Daj się uwieść krwistej Włoszce Justyna Podlaska zamieszkała w Madonninie zaledwie kilka lata temu. Miłością do czerwonych pomarańczy zaraża Polaków, którzy stanowią już prawie jedną trzecią klientów firmy (fot.: Kinga Błaszczyk-Wójcicka/Greenmorning.pl)
Sycylia

Daj się uwieść krwistej Włoszce

21maja2015

Jak rozpoznać odmianę pomarańczy? Można po kształcie owocu, chropowatości jego skórki, odcieniu i smaku miąższu. Można też po kolorze liści lub zapachu kwiatów. Sycylijczycy mówią o pomarańczach jak o pięknych kobietach. Nie przepadają za blondynkami, a krwiste Włoszki uważają za najbardziej nęcące. Zwłaszcza te z farm leżących u podnóży Etny.

Don Claudio Valenziani uwielbia pogawędki. „Uwaga! – ostrzega jego żona.
– O pomarańczach potrafi mówić godzinami”. Faktycznie, jeśli poprosić, by opowiedział historię farmy Madonnina, zabierze słuchacza w podróż po wschodniej Sycylii i rozcią-
gającej się u stóp Etny krainie cytrusowych gajów. Ani się człowiek obejrzy, a wybija północ.

 

Pomarańcze zbiera się ręcznie, pakuje do plastikowych skrzynek i transportuje do magazynów. Tutaj są myte, sortowane, przepakowywane do cubotto, czyli specjalnych kartonów. Od zbiorów do dostarczenia owoców klientowi mijają zaledwie trzy, cztery dni (fot.: Kinga Błaszczyk-Wójcicka/Greenmorning.pl)


„Od czego by tu zacząć? – pyta siwowłosy farmer. – Od Adama i Ewy? Nie warto o nich wspominać. Nie wiedzieli, co dobre; wybrali jabłka. A przecież w raju musiały rosnąć cytrusy. Bez nich Eden byłby po prostu zwykłym ogródkiem!”. Madonnina leży 80 kilometrów na południe od wulkanu, ale towarzystwo Etny wciąż się tutaj czuje. Złowroga (choć dla rolników dobroczynna) góra pluje czasami lawą, pokrywając okolicę szaroburym pyłem. Do pierwszego deszczu.

 

Wulkaniczna gleba jest za to czarna i tłusta; urodzi wszystko, co powierzy jej człowiek. Szpalery cytrusowych drzew wspinają się na wzgórza, nurkują w dolinach. Gdy zakwitną, podobny do jaśminu zapach dotrze aż do Katanii. Mieszkańcy sąsiedniego miasteczka Carlentini-Lentini będą chodzić upojeni, bo zapach kwiatu pomarańczy to jeden
z najlepszych antydepresantów. Ale to dopiero w maju. Na razie trwa jeszcze zima,
po kwiatach zostało wspomnienie.

 

Sycylia to cytrusowa potęga regionu; rośnie tu najwięcej drzew pomarańczowych w całych Włoszech. Na 28-hektarowej farmie Madonnina uprawia się 20 z 60 dostępnych na wyspie odmian. (fot.: Kinga Błaszczyk-Wójcicka/Greenmorning.pl)

 

Obarczone dojrzałymi kulami gałęzie uginają się aż do ziemi. Trwają zbiory. Dla każdego Sycylijczyka prawdziwe pomarańcze mają kolor czerwony. Popularne w krajach północnych jasne owoce nazywa się tutaj le bionde. „Cytrusy sprzedawane
w supermarketach to w większości wytwory amerykańskich laboratoriów przemysłu rolniczego – tłumaczy z ożywieniem Claudio. – Są jak farbowane blondynki. Duże, gruboskórne. Bez pestek, ale i bez charakteru. Dziwnie plastikowe, płytkie w smaku. Nie to, co nasze sycylijskie odmiany! One są jak temperamentne Włoszki – aromatyczne, intensywne. Słodkie, a zarazem orzeźwiająco kwaśne; czasami z lekką nutką goryczy. Intrygujące i godne pożądania!”. Claudio wie o cytrusach wszystko. Mogłoby się zdawać, że wyssał wiedzę z mlekiem matki, ale to pozory. Mężczyzna jest z zawodu pilotem
i wcale nie pochodzi z Sycylii.

 

Zbiory zaczynają się we wrześniu, kończą w maju. Szczyt sezonu przypada jednak na zimę, gdy dojrzewają czerwone pomarańcze. Claudio Valenziani jest w stanie oszacować roczny plon z dokładnością do jednej tony (fot.: Kinga Błaszczyk-Wójcicka/Greenmorning.pl)

 

W latach 50. służył w tutejszej bazie marynarki wojennej. Na przepustce poznał Sylvię,
córkę właścicieli ziemskich. Parę lat po ślubie otrzymał awans i przydział do eskadry
na północy Włoch, lecz jego wybranka kategorycznie odmówiła przeprowadzki. Miłość do żony okazała się silniejsza od miłości do latania. Młody pilot postanowił rzucić armię i zapuścić na wyspie korzenie (w przenośni oraz dosłownie). Odkupił od teścia działkę
z widokiem na Etnę, zasadził setki drzew pomarańczowych. Tak powstała Madonnina,
plantacja Valenzianich.


Sylvia, która zgodnie z sycylijską praktyką wciąż posługuje się panieńskim nazwiskiem, Costarelli, jest strażniczką rodzinnej pamięci. „To mój pradziadek – pokazuje na starą fotografię. – Jako jeden z pierwszych zaczął uprawiać pomarańcze”. Gdy na początku XX wieku po epidemii malarii postanowiono osuszyć miejscowe bagna, nie tylko wytępiono komary, ale i zmieniono mikroklimat. Nie dało się już uprawiać ryżu ani bawełny.
Za to drzewa cytrusowe – dzięki systemowi kanałów nawadniających wymyślonemu setki lat wcześniej przez Arabów – sprawdzały się świetnie.

 

Hodowla czarnych świń to nowatorski sposób na pozbycie się opadłych owoców. W zalegających pod drzewami pomarańczach lęgną się insekty, które są wrogiem numer jeden na ekologicznej plantacji (fot.: Kinga Błaszczyk-Wójcicka/Greenmorning.pl)

 

W pobliskim miasteczku zbudowano węzeł kolejowy, skąd do Rzymu wyruszały wypełnione owocami wagony. Dobrą passę przerwała jednak II wojna światowa, a kolej obrały sobie za cel alianckie bombowce. Złote czasy dla upraw wróciły dopiero w latach 60. Wszędzie sadzono drzewa, a sycylijskie owoce stały się marką rozpoznawalną
na świecie. „Nikt nie martwił się o sprzedaż – opowiada Sylvia. – Każdego lata handlowcy kontraktowali wszystko, co miało urosnąć w zimie. Jedynym problemem była przestępczość; carabinieri musieli strzec wjazdów na plantacje”.

 

Dobra passa urwała się, zanim młode sady dojrzały. Europejczycy i Amerykanie zasmakowali w odmianach jasnych pomarańczy. W uprawie „blondynek” skuteczniejsi okazali się Hiszpanie i to oni przejęli znaczną część rynku. „Należało coś zmienić,
bo inaczej byśmy nie przetrwali – opowiada Claudio. – Postanowiłem przestawić się
na uprawę ekologiczną”. Okres przejściowy trwał osiem lat, ale kontrowersyjna decyzja okazała się słuszna. Nie tylko z ekonomicznego punktu widzenia. „Mieszkaliśmy
w samym centrum upraw. Wychowywanie dzieci w sąsiedztwie pestycydowych oprysków nikomu się nie uśmiechało.

 

Na farmie mieszka dużo zwierząt. Są kaczki, gęsi, kury, świnie i kotka Mizzi – ulubienica pani domu (fot.: Kinga Błaszczyk-Wójcicka/Greenmorning.pl)

Wielu rzeczy musieliśmy uczyć się od nowa, jednak wysiłek się opłacił – tym bardziej, że na Sycylii zawitał kryzys”. Turyści go nie dostrzegają, lecz wyspa cichnie. Młodzi uciekają do Rzymu lub Mediolanu, wiele miasteczek między Syrakuzami a Katanią świeci pustkami, przybywa zamkniętych sklepów i opuszczonych gospodarstw. Ziemia leży odłogiem, a w sadach marnują się tony niezebranych owoców. Plantacje dziesiątkuje przywleczony z Brazylii wirus, trwa susza przerywana gradobiciami, w dodatku giną pszczoły. „Dla jednych to apokalipsa, dla innych – przejściowe kłopoty.

Polecane wideo

 

My jednak nadal radzimy sobie całkiem, całkiem” – włącza się do rozmowy Andrea,
syn Claudia. Z wykształcenia jest fizjoterapeutą, lecz od paru lat prowadzi farmę wspólnie z ojcem. Gdy opowiada o utarczkach z urzędnikami, burzy się w nim krew. „Życie farmera naprawdę nie jest łatwe – narzeka. – Najgorsza jest biurokracja. Koszt ekocertyfikatów potrafi zabrać aż dwa procent dochodów! I tak szczerze, dlaczego powinienem zabiegać o te wszystkie znaczki i udowadniać, że moje produkty są w porządku?

 

Jeden z opuszczonych starych sadów z charakterystycznymi dla okolicy murkami z kamienia wulkanicznego (fot.: Kinga Błaszczyk-Wójcicka/Greenmorning.pl)


Niech robią to ci, którzy stosują chemię. Dlaczego ja, a nie oni, muszę na swojej ziemi zostawiać graniczny pas o szerokości 200 metrów, by odgrodzić się od oprysków? To naprawdę sporo”. Andrea wie jednak, że biadolenie nie przynosi pożytku. Ma to po ojcu. Nie poddaje się, szuka rozwiązań. Wprowadził system sprzedaży bezpośredniej,
a pomarańcze z Madonniny trafiają do indywidualnych kupców, restauracji oraz małych ekologicznych sklepów. Dziś to już 100 procent odbiorców.

 

Jeśli coś działa, nie trzeba tego wymieniać – ta filozofia jest również częścią przyjaznej dla środowiska gospodarki na farmie. Stary ciągnik służy Valenzianim od kilkudziesięciu lat i nie wykazuje oznak zużycia (fot.: Kinga Błaszczyk-Wójcicka/Greenmorning.pl)

Zaś Justyna Podlaska, pochodząca spod Krakowa narzeczona Andrei, przekonała rodzinę Valenzianich, że ich cytrusy będą się sprzedawać w innych krajach. Razem skrzyknęli okolicznych hodowców i założyli sieć ekologicznych producentów InCampagna. Organiczne warzywa oraz owoce spod Etny trafiają do Polski, Szwecji lub Belgii. „Czy jest coś wspanialszego niż karton słońca, który zamawia się w środku zimy?” – śmieje się dziewczyna. Andrea i Justyna poznali się na szlaku trekkingowym w Himalajach, ale w przeciwieństwie do wielu rówieśników z Sycylii nie zamierzają opuszczać wyspy.
Wraz z siostrą Andrei, Francescą, wzięli sprawy w swoje ręce, tryskają dobrą energią, dają pracę innym.

 

 Dzięki lokalnej działalności farma zaczęła odnajdywać się w globalnej rzeczywistości.
Również seniorowi rodu ubyło problemów. Nie musi już zarządzać firmą, za to skupia się na uprawach. Oprowadzając gości, wymienia każdą odmianę z nazwy, jakby liczył nie drzewa, lecz córki. Pierwsza kwitnie i dojrzewa pochodząca z Japonii mandarynka miyagawa. Jest bardzo wrażliwa i kapryśna.

 

Co wtorek w centrum Katanii odbywa się wielki targ owocowo-warzywny. Kilogram świeżutkich pomarańczy można tam kupić już za 20 centów Co wtorek w centrum Katanii odbywa się wielki targ owocowo-warzywny. Kilogram świeżutkich pomarańczy można tam kupić już za 20 centów

Jej małe owoce trzeba zbierać w ciągu zaledwie kilku dni. Potem pojawia się primosole, czyli „pierwsze słońce”. To odmiana wrześniowa o rozłożystych drzewach, wynaleziona na Uniwersytecie Rolniczym w Katanii. Listopad należy
do „blondynki” naveliny – średnio dużej, podłużnej i z pępkiem, jak nazywa się charakterystyczne zagłębienie na skórce. Jest ono połączone z malutkim, niewykształconym do końca drugim owocem. Po przekrojeniu navelina wygląda, jakby była ciężarna. Zimą rządzą trzy siostry, czerwone
i temperamentne.

 

Pierwsza to moro, lokalna odmiana z okręgu Lentini. Ma najintensywniejszy aromat, miąższ mieni się całą gamą barw – od oranżu, przez cynober i rubin, do prawie czarnej purpury. Druga siostra nazywa się tarocco. Jest najsłodsza i najbardziej soczysta, zawiera też najwięcej witaminy C
ze wszystkich pomarańczy na świecie.

 

Trzecia z krwistych sióstr to sanguinello, ma lekko malinowy smak, a owoce jaśniejsze,
z lekko purpurowymi żyłkami. Claudio dzieli zebrane pomarańcze na cząstki.
Dookoła natychmiast rozchodzi się intensywny zapach, przez palce przelewa się sok, lepki i gęsty niczym krew. „Nie ma nic lepszego – zachwala. – Naprawdę nie wiem, czemu Adam i Ewa woleli jabłka!”.

Galeria - 11 zdjęć

Najnowsze

Polecamy

  • Sedan – samochód idealny?

    Sedan – samochód idealny?

    Choć może się wydawać, że dziś toczą dość nierówną walkę z niezwykle popularnymi hatchbackami i SUV-ami, sedany to samochody ikoniczne. Jeżeli istniałby wzór auta idealnego, podobny wzorowi metra wystawionemu w Sevres, bez wątpienia byłby to właśnie sedan.