Próba sił mistrza Purana Sutradhar, czyli główny animator, steruje ruchem wszystkich najważniejszych marionetek podczas przedstawienia. Kathputli to najbardziej znana forma teatru lalkowego w Indiach (fot. Marta Rybicka)
Nowe Delhi

Próba sił mistrza Purana

28grudnia2015

Salman Rushdie w powieści „Dzieci Północy” opisuje wioskę magików, akrobatów, muzyków i tancerzy. Kolonia nie jest fikcją literacką, znajduje się w centrum Delhi, a założyli ją 50 lat temu lalkarze z Radżastanu. W osadzie Kathputli codziennie trwają próby i przedstawienia, chociaż jej losy stanęły ostatnio pod znakiem zapytania.

Puran Bhat, ubrany w długą czarną szatę, wychodzi na scenę. Widownia milknie. Postawny, sześćdziesięcioletni mężczyzna chowa się jednak w cieniu, ostre światła reflektorów skupiają się na księżniczce Maru. Na uderzenie bębna lalka ożywa. Jest smutna, bo książę Dhola o niej zapomniał. Śle do niego listy, lecz odpowiedź nie nadchodzi. A przecież zaręczyli się jeszcze jako dzieci. Teraz przyszła pora ponownego spotkania.

 

Marionetki powstają najczęściej z drzewa mangowego. Pierwszy etap pracy polega na wyrzeźbieniu
i pomalowaniu twarzy. Większość lalek nie ma drewnianych rąk ani nóg, bo te wykonuje się z materiału
(fot. Marta Rybicka)

 

Czym księżniczka zasłużyła sobie na taki los? „Maharadża, ojciec Dholi, zmarł
i zapomniano o przyrzeczonym ślubie” – wyjaśnia w kolejnej zwrotce ballady Guddi Bhat, pieśniarka ukryta razem z muzykami na obrzeżach sceny. Legenda radżastańskiego wokalu przez całe przedstawienie jest narratorką i głosem każdej postaci. Na szczęście książę Dhola dowiaduje się o zaginionej Maru od ludowych pieśniarzy. Natychmiast wskakuje na rączego wielbłąda i pędzi w stronę Pugalu, wioski w zachodnim Radżastanie. Zwierzę wywija szyją w takt muzyki, a w amfiteatrze w centrum kulturalnym India Habitat rozlega się śmiech dzieci.

 

Centrum mieści się w Nowym Delhi przy ulicy Lodhi. To prestiżowy adres. Projekt amerykańskiego architekta modernisty Josepha Allena Steina jest wizytówką nowoczesnych Indii. Smukłe wieże, przestronne dziedzińce i mnóstwo zieleni
dają odwiedzającym chwilę oddechu. Pozwalają zapomnieć o zgiełku zatłoczonego miasta i skoncentrować się na sztuce.

 

Akt pierwszy

Wcześnie rano tego samego dnia w słynnej na całe Indie kolonii Kathputli pieśniarka Guddi i muzycy zasiedli na placyku tuż obok prowizorycznej sceny. Puran z trzema lalkarzami powtarzał trudniejsze fragmenty spektaklu, nie zważając na odgłos przejeżdżających nad ich głowami pociągów. Nadziemna linia delhijskiego metra biegnie po masywnym wiadukcie tuż obok niskich domków kolonii. 50 metrów dalej znajduje się stacja Kirti Nagar.

 

Nazwa kolonii Kathputli nieprzypadkowo kojarzy się z tradycyjnym teatrem, bo od samego początku osiedlali się w tym miejscu artyści z różnych stron kraju. Dzieci chłoną twórczą atmosferę, a niektóre z nich – jeśli okoliczności pozwolą – pójdą w ślady rodziców (fot. Marta Rybicka)

 

Do centrum najszybciej rozwijającego się miasta w południowej Azji jest stąd całkiem blisko: by dotrzeć na Connaught Place, wybudowany w czasach kolonialnych ruchliwy plac, potrzeba jedynie kwadransa. Metro oddawane stopniowo do użytku od 2002 roku jest dumą delhijczyków. Nikt w nim nie śmieci, ludzie ustawiają się w równych kolejkach na peronach. Sześć linii łączy stare Delhi z reprezentacyjną dzielnicą zaprojektowaną w dwudziestoleciu międzywojennym przez brytyjskiego architekta Edwina Lutyensa (to w niej leży centrum India Habitat); z miastami satelickimi pełnymi biurowców i galerii handlowych oraz z osadą Kathputli. Kolonia jest kulturalnym sercem kraju.

 

Od lat 60. przybywali tam i osiedlali się uliczni artyści z całych Indii, w tym lalkarze.
„Teatr kathputli może się poszczycić tysiącletnią tradycją – opowiada Puran Bhat. – Jego miejscem zawsze była ulica, a nie scena. Przedstawienia odbywały się jednak nie tylko w wioskach, ale i na dworach radżastańskich maharadżów”. Kath oznacza drewno, a putli – lalkę. Podczas występów lalkarz kryje się zazwyczaj za tkaniną, trzymaną przez asystentów. Musi zejść z oczu publiczności, bo od animatora ważniejsza jest marionetka i jej historia. Spektakle czerpią ze znanych ludowych legend, które Puran
na nowo interpretuje.

 

Księżniczka Maru przygotowuje się do przedstawienia. Pochodzący z nizin społecznych lalkarze byli związani z wyższymi kastami dzięki systemowi dżadżmani. Pozwalał on władcom roztaczać nad artystami opiekę w zamian za wysławianie ich przodków w pieśniach lub spektaklach. W ten sposób lalkarze stali się kronikarzami arystokratycznych rodów (fot. Marta Rybicka)

 

Oprócz dziejów Dholi i Maru ma w repertuarze opowieść o wojowniku Amarze Singhu służącym na dworze mogolskiego władcy Szahdżahana, budowniczego mauzoleum Tadż Mahal w Agrze. Nieobca jest mu tematyka współczesna – jedno z przedstawień dotyczy na przykład zanieczyszczenia środowiska, w innych poruszał kwestie planowania rodziny czy zagrożenia AIDS. Opowiada także o losach samych lalkarzy. Przez wieki włóczyli się oni po pustyniach Radżastanu niczym nomadzi, aż znaleźli schronienie
w Delhi. Kathputli to trochę lepszy slums.

 

Placyk, gdzie odbywała się próba, z trzech stron otaczają karłowate, jednopiętrowe domki pukka z betonu. Są i tak lepsze niż budynki z blachy, w upalne dni zamieniające się w piece. Wzdłuż ulicy biegnie długi rynsztok. Latem się zapycha, a podczas monsunu wypluwa nieczystości. Na obrzeżach piętrzą się stosy odpadków, w których buszują krowy i prosięta. Co da się spalić, płonie od rana do wieczora na stosikach przed domkami.

 

Po wyrzeźbieniu i pomalowaniu marionetki przez rzemieślników (zazwyczaj mężczyzn), kobiety szyją wyszukane stroje i przygotowują odpowiednią dla rangi postaci biżuterię. Sznurki służące do animacji przyczepia się do rąk, stóp, głów czy ramion lalek (fot. Marta Rybicka)

 

„Ale czy w slumsie można spotkać tylu muzyków, aktorów, piosenkarzy i rzemieślników? – Puran pyta trochę zaczepnie. – Kathputli to raczej osada artystów”. Wczesnym rankiem lub wieczorami można w niej spotkać grupy przygotowujące program na następny dzień. Mieszka tu prawie trzy tysiące rodzin. Wielu utrzymuje się z pracy w show-biznesie. Akrobaci, żonglerzy i połykacze ognia zatrudniani są podczas świąt religijnych. Muzycy oraz tancerki występują na weselach, sztukmistrze – w prywatnych domach. Coraz rzadziej jednak widać ich na ulicach.

 

Władca marionetek

Kiedyś byli elitą. Dziś prawdziwych magików zostało niewielu, choć swoją sztuką rozsławiali całe Indie. Klasykiem była sztuczka ze sznurem wiszącym w powietrzu
bez punktu zaczepienia oraz trik z zielonym mango. Mistrz kładł przed sobą kosz
i wykopywał mały dołek, w którym umieszczał pestki owocu. Zasypywał je ziemią, podlewał, a następnie przykrywał koszem. Oczywiście wszystkie rekwizyty były skrupulatnie sprawdzane przez publiczność. Po kilku pełnych napięcia minutach oczom widzów ukazywało się drzewko. Na tym jednak nie koniec, bo magik znów przykrywał roślinę.

 

Czy to ostatnie pokolenie akrobatów z Kathputli? O artystycznej kolonii, która walczy o przetrwanie, zrobiło się głośno poza granicami Indii po zeszłorocznej premierze dokumentalnego filmu „Jutro nas nie będzie” Jimmy’ego Goldbluma i Adama M. Webera (fot. Marta Rybicka)

 

Wkrótce okazywało się, że na gałązkach wyrosły owoce mango. Sztukmistrz zrywał
je i rozdawał zgromadzonym. Jednak w kolonii dotąd ludzie opowiadają o wyczynie mistrza Radżanatha. Parę lat temu ślepy na jedno oko dziewięćdziesięciolatek, pojawił się przed publicznością ubrany w opasujące talię dhoti. Na uboczu kilku dorosłych widzów skontrolowało, czy nie ukrywa czegoś pod skrawkiem materiału. Wtedy starzec poprosił publiczność o przyniesienie cegieł, które również sprawdzono. Zaraz spomiędzy rozbitych cegieł wypełzła ogromna żywa kobra.


„Lalkarzy również jest już coraz mniej – kręci głową Puran. – Młodzi wolą bardziej dochodowe i mniej wymagające zawody”. Sam w latach 80. na chwilę rzucił teatr dla pracy w fabryce. Tam zarabiał trzy i pół tysiąca rupii miesięcznie, a jako animator – ledwie 600. Szybko wrócił jednak do swego fachu, bo przecież wyrósł wśród artystów. Nazeer, jego ojciec, wyrabiał lalki i sam występował. Puran zaczynał od pracy w jego warsztacie. „Kto sam tworzy marionetki, ma z nimi specjalną więź”
– powtarza teraz. Zresztą artyści wierzą, że podczas spektaklu lalka nie jest tylko kawałkiem drewna, ale nosi w sobie pierwiastek boskości.

 

Osada nie jest zwykłym slumsem, choć warunki życia pozostawiają wiele do życzenia. Mimo nacisków władz i budowy baraków dla przesiedleńców, mieszkańcom udawało się dotychczas obronić przed eksmisją, a Kathputli wciąż kipi nieskrępowaną energią (fot. Marta Rybicka)

Polecane wideo

 

Dzisiejszy laureat najważniejszej indyjskiej nagrody w dziedzinie tańca, muzyki i teatru nauczył się śpiewać od matki Mauri Devi, która była narratorką w przedstawieniach męża. Jako chłopak dorabiał w zespole weselnym i tam poznał technikę gry
na podłużnym bębnie dholak. Wkrótce rozpoczął studia w jednej z prestiżowych szkół, gdzie wprawiał się w operowaniu innymi rodzajami marionetek, nie tylko tradycyjnymi
z Radżastanu.

 

„Teraz czasami łączę style, zwłaszcza jeśli występuję za granicą” – mówi.
W przedstawieniach pojawiają się kukiełki i maski, a trupa Aakaar regularnie gości
na festiwalach w Stanach Zjednoczonych i Europie. „Najważniejsze, że zawsze wracamy do Kathputli, tutaj jest nasz dom” – podkreśla mistrz.

 

Kurtyna w dół

Poprzedniej zimy los Kathputli zawisł na włosku. Przed kolonią pojawiły się buldożery. Na ciężki sprzęt, mający zrównać budynki z ziemią, czekali mieszkańcy przebrani
w teatralne maski. „Nie można lekką ręką pozbyć się ważnej części kultury – Puran nie może ukryć gniewu. – A przecież przed 50 laty założyciele osady przybyli tutaj nie tylko z Radżstanu, lecz także z północnego Biharu i Uttar Pradeś”. Władze sprzedały ziemię deweloperowi.

 

Babulal Bhat jest jednym z ostatnich rzemieślników, którzy strugają lalki dla grup teatralnych. O następców trudno. Młodzi wolą uczyć się stolarki i robić meble. Obawy mieszkańców kolonii związane z ewentualną przeprowadzką dotyczą też przerwania międzypokoleniowych i sąsiedzkich więzi – jeśli zabraknie przykładu doświadczonych mistrzów, kto podtrzyma artystyczne tradycje? (fot. Marta Rybicka)

 

Za niespełna milion dolarów – choć wartość leżącej w centrum działki wynosi kilkanaście milionów. Inwestor planował budowę apartamentowców i galerii handlowych. Zgodnie z przepisami rewitalizacja dzielnicy oznacza wysiedlenia. Mieszkańcom zaproponowano nowe działki lub lokale zastępcze na peryferiach. Nikt się nie zgodził się jednak na przeprowadzkę, bo uliczni sztukmistrze muszą być blisko swojej publiczności.

 

Wielu pracowało w centrum, a długie dojazdy oznaczałyby dla nich ryzyko utraty zarobku. Puran Bhat proponował władzom, by w kolonię Kathputli zainwestować, tak jak w centra kulturalne. „Skoro studenci z zagranicy przyjeżdżają do mnie, by uczyć się lalkarstwa – mówi – mogliby również poznawać sztukę innych artystów z kolonii.
Na przykład takich jak Kailash Bhat”. Chodzi o założyciela grupy tanecznej, która działa w ramach organizacji pozarządowej Dom Marionetek.

 

Dziesięciu chłopców, w wieku od 9 do 15 lat, tańczy, gra na sztućcach, rurach, plastikowych, metalowych pudełkach. Przyciągnęli już uwagę mediów. „W kolonii nigdy nie brakowało talentów, trzeba im tylko trochę pomóc” – uważa Puran. Jego zdaniem wystarczy trochę posprzątać, zbudować kanalizację i doprowadzić wodę.
A najważniejsze – znieść zakaz ulicznych występów. Władze pozostają nieugięte i mimo oporu mieszkańców co kilka miesięcy próbują ich wysiedlić.


Wieczorne przedstawienie w centrum India Habitat wchodzi w kulminacyjną fazę. Ogromny wąż zbliża się w stronę księżniczki. Publiczność zamiera. Co się stanie
z biedną Maru? Książę odnalazł w końcu wybrankę. Nie obyło się bez przygód. Malwani, pierwsza żona, którą Dhola poślubił, nie wiedząc jeszcze o istnieniu wcześniejszej narzeczonej, co chwilę rzucała mu kłody pod nogi.

 

Pewnej nocy podczas drogi powrotnej przez pustynię znużona Maru zasnęła
w namiocie. Wtedy pojawił się podrzucony przez Malwani jadowity wąż i ukąsił śpiącą.
„W mojej wersji tej historii, a jest ich wiele w naszej tradycji, Malwani okazuje się złą wiedźmą – tłumaczy Puran. – Książę nie może przeboleć straty i chce się zabić, lecz na scenę wchodzi dobry fakir. Grą na magicznym flecie budzi dziewczynę. Zaraz potem Dhola odlatuje z Maru na zaczarowanym dywanie”.


Artyści wracają do Kathputli. Nawet na peronie metra słychać dobiegającą z kolonii muzykę. Dobrym fakirem, który może uratować osadę, są dla Purana widzowie oraz turyści. Jeśli coraz częściej będą odwiedzać kolonię w poszukiwaniu ulicznej sztuki, władze zobaczą sens utrzymania osady. A o magię postarają się sami mieszkańcy.

 

MARTA RYBICKA jest fotografką dokumentalistką. Obserwowała konsekwencje trzęsienia ziemi na Haiti oraz skutki powodzi w Polsce. Zgłębiała tematy dotyczące życia i warunków pracy w Indiach czy Sudanie. Za istotną uważa fotografię wojenną, dlatego ukończyła kurs dla korespondentów wojennych i planuje w przyszłości wyjazdy w strefy konfliktów.

 

Galeria - 8 zdjęć

Najnowsze

  • 5 zalet wypoczynku nad polskim morzem

    5 zalet wypoczynku nad polskim morzem

    Zazwyczaj myśląc o wakacjach do głowy przychodzą egzotyczne wyspy lub kamieniste plaże. A gdyby tak tym razem wybrać się nad polskie morze?

  • NoBo Hotel*** oraz restauracja Kolory Wina w Łodzi

    NoBo Hotel*** oraz restauracja Kolory Wina w Łodzi

    NoBo Hotel*** w Łodzi to nowoczesny, designerski hotel, który powstał z pasji do tworzenia rzeczy nieprzeciętnych. Dzięki niepowtarzalnej estetyce oraz pięknym, nietuzinkowym wnętrzom kreuje wyjątkową, indywidualną atmosferę.

  • Cztery wesela i… rozwód

    Cztery wesela i… rozwód

    W nowej odsłonie filmowej kampanii reklamowej Panorama Firm kolejny raz podkreśla znaczenie wyszukiwania lokalnego. Tym razem w kinie i w Internecie będzie można zobaczyć film pt. „Cztery wesela i… rozwód”. Życie pisze różne, czasem zaskakujące scenariusze, ale w razie potrzeby wszystkie firmy można znaleźć w wyszukiwarce lokalnej.

Polecamy