety z Aguacatenango nie rozstają się z nimi nawet podczas pracy w kuchni. Osłaniają wtedy bogato haftowane bluzki fartuchami (fot.: Julia Zabrodzka)

 

Każda, idę o zakład! I żadna nie będzie kłamać. Bo ten strój to jej własna interpretacja tradycji. Własnoręcznie utkana odpowiedź na pytanie – kim jesteśmy dziś? Co to znaczy być Indianką w XXI wieku? Tak, tkam inne wzory niż moja babcia, zmieniam je, przekształcam. Ale przecież moja babcia była biedna jak mysz kościelna! Tyle się w życiu nacierpiała! Żadną miarą nie chciałaby, żeby i mnie spotkało to samo. I Bogu dzięki, że przypadł mi inny los. Chyba nic dziwnego, że chcę to wyrazić? – uderza dłonią w stół. A potem dodaje cicho: – Wszystkie szukają odpowiedzi. Fascynuje mnie ta ich rozmowa bez słów. Dyskretna i subtelna. A jaka zuchwała!”.

Pierwsze trampki w rodzinie

Za oknem szarość. Na górze z chmur, w dole z betonu. Szachownica lichych przedmieść przesuwa się i maleje w miarę, jak furgonetka wspina się po zboczu. Gwar zabytkowego centrum został daleko z tyłu. Pasażerki colectivo milczą, niektóre podrzemują. Mari siedzi wśród nich, ściśnięta. Jej obcisłe spodnie dziwnie wyglądają między wełnianymi spódnicami. Wracają do San Antonio del Monte, jednej z indiańskich dzielnic miasta San Cristóbal de las Casas.

 

Każda para pantofli czy trampek marki El Gato con los Pies de Trapo jest inna. Czasem rękodzielniczki dostają zamówienie na określone kolory, ale wzór obmyślają same, a na języku haftują swoje imię (fot.: Julia Zabrodzka)

 

Kolonialna stolica stanu Chiapas obrasta nimi od końca lat 80. Zaczęli je zakładać przybysze z San Juan Chamula i Zinacantán. Sąsiedzi wygnali ich z wiosek, gdy odstąpili od wiary przodków na rzecz nowych, protestanckich wyznań. Mari ma 19 lat. Należy
do pierwszego pokolenia Majów, które urodziło się w mieście.Wysiadka, koniec trasy.
Ale dzień się dla Mari jeszcze nie skończył. Rano pracuje w Colectivo Textil Independiente przy ulicy Real de Guadalupe.

 

To dobry adres, główny deptak miasta, zawsze pełno tu turystów. Cztery małe spółdzielnie rękodzielniczek wystawiają w sklepie swoje wyroby – bluzki, torby, szale. Mari należy do El Gato con los Pies de Trapo. W „Kocie z łapami z gałganków” jest ich szesnaście, prawie same chamulas. Pracują razem od kilku lat. Ursula, meksykańska projektantka zafascynowana majańskimi tkaninami, namówiła je, by zaczęły haftować buty we wzory ze swej miejscowości. Dziwny pomysł?

 

Może i tak, ale w Chiapas robi się teraz dużo rękodzieła dla miastowych i turystów. Jest moda na tradycyjne motywy. Chwyciło, to haftują. Mari ma dziś jeszcze parę trampek do skończenia. Jako jedyna z całej grupy chodzi w takich butach na co dzień. „Compañeras nawet nie chciały przymierzyć – śmieje się. – Mówią, że to nie pasuje do naszych spódnic. Uznają tylko klapki albo sandały”. Starsze Indianki często chodzą boso. Mari ubiera się po miejsku, to i haftowane trampki nosi.

 

Chamulas słyną z wyrobów z wełny. Powstają z niej charakterystyczne kudłate spódnice i męskie narzutki. Od niedawna robi się też maskotki dla turystów. Wcześniej przez wiele wieków Majowie nie cięli tkanin – ubrania zszywane były z prostokątnych utkanych fragmentów

 

Ale ma też wełnianą spódnicę. I bluzkę, w najmodniejszej wersji – wyszywaną złotą nicią, z plisami na biuście. Zakłada taki strój do kościoła. „W spodniach to jednak nie wypada. Co by sąsiedzi powiedzieli? – tłumaczy. A potem pyta: – Przyszło mi ostatnio do głowy, żeby pojechać do miasta w tradycyjnej bluzce i dżinsach. Jak myślisz? Chyba będzie pasowało?”.

 


Reportaż został przygotowany dzięki stypendium Ministerstwa Spraw Zagranicznych Meksyku.

 

 

Galeria - 17 zdjęć

Najnowsze