Jutro już było Pod koniec XIX wieku w architekturze Budapesztu dominował historyzm oraz eklektyzm. Projektanci czerpali z włoskiego lub francuskiego renesansu i stawiali okazałe gmachy – niekiedy nawet zbyt potężne jak na dość wąskie uliczki dzielnicy Bel
Budapeszt

Jutro już było

26lipca2016

Jeśli wierzyć nazwie, pierwszeństwo należy się Budzie. Ale to czysto tytularne przywództwo. Od ponad półtora wieku niemal wszystko, co w stolicy Węgier ważne, dzieje się na drugim brzegu Dunaju. Monumentalny Peszt zrodził się z fascynacji nowoczesnością – sykiem pary, elektryczną iskrą – i szybko przyćmił staroświecką sąsiadkę zza rzeki. Dziś inspiracji szuka raczej w przeszłości, ale przetwarza ją we własnym stylu. Znów nadaje miastu ton.

 

Graficzka Zita Majoros oraz twórca marionetek Richárd Garami należą do młodego pokolenia artystów, które tchnęło nowe życie w Erzsébetváros. W VII dzielnicy, niedawno jeszcze zaniedbanej, od kilkunastu lat powstają kolejne kawiarnie, butiki i pracownie (fot. Julia Zabrodzka)

Musiało być im ciężko w tych surdutach, gorsetach, krynolinach. Co tężsi sapali pewnie głośno, raz po raz wspierając się na drewnianej poręczy schodów. Jedno piętro, drugie, trzecie, wreszcie poczekalnia. Pod okiem stiukowych cherubinów panowie ocierali chusteczkami czoła, panie dotykały fryzur, sprawdzając, czy nadal są upięte równie starannie jak na parterze. Uspokoić oddech, przegonić rumieńce z policzków, uwiecznić się godnie i schludnie.

 

To przecież cesarsko-królewski fotograf! Manó Mai był właścicielem całej kamienicy przy ulicy Nagymező (obecnie siedziby Domu Fotografii), ale swoje studio nieprzypadkowo kazał urządzić jak najwyżej. Peszt piął się w górę; o światło trzeba było zawalczyć. Skośny, przeszklony dach po dziś dzień chciwie łapie promienie słońca.

 

Richárd Garami (fot. Julia Zabrodzka)

 

 

 

 

Malarskie dekoracje pokrywają całe ściany i otwierają salę na nieistniejące światy, do których gospodarz przenosił na kliszy swych klientów. Po prawej, zza balustrady tarasu, roztacza się widok na dolinę z taflą jeziora.

Po lewej malowana kotara odsłania niby to skrawek kolejnego pomieszczenia. Jeśli stanąć we właściwym miejscu, perspektywa prostuje się, zaś ułuda nabiera głębi. Cała 

w czerni, bieli i niezliczonych odcieniach szarości. Pod koniec XIX wieku takie barwy miała rozkwitająca nad Dunajem nowoczesność. Inne kolory nie przetrwałyby fotograficznej próby czasu.

 

Buduj Peszt

Miasto niczym ze starej pocztówki – trochę wyblakłe, monochromatyczne, postrzępione na brzegach. Łatwo dać się Budapesztowi zwieść i uwierzyć, że jesień trwa tu cały rok. Zwłaszcza w październiku, gdy dostojne mury oprószone są sepią kasztanowców
i spowite popielatą mgłą. Naprawdę można wtedy pomyśleć, że siedzibę parlamentu, bazylikę św. Stefana oraz inne monumentalne gmachy stolicy budowano jako świątynie melancholii.

 

Pasaż handlowy Párizsi Udvar – zapomniane arcydzieło miejscowej secesji. Niestety od lat niszczeje, ale witrażowe kopuły oraz dachy nakrywające alejki są równie piękne jak przed wiekiem (fot. Julia Zabrodzka)

 

To jednak złudzenie; 120 lat temu pęczniały przecież autentyczną dumą i nadzieją. Rok 1896 był bodaj najhuczniejszym w dziejach miasta. Budapeszt świętował tysiąclecie państwa węgierskiego. Wystawa milenijna, parady, woń pieczonych wołów. Z Wiednia przyjeżdża Franciszek Józef z cesarzową Elżbietą i dworem. Na moście Łańcuchowym stukają podkowy, stalowe liny odbijają się w kryształowych oknach karocy. Heroldowie dmą w srebrne trąbki, przed monarszym obliczem suną kolejne regimenty, grzmią armaty, migają lampasy i epolety.

 

Ale w defiladowym blichtrze błyska zapowiedź zmian. Budapeszteńska socjeta bacznie przygląda się zgrabnemu skrzynkowemu aparatowi w dłoniach synowej cesarza, arcyksiężnej Stefanii. To jeden z pierwszych kodaków w stolicy Węgier. Takich debiutów było w tamtych miesiącach wiele. Całkiem niedawno ulicami przejechał pierwszy automobil, a na peszteńskie bulwary mieli wkrótce wybiec niespotykani dotychczas gazeciarze z premierowym numerem brukowca „Esti Ujság”.

 

Budowa siedziby węgierskiego parlamentu trwała prawie dwie dekady. Pierwsze posiedzenie odbyło się w 1896 roku, osiem lat przed jej ukończeniem (fot. Julia Zabrodzka)
 

Nowe wisiało w powietrzu i skraplało się pod postacią najróżniejszych wynalazków
oraz mód. Sam cesarz mógł być zaskoczony. Gyula Krúdy, jeden z najwybitniejszych
węgierskich prozaików przełomu wieków, odnotował: „Dżentelmenów, którzy w czasach koronacji [w 1867 roku] zaczęli starannie przystrzygać swe bokobrody w zakładach balwierskich przy ulicy Kishíd, widywało się coraz rzadziej. Już tylko starzy adwokaci, weterani wojenni i urzędnicy w podeszłym wieku nosili się w stylu Franciszka Józefa”.


I dodawał: „Jakby tylko męskie wąsy i brody stanowiły przeszkodę w rozwoju! Fryzjerzy naostrzyli brzytwy i miasto nagle zaczęło rosnąć, modnieć i pięknieć. Z zapleśniałego, mrukliwego miasta starych ludzi (...) powstało triumfalne i rozświetlone miasto młodych”. Budapeszt powiększał się wówczas w niewiarygodnym tempie. Wcześniej nie był nawet jednym miastem. Buda, Óbuda oraz Peszt przez wieki grzęzły na wstrząsanym nieustannymi wojnami pograniczu habsburskiego i osmańskiego imperium – w zaraniu XIX stulecia żyło tu zaledwie nieco ponad 50 tysięcy osób – ale zjednoczonej w 1873 roku stolicy dziedzictwo pokoleń nie krępowało.

 

Architekt Ödön Lechner nazwał swój projekt Muzeum Rzemiosła Artystycznego „Węgry, na wschód!”. Twierdził, że korzeni węgierskiej sztuki ludowej należy szukać w Azji, zwłaszcza w Persji oraz Indiach. Ozdobny gmach wzbudził sporo kontrowersji. Neomauretański styl Wielkiej Synagogi (na zdjęciu po lewej) to inny przykład orientalnych zapożyczeń w architekturze Budapesztu (fot. Julia Zabrodzka)

 

Liczba mieszkańców wzrosła do 700 tysięcy, a Budapeszt wyrósł na szóstą metropolię Europy. Na przekór słowom Gyuli Krúdyego pleśni nie było dużo. Zwłaszcza w Peszcie, który mimo rzymskich i średniowiecznych korzeni na dobrą sprawę nie miał przeszłości. Zabytki skupione w najstarszej dzielnicy Belváros można było zliczyć na palcach jednej ręki – kościół śródmiejski i uniwersytecki z połowy XVIII wieku, resztki murów, cerkiew serbska z wizerunkiem świętego Jerzego, tuż za nią jedna jedyna barokowa kamienica Péterffy’ego. I tyle. Mnóstwo miejsca na przyszłość.


Projektowano ją z rozmachem. Z placu Deáka ku północnemu wschodowi wystrzelił promień. Dzisiejsza aleja Andrássy’ego – świetlista, prosta – była odpowiedzią na paryskie bulwary oraz otwartym salonem, wytyczonym na pokaz i tak, by dać pokazać się mieszkańcom. Witryny, latarnie, szyk. Pod ziemią pędziły wagoniki najstarszej na kontynencie linii metra, której pierwszym, honorowym pasażerem był sam Franciszek Józef. Wzdłuż szerokiego na 40 i długiego na 2500 metrów traktu stanęły jedne
z najbardziej okazałych gmachów stolicy. Miklós Ybl wzniósł słynną operę, nieco dalej pysznią się siedziby dwóch Akademii – Muzyki i Sztuk Pięknych.

 

Mazel Tov – gorący adres w modnej VII dzielnicy i elegancka wersja kert, czyli lokalu urządzonego we wnętrzach oraz na dziedzińcu starej kamienicy. Szef kuchni przyrządza tu dania rodem z Tel Awiwu, często odbywają się koncerty (fot. Julia Zabrodzka)

 

Za ośmiokątnym placem Oktogon zaczyna się dzielnica ambasad. Wreszcie para budynków tworzących neoklasycystyczną bramę – po lewej Muzeum Sztuk Pięknych,
po prawej sala wystawiennicza Mücsarnok. Artystyczne zwieńczenie reprezentacyjnej ulicy miasta. Peszteńczycy polubili nowy bulwar. Miarą sukcesu architektów był fakt,
że aleja Andrássy’ego szybko stała się arterią z prawdziwego zdarzenia – nie komunikacyjną, lecz towarzyską i kulturalną. Do mieszczących się tutaj lokali ściągali po zmroku mieszczanie lub bohema.

 

Ferenc Molnár, autor „Chłopców z Placu Broni”, wyliczał: „Istnieją kawiarnie artystów, polityków, wojskowych, do kawiarni chadzają całe kompanie rzemieślników, kupców, lekarzy, adwokatów, nauczycieli; nawet akademicy mają swoje kawiarniane stoliki”. Pisarz Ernő Szép wtórował: „Dawniej w Peszcie była to wielka i odrębna sekta: ludzie, którzy zażywali nocy do świtu. Nie sposób wyliczyć, ilu pisarzy i artystów obsiadało
od wieczora do rana stoliki w kawiarni Nowy Jork. W tym miejscu schodziły się najprzeróżniejsze typy nocnego światka – komedianci, sportowcy, karciarze, awanturnicy.

 

Siostry Gyöngyvér i Zília Tóth na targowiskach ubrań bywają regularnie. Tym razem rozłożyły stoisko w Szimpli, w karoserii trabanta. Zília marzy o stworzeniu własnej marki odzieży vintage (fot. Julia Zabrodzka)

 

Większość aktorów odwiedzała nocą kawiarnię Palermo w alei Andrássy’ego. Szampan, piwo i wino płynęły strumieniem także w dwóch sąsiednich restauracjach, we François
i Helwecji”. Kawiarnię Japonia upodobali sobie architekci oraz malarze. Przesiadywał
tu prekursor węgierskiego impresjonizmu, Pál Szinyei-Merse, czy Ödön Lechner, twórca najwspanialszych dzieł peszteńskiej secesji, z kontrowersyjnym Muzeum Rzemiosła Artystycznego na czele.

 

„Z przystrzyżoną na francuską modłę siwą brodą i zarumienioną twarzą, zawsze
w nieodłącznej, miękkiej czapeczce, wodził rej w całym towarzystwie. Jeden
z plemiennych wodzów tego barwnego i osobliwie skomponowanego imperium” – wspominał inny ze stałych bywalców. Dyskusje bywały źródłem natchnienia
– w archiwach zachowało się kilka szkiców, które Lechner wykonał przy stoliku artystów.

 

Most Łańcuchowy uroczyście otwarto w 1849 roku jako pierwsze stałe połączenie Budy oraz Pesztu. Przeprawę zaprojektował angielski inżynier William Tierney Clark, zaś budowę nadzorował niespokrewniony z nim Szkot, Adam Clark – twórca wydrążonego kilka lat później tunelu pod Górą Zamkową (fot. Julia Zabrodzka)

 

Ponoć szefowie sali w lokalach odwiedzanych przez pisarzy mieli zawsze na podorędziu ryzę papieru, zwaną psim ozorem, na wypadek pojawienia się niespodziewanej inspiracji. Jeśli arkuszy brakowało, kreślono na marmurze. Jeden z bladoróżowych kamiennych blatów z Japán Kávéház został nawet kupiony przez kolekcjonera dzieł sztuki.

 

Surowce wtórne

„Artyści? Jest u nas jeden, chociaż sam się tak nie określa – Barna Vendely z klubu Szimpla Kert drapie się w głowę. – Ale nie da się z nim rozmawiać po ludzku, no i myśli kolorami, więc to na pewno artysta. To on wpadł na kilka najbardziej odjechanych pomysłów”. O które konkretnie chodzi? O salę z dżunglą kabli i monitorami świecącymi jak elektroniczne orchidee? O drewnianą skrzynkę przerobioną na panel kontrolny
ze wszystkimi przyciskami świata? O stanowisko didżeja w karoserii trabanta?

 

Pod placem Erzsébet, w centrum Pesztu, mieści się klub Akvárium. Urządzono go w wykopie pod fundamenty nigdy nie wybudowanego Teatru Narodowego i nakryto sadzawką ze szklanym dnem (fot. Julia Zabrodzka)

Polecane wideo

 

Wnętrza klubu obrosły tak dzikim gąszczem przedmiotów, że nie sposób wskazać najdziwniejszych. Pewien gość, być może oszołomiony nadmiarem wrażeń, nabazgrał
na ścianie z nadzieją: „Gdy wszystko się już dokona, uświadomicie sobie, że nigdy
nie było w tym przypadku”. Szimpla, być może najpopularniejszy lokal współczesnego Budapesztu, znajduje się w sercu Erzsébetváros. To właśnie w VII dzielnicy, ciągnącej się wzdłuż alei Andrássy’ego, na zapleczu cesarsko-królewskiego salonu sprzed wieku, koncentruje się dziś kulturalno-imprezowy ferment stolicy.

 

Tu chodzi się na koncerty, na zakupy w autorskich butikach, na targowiska zdrowej żywności albo po prostu na piwo czy szprycera. Także i w tym nie ma przypadku. Przed stu laty w modzie był rozmach. Kawiarnie i galerie, tak jak całe miasto, budowano
i urządzano z przepychem. Obecny Peszt z tym dawnym się nie ściga, nie licytuje. Chyba i tak by przegrał – imperium się rozpadło, a nowoczesność straciła impet. Niektórzy ciągle się z tym nie pogodzili i rozpamiętują minioną chwałę, inni mają dosyć melancholii. Jednak zamiast odwracać się do przeszłości plecami, postanowili przetworzyć ją na własną modłę – skromnie, po kosztach.

 

W przeciwieństwie do większości lokali w VII dzielnicy, Printa – galeria, butik, kawiarnia i pracownia sitodruku – ma minimalistyczny wystrój (fot. Julia Zabrodzka)

 

Nic dziwnego, że za siedzibę obrali pustostany i sutereny dawnej dzielnicy żydowskiej. „Przed wojną działało tu mnóstwo sklepików, warsztatów, zakładzików, knajpek.
Cały ten gwar i atmosfera już tu były, my tylko odrodziliśmy tradycję” – Barnie aż błyszczą oczy na wspomnienie tamtego świata. Zostały po nim trzy synagogi – w tym reformowana przy ulicy Dohány (największa w Europie) – mykwa, kilka koszernych restauracji. Żydów wciąż jest w Budapeszcie sporo, ale lata 40. były dla tej społeczności katastrofą. „W naszej kamienicy mieszkały cztery rodziny.

 

Po wojnie została pusta – opowiada Barna. – Wtedy komuniści postanowili wprowadzić ciężki przemysł do centrum. Szaleństwo! Od rana do nocy huczały maszyny,
na dziedzińcu zachował się fragment torów. Po transformacji wszystko padło, budynek opustoszał. Pozwolono mu niszczeć, chociaż to zabytek. W 2004 roku zauważyli
go obecni właściciele klubu. Prowadzili w okolicy kawiarnię, szukali miejsca na większy lokal. Przepisy akurat były luźniejsze, władze wydały zgodę. I tak się zaczęło”.

 

Dzielnice Pesztu rozchodzą się promieniście od centrum wyznaczonego przez śródmiejskie Belváros. Ich granice zakreślają półokręgi Małych oraz Wielkich Bulwarów (fot. Julia Zabrodzka)


Barna uchyla drzwi na poddasze. To jedna wielka rupieciarnia. Stosy krzeseł, maszyn
do szycia, parasoli, talerzy, lamp i wanien. „Od początku chcieliśmy wykorzystać
do urządzenia klubu stare meble, sprzęty, maszyny. Nadal je zbieramy – wyjaśnia. – Właśnie zmieniamy nagłośnienie, będzie schowane w staroświeckich radioodbiornikach. Taki mamy styl”. Szimpla należała do awangardy lokali, które odmieniły oblicze Erzsébetváros; podobnie jak Printa – kawiarnia, pracownia drukarska i sklep w jednym. „Po przeprowadzce do Budapesztu z rodzinnej Serbii zamieszkałam przy ulicy Dohány – wspomina Zita Majoros, właścicielka Printy. – Nie działały jeszcze żadne bary, butiki nic z tych rzeczy.

 

Znajomi dziwili się, kręcili nosem – czego szukam w VII dzielnicy? A ja od razu ją pokochałam. Za klimat, za tę piękną architekturę”. Nie tylko ją uwiodła
dekadencka atmosfera. W dzielnicy niepodzielnie króluje vintage. Peszteńczyków ogarnął szał na powyciągane ze skrzypiących szaf ubrania, torby, płyty winylowe. Printa idzie o krok dalej. Tu wszystko jest z surowców wtórnych – sukienki szyte z koszul, notesy z makulatury, skórzane teczki ze ścinków z wytwórni toreb.

 

Święty Stefan, Maciej Korwin czy Lajos Kossuth – to tylko niektórzy mężowie stanu uwiecznieni pod kolumnadą pomnika Bohaterów na placu wieńczącym aleję Andrássy’ego. U ich stóp w ciepłe wieczory toczy się zwyczajne życie (fot. Julia Zabrodzka)

 

Ozdobione grafikami Zity i innych artystów z Węgier, Portugalii czy Nowej Zelandii, nanoszonymi ręcznie techniką sitodruku. „Na tym polega recykling. Nie wystarczy uprać i wywiesić – tłumaczy pochylona nad prasą Zsofi, która pracuje tu od dwóch lat. – Trzeba nadać formę. Dopiero wtedy powstaje coś nowego”.

 

Recykling wyobraźni

W opiniach Richárd Garami jest powściągliwy. Żadnych zachwytów, żadnych pochwał. Ale siódma dzielnica mało ma wierniejszych fanów. Ulubione lokale? Kawiarnia i teatr Spinoza, bywa tam pisarz Péter Esterházy. Albo Czarny Pies, miejscówka aktorów. Oba przy ulicy Dob. Mieszkanie? Niedaleko Szimpli. Do pracy też blisko – ze dwie minuty piechotą na ulicę Sip. W należącym do Richárda atelier Manufaktor i maleńkim sklepie na parterze panuje typowy dla Erzsébetváros tłok. Nie ludzi jednak, ale marionetek.

 

Dziesiątki postaci – wśród nich atleta, baron, żołnierz, baletnica. Mężczyzna zdejmuje którąś ze ściany. „Prosty mechanizm, jeszcze z czasów baroku, dobry dla początkujących. O, tak się porusza rękami, a tak nogami. Zresztą najważniejsze jest
to, co dzieje się między duchem lalki a rękami i sercem animatora. Bez tego nie da się jej ożywić”. Richárd traktuje duchy poważnie. Zajmuje się nimi zawodowo od 16 lat razem z żoną Enikő. „Zaczęło się od marionetek – wspomina. – Potem doszedł teatr cieni, szkicowaliśmy i wycinaliśmy papierowe postacie.

 

Fantazyjna kolumnada stylizowana na gaj palmowy w podziemiach przy stacji metra Astoria – być może kolejne wcielenie naddunajskiej fascynacji Orientem (fot. Julia Zabrodzka)


W końcu iluzja wciągnęła mnie na dobre. Studiuję w Akademii Sztuk Pięknych, zajmuję się archeologią mediów, w bibliotekach i internecie wyszukuję najróżniejsze instrumenty optyczne z przeszłości. A potem sam je robię”. Richárd sięga po krążek
z dwoma sznurkami. Skręca je, tekturka wiruje. Malowane drzewo to zakwita, to znów zrzuca liście. „To taumatrop. Wymyślono go w pierwszej połowie XIX wieku. Takie zabawki były wtedy popularne, co i rusz konstruowano bardziej wyrafinowane.

 

Na przykład fenakistiskop” – dodaje konstruktor, wskazując na dysk z promieniście ułożonymi rysunkami i ponacinanymi pomiędzy nimi szczelinami. Jeśli zakręcić urządzeniem przed lustrem, obraz zaczyna się poruszać. W zoetropie
ilustracje umieszczone są wewnątrz bębna, a w praksinoskopie odbijają się
w wirujących pośrodku zwierciadłach. „To już prawie kino” – ekscytuje się Richárd.
Za pomocą urządzeń tego typu oraz prostych projektorów tworzono pod koniec XIX wieku seanse dla publiczności. Ruch jest płynny, szklane tafle wirują, błyska nowoczesność.

 

Vásárcsarnok, Wielka Hala Targowa przy handlowej ulicy Váci, wyróżnia się dachem z żółtych i zielonych płytek. Na przełomie XIX i XX wieku ceramiczne ozdoby oraz kafle z fabryki Zsolnaya w Peczu stały się jednym z symboli węgierskiej architektury (fot. Julia Zabrodzka)

 

Ale czy to potrzebne – cała ta gonitwa, rozbuchanie, komplikacje? Obok stoi zwykły
tekturowy teatrzyk, z papierowymi kukiełkami na listewkach i malowanym nieruchomym tłem. Wygląda znajomo. „Odtworzyliśmy budynek opery z alei Andrássy’ego, jak najwierniej, z detalami fasady, malowidłami we wnętrzach. W końcu
jesteśmy w Budapeszcie” – podkreśla Richárd. A potem sięga po inny teatrzyk
ze scenografią z bajki braci Grimm. „Widzisz tego psa? To nasz Benedictus, mieszanka shar peia z pitbulem. O sobie też pomyśleliśmy. Małgosia ma twarz Enikő, a Jaś moją” – uśmiecha się szelmowsko. Przecież to wszystko ułuda. Wystarczy rozepchnąć się łokciami i zająć miejsce pośród widm przeszłości.

 

Autor korzystał z publikacji Johna Lukacsa oraz poświęconego Budapesztowi wydania „Zeszytów Literackich” (nr 2/2008) pod redakcją Teresy Worowskiej.

Galeria - 14 zdjęć

Najnowsze

Polecamy

  • Czeka Cię długi lot? Sprawdź, jak wykorzystać ten czas

    Czeka Cię długi lot? Sprawdź, jak wykorzystać ten czas

    Dla niektórych podróż samolotem to rozrywka i ekscytujące wydarzenie. Dla innych stres, nuda i zmęczenie. Bez względu na to do której grupy należysz, warto spędzić godziny w samolocie w możliwie najlepszy sposób. Najlepszą ku temu okazję zapewniają podróże prywatnymi odrzutowcami, które coraz prężniej działają na polskim rynku. Sprawdź, jak efektywnie spędzić czas na pokładzie samolotu.

  • Jak tanio podróżować? [6 rad eksperta]

    Jak tanio podróżować? [6 rad eksperta]

    Tanie podróżowanie naprawdę istnieje. Zobacz, na czym polega jego istota.