Wzory pamięci Gotowy dywan strzyżony jest specjalnymi nożycami. Choć na pozór czynność ta wydaje się łatwa, w rzeczywistości to jeden z najcięższych etapów pracy (fot.: Artur Kot)
Uzbekistan

Wzory pamięci

03maja2015

Można na nie patrzeć, można je głaskać. Wodzić palcem po wykwintnej linii zdobień. Ale dywany z zachodniego Uzbekistanu da się również czytać, bo zdradzają wiele historii. Szczególnie w zagubionej wśród pustyń i stepów Chiwie, jednym z niewielu już miejsc w Azji Środkowej, gdzie nie przygasły kolory Jedwabnego Szlaku.

Przez chwilę wydaje się, że sam unosi się w powietrzu; tak jakby nic nie ważył. Utkano go przecież z jedwabiu. W lekkim przeciągu falują frędzle; tak delikatnie jak falują fantazyjne, kwieciste linie. W tej plątaninie można się pogubić. Kontemplacyjną
atmosferę przerywa dopiero dyskretne chrząknięcie. Chude ramiona ekspedientki powoli opadają z sił. „Spakować czy pokazać następny?” – pyta, wyłaniając się zza tkaniny.

 

Starówka i reszta miasta to dwa odrębne światy. Poza ufortyfikowanymi murami życie toczy się zwyczajnie, a turyści prawie tam nie zaglądają (fot.: Artur Kot)


Jej sklep z dywanami w bocznej uliczce chiwańskiej starówki pewnie nie różni się
od tych sprzed wieków. Cieniste wnętrze zachęca przyjemnym chłodem. Porozwieszane na ceglanych ścianach dywany wyglądają niczym kolorowe płótna w galerii. Inne stoją zwinięte w kątach lub leżą jeden na drugim. Znajdzie się coś dla każdego. Klientów nie brakuje.

 

Chiwa to jeden z popularnych przystanków na uzbeckim odcinku Jedwabnego Szlaku. Odgrodzona od świata przez czerwone i czarne piaski dwóch pustyń, Kyzył-kum
i Kara-kum, jest najbardziej spójnym przykładem islamskiej architektury. „Czasami turyści zaglądają tylko w poszukiwaniu jakiejś pamiątki, ale są i tacy, którzy od progu pytają o najcenniejsze egzemplarze – mówi sprzedawczyni. – Tych prawdziwie wartościowych raczej nie pokazujemy. Ojciec od lat zbiera je po wsiach, ale nie są na sprzedaż; zresztą kto by je chciał kupić?”.


Ciężkie drzwi otwierają się powoli jak wrota sezamu. W pomieszczeniu nie ma okien
ani mebli. Gdzie nie spojrzeć – jedynie dywany. Przykrywają podłogę, ciasno obwieszają ściany. Są tak stare, że strach nawet na nich stanąć. „Śmiało! Przecież po to właśnie są” – z uśmiechem zachęca do zwiedzania gospodarz. Swoją kolekcję Komiljon gromadzi
od trzech dekad. Jego zdobycze mają między 300 a 500 lat. „500! – powtarza jeszcze raz głośniej, upewniając się, czy został dobrze zrozumiany.

 

Strategiczne położenie w miejscu rozwidlenia dwóch odnóg Jedwabnego Szlaku dawało Chiwie ogromne możliwości. Prawdziwy rozkwit miasto zawdzięczało jednak handlowi niewolnikami (fot.: Artur Kot)


– A proszę, farby trzymają się dalej. Czarny nie blaknie, biały nie szarzeje. Co roku trzeba je tylko przekładać, żeby nie pojawiały się fałdy”. Te proste dywany robili prości ludzie – głównie pustynni nomadzi, którzy tkaniem zajmowali się z braku innego zajęcia. Swoje kobierce, najczęściej wełniane, rozwijali przed namiotami, wyściełali nimi klepiska jurt, rozwieszali je we wnętrzach. Bardziej z konieczności niż dla ozdoby, bo życie rodzinne toczyło się na ziemi (do dziś na uzbeckiej prowincji jada się, siedząc na podłodze przy niziutkich ławach).

 

Kiedy trzeba było przenieść się w inne miejsce, wystarczyło zwinąć kobierce i iść dalej. „W tkaniu od zawsze liczyły się dwie rzeczy: grubość splotu oraz wyrazisty wzór – tłumaczy Komiljon. – Pierwsza pozwalała wyrobom przetrwać wieki, a druga – wybrzmieć”. Każdy dywan opowiada własną historię, choć symbolika ornamentów bywa tak zawiła, że mogłaby uchodzić za odrębną gałąź wiedzy.

 

Tam, gdzie niewprawne oko dostrzega jedynie barwne desenie, gospodarz potrafi odnaleźć wspomnienia minionych czasów. Ze swoich dywanów czyta jak z otwartych ksiąg. „Ten pas rombów z poziomymi kreskami to łodzie i wiosła, co oznacza, że dywan pochodzi stąd, z doliny Amu-darii – wyjaśnia. – A tu coś innego. Egzemplarz turkmeński”. Szlaczek wpisanych w koła kwadratów, każdy z symetrycznym zygzakiem pośrodku. „To ślady końskich kopyt i rozdeptane na piasku skorpiony.

 

Jedwab od zawsze był uzbeckim skarbem narodowym. W Chiwie jeszcze na początku XX wieku tkano z niego nawet banknoty (fot.: Artur Kot)

 Każdy łatwo odgadnie; oczywiście jeśli wie,
z czego nasi sąsiedzi słynęli przez stulecia. Takich wierzchowców dosiadali właśnie Turkmeni”. Pomysły zawsze czerpano
z otoczenia. Miejscowe dywany zapełniały jelenie, których kiedyś w dolinie rzeki nie brakowało. Afgańskie kilimy ozdabiały zwykle koguty. Baszkirscy pasterze tkali duże prostokąty oraz kwadraty symbolizujące drzwi i okna swoich siedzib.


Nie bez znaczenia była również magia. Powielony znak skorpiona czy węża miał odpędzać choroby. Głowa byka dawała płodność, baranie rogi – siłę. Z czasem wzory krzyżowały się, podobnie jak ścieżki zamieszkujących te ziemie plemion. Dziś tej prostocie trudno odmówić piękna. „To, co wieśniacy potrafili wyczarować w jurtach, i tak nie dorównywało dywanom powstającym na dworach – snuje opowieść Komiljon. – Te były tak kunsztowne, że miały nawet własne imiona.

 

Najwspanialej tkano za czasów Timura, którego kobierce nie miały sobie równych
w całej Azji”. O legendarnym władcy, niezależnie od kontekstu, mówi się w całym Uzbekistanie z identycznym rozrzewnieniem. To on, tyran z duszą artysty, w XIV wieku przepędził stąd Mongołów. Imperium, na którego stolicę wybrał Samarkandę, rozciągnął na całą Azję Mniejszą, zahaczając o tereny Iranu, Iraku i Zakaukazia. Chociaż minęły setki lat, w Chiwie wciąż żyją dawne tradycje. Można ich nawet dotknąć.

 

Nakazy religijne spowodowały, że w kulturze islamskiej nie rozwijało się malarstwo ani rzeźba. Polem artystycznego wyrazu była za to architektura. Wobec zakazu przedstawiania ludzi i zwierząt stosowano głównie ornamenty geometryczne i roślinne. Dominujące w chiwańskich budowlach błękity oraz turkusy były ulubionymi barwami legendarnego władcy Timura (fot.: Artur Kot)


Pracownia Jedwabnych Dywanów mieści się w starej medresie. Na małym dziedzińcu
od rana panuje ruch. Póki to możliwe, każdy woli pracować na powietrzu. Latem 40-stopniowy żar będzie nie do zniesienia. Kilka dziewcząt przygotowuje farbowane motki jedwabiu. Inne rozwijają na schodach świeżo wyprany dywan. Jego wzór
w niczym nie przypomina tych z pustyń czy ze stepów. Wykwintne arabeski, pozamykane w symetryczne ramy, są niczym połączenie wody z ogniem.

 

Po ufarbowaniu nici przesychają na powietrzu. Chemiczne barwniki zaczęto stosować w drugiej połowie XIX wieku. Doprowadziły one do zatarcia regionalnych różnic w kolorystyce dywanów (fot.: Artur Kot)

„To była długa droga – Madrim, właściciel pracowni, wpatruje się w nie zahipnotyzowany. – Chcieliśmy dać ludziom pracę, a jednocześnie przywrócić wytwory najlepszego okresu uzbeckiej sztuki.
Ale pomysł, by tkać na nowo timurydzkie kobierce, długo wydawał się ledwie marzeniem. Nikt z nas nie wiedział przecież, jak one wyglądały”. O ile na dywany z XVI stulecia można natrafić w muzeach lub prywatnych kolekcjach, to te starsze
po prostu nie przetrwały próby czasu.

 

Na pomoc przyszły jednak XV-wieczne arabskie manuskrypty, przy wsparciu UNESCO wyszperane w bibliotekach Londynu. Poematy oraz historyczne eposy ilustrowano miniaturami – nieczęsto, bo w surowych realiach kultury zdominowanej przez religię, która obrazy żywych istot uważała
za świętokradztwo, tworzenie sztuki figuratywnej było zadaniem ryzykownym.
By z góry łagodzić kontrowersje, artyści stosowali wszelkie możliwe fortele. „Trudno to sobie wyobrazić, ale bardzo nam pomogli” – Madrim śmieje się, przerzucając reprodukcje.

 

Pracownia Jedwabnych Dywanów zatrudnia dziś około 30 tkaczek. By zacząć pracę, dziewczyny przechodzą trzymiesięczne szkolenie Pracownia Jedwabnych Dywanów zatrudnia dziś około 30 tkaczek. By zacząć pracę, dziewczyny przechodzą trzymiesięczne szkolenie

Polecane wideo

 

Przede wszystkim postacie nigdy nie zajmowały zarezerwowanego dla Allaha centrum obrazka, a świat malowano z perspektywy wysokiego minaretu – sceny z życia dworu: uczty, narady, miłosne schadzki. W tle ogrody i pałacowe wnętrza. Do tego nie ma tu chyba posadzki czy trawnika, na których nie leżałby jakiś dywan.„Kiedy zobaczyłem miniatury po raz pierwszy, miałem wrażenie, że ktoś podał nam na tacy wzory, których tak długo szukaliśmy. Wszystko z wiernie oddanymi kolorami oraz skrupulatnie odwzorowaną geometrią. Wystarczyło przenosić na papier i wyplatać.

 

W nomadzkich plemionach zdobienia odtwarzano wyłącznie z pamięci. Timurydzkie arabeski, którymi rządziła czysta matematyka, wymagają jednak precyzyjnych wzorników (fot.: Artur Kot)

Postanowiliśmy otworzyć warsztat”. Przeciętnej wielkości dywan to miesiąc pracy dwóch, trzech kobiet. Większy tka się kilka razy dłużej. Dzień w dzień, supełek po supełku. Wątek biegnie w poprzek, układając wzór poziomymi warstwami, według ściągawki rozrysowanej na papierze. Gotową linię utwardza się, uderzając w nią specjalnym grzebieniem. Bez tego wzór by się wybrzuszył, a kobierzec zgubił proporcje.

 

Bardziej niż artystycznych umiejętności tkanie wymaga cierpliwości oraz siły. „Węzły trzeba wiązać mocno – poucza pracownice Madrim. – Płacimy im od każdego supełka.
Z początku stosowałem inny system. Mierzyliśmy dywan, a dziewczyny dostawały pensję od wypracowanej powierzchni. Jednak moje przebiegłe tkaczki szybko zorientowały się, że wplatanie w węzły grubych nici jedwabiu wpływa na długość i podnosi ich zarobki – nawet kosztem rozciągnięcia wzoru. Dlatego dziś znów co miesiąc nurkuję pod krosnem i liczę. Supełek po supełku”.

 

Kiedy egzotyczne jedwabne kobierce pojawiły się w Europie, najczęściej trafiały do pałacowych wnętrz. Ich obecność uznawana była za oznakę wysokiego statusu. W Azji przez wieki służyły głównie najbiedniejszym. Dziś te najstarsze dywany czasami warte są majątek (fot.: Artur Kot)

Te nowe dywany również znają wiele historii. Barwy błękitne opowiadają o niełatwych wyprawach po indygo do sąsiedniego Afganistanu. Czerwone o dojrzewających
w promieniach wrześniowego słońca owocach granatu – ich rozbite w moździerzu skórki dawały trwały, intensywny kolor. Brązowe niosą wspomnienie smaku orzechów, strącanych kijami z drzew, gdy przychodziła pora farbowania. Jeżeli spytać miejscowych, czują także ciężar gałęzi czarnych morw, którymi na wiosnę karmią swoje jedwabniki. Hodowle rokrocznie przewracają do góry nogami życie okolicznych wiosek.

 

W każdym domu, we wszystkich pomieszczeniach, na dwa miesiące rozstawia się prowizoryczne wylęgarnie. Z początku poczwarki jedzą niewiele – wystarczy co jakiś czas poszatkować trochę liści – ale już po tygodniu świeże gałęzie podrzuca się pięć razy dziennie. Często potrzeba nawet 50 kilo pokarmu na raz. „Pracujemy wtedy od świtu do zmierzchu. Nie ma kiedy popatrzeć na kino” – skarżą się gospodynie. „Kinem” określa się brazylijskie telenowele gromadzące codziennie przed odbiornikami całe pokolenia.

 

W granicach historycznych murów Chiwy kryje się ponad 50 zabytków – głównie mauzoleów, minaretów oraz medres. Choć wyglądają na średniowieczne, większość z nich wybudowano w XIX stuleciu (fot.: Artur Kot)

 

Jeżeli wiejskie kobiety nie mają na nie czasu, znaczy, że są naprawdę przepracowane. Ćmy wyglądają z kokonów po dwóch tygodniach. Trzeba być czujnym, bo jeśli motyle się wyklują, porwą nić. Zawczasu zabija się je więc gorącą parą. Ocaleje zaledwie kilka, które złożą jaja na kolejny rok. Same i tak by nie przeżyły. Przez wieki zostały udomowione do tego stopnia, że nie potrafią latać. Kokony rozplątuje się, mocząc je
w gorącej wodzie.

 

(fot.: Artur Kot)

Zdrowe i dobrze wykarmione gąsienice potrafią wyprodukować nawet kilometrową nić. Madrim podnosi jedną do góry. W ostrym słońcu prawie jej nie widać. Trudno uwierzyć, że cieniutkie włókna napędzały historię tej części świata przez kilkaset lat. Wystarczy jednak przejść się po mieście. Poszukać warsztatów, w których pod wirującymi
w rękach rzeźbiarzy dłutami powstają majestatyczne drewniane filary czy tradycyjne meble.

 

Zajrzeć w ciche podwórka, gdzie pochylone nad tkaninami hafciarki drobnym ściegiem obszywają swoje niezwykłe suzani.
Na bazarze potargować się o błękitne kafle. Popatrzeć, posłuchać, porozmawiać. Jako trzeci po Chinach
i Indiach największy producent jedwabiu
na świecie, Uzbekistan chętnie sam siebie uznaje za serce Jedwabnego Szlaku. W Chiwie nadal słychać jego ciche bicie.

Galeria - 14 zdjęć

Najnowsze