10 dni w siodle Podczas obchodów Narodowego Święta Konia Luzytańskiego w Goledze wszystkich jeźdźców – przynajmniej w teorii – obowiązuje tradycyjny portugalski strój do jazdy konnej (fot.: Joanna i Piotr Tyczyńscy)
Portugalia

10 dni w siodle

08marca2017

„Koń jaki jest, każdy widzi” – pisał w pierwszej polskiej encyklopedii Benedykt Chmielowski. W XVIII wieku dokładne wyjaśnienia zdawały się zbędne. Dziś byłoby trudno o podobny wniosek – chyba że w portugalskim miasteczku Golegã, które poza końmi świata nie dostrzega. Zwłaszcza podczas listopadowego święta rasy luzytańskiej.

– Goł-gę.
– Jak?
– Goł-gę. Nie „go-lega”. Ani tym bardziej „goleża”. Niejedną wersję słyszałem. Ale
my, proszę państwa, nie jesteśmy w Brazylii ani we Francji, tylko w Portugalii. Powiem nawet, że w jej samym sercu. O, tam niedaleko, płynie sobie Tag. Więc mówimy „goł-gę”. Zapamiętajcie, w końcu to stolica.
– Stolica czego?
– Jak to czego? Stolica jeździectwa. Światowa!

 

Na ulicach lub na torze wokół rynku konie pojawiają się już o brzasku, a stukot podków nie cichnie aż do późnej nocy. Z miasta znikają wszystkie samochody, w garażach urządza się stajnie. Maleńka Golegã na 10 dni staje się najbardziej niezwykłym miejscem w Portugalii (fot.: Joanna i Piotr Tyczyńscy)


Czarnowłosy wąsacz poprawia kapelusz i z przemądrzałą miną lustruje twarze słuchaczy. Nie ma dnia, by ktoś nie zapytał go o prawidłową wymowę nazwy Golegã. Resztę powtarza jedynie z przyzwyczajenia, wszyscy i tak wiedzą, że mieszkańcy prowincji Ribatejo mają na punkcie koni bzika. Wokół zebrała się niecodzienna grupa. Anglik, Niemki, troje Angolczyków. Wąsacz chwyta za klapy marynarki, wypina pierś. Jest jednym z wielu obecnych w Goledze hodowców czystej krwi luzytanów.

 

Przyjechał z położonej po drugiej stronie rzeki stadniny Quinta da Lagoalva,
by zaprezentować światu siwego Genio. „Piękny wierzchowiec, dobrze ułożony” – zachwala. Publiczność potakuje, ale konkurencja jest mocna, a wybór szeroki. Nie zważając na ryzyko listopadowej słoty, jeźdźcy i amazonki, sprzedawcy akcesoriów, siodeł, tradycyjnych strojów czy zwykli turyści – ci, dla których cavalos lusitanos są czymś więcej niż tylko dużymi stworzeniami o czterech nogach – stawili się
w prowincjonalnym portugalskim miasteczku, by wziąć udział w Narodowym Święcie Konia Luzytańskiego.

 

(fot.: Joanna i Piotr Tyczyńscy)


Golegã już dawno pogodziła się ze swoim losem i obszerny rynek na stałe zamieniła
w padok. Otacza go obręcz ziemnego toru jeździeckiego oraz wianuszek prowizorycznych stajni – w każdej z nich zwierzęta; rżą, tupią, prychają, potrząsają grzywami, podniecone garną się do biegu albo cierpliwie żują siano, nie zwracając uwagi na gwarny korowód ciekawskich. Każdy przechodzień chciałby je poklepać, obsypać komplementami – zdążyły przywyknąć.

 

Przy zagrodach ścisk taki, że szpilki się nie wetknie. Kruczowłosa dama, w uszach filigranowe kolczyki, w dłoni palcat; uderza nim o skórzane buty, pach, pach, na twarzy napięcie, jeszcze chwila i wskoczy na siodło. Ojciec z córką na ramionach: „Którego konika kupimy, tatusiu?”. „Tego na biegunach, kochanie”. Starsi panowie przygryzają cygara, pobrużdżone oblicza, widać lata doświadczeń – byle szkapa im nie zaimponuje. Miejscowi uczniowie; kursy jazdy mają w programie szkolnym, teraz robią selfies
z młodym gniadoszem. Nobliwe matrony prowadzą własny ranking hodowców:
„Bracia Antunes, hm, nieźle; markiz Graciosa, jeszcze lepiej”.

 

Żyzne Ribatejo nie bez powodu nazywane jest krainą koni. Jej mieszkańców, hodowców luzytanów czy rolników, w swoich rzeźbach i mozaikach uwieczniał pochodzący z Golegi artysta Martins Correia, zaś przecięte wstęgą Tagu równiny opisywał urodzony w sąsiedniej wsi Azinhaga noblista José Saramago (fot.: Joanna i Piotr Tyczyńscy)

 

Dym z ulicznego paleniska gryzie w oczy, pieczone kasztany pachną jesienią. Obok spory grill, szaszłyki, skwierczący tłuszcz. Klik-klak, klik-klak, podkowy dźwięczą na asfalcie, jeźdźcy przeciskają się przez tłum. Dalej na tor! I parę okrążeń, stępa, kilkadziesiąt rumaków naraz. W nocy padało, ziemia zmieniła się w błoto. Środkiem traktu turla się bryczka, nagle wyprzedza ją czarny szatan, poniosło go, jeździec ma kłopoty, ale tylko przez chwilę – już go okiełznał. Jakaś dziewczyna, zrazu skrępowana, wierzchowiec wyrywa do przodu, ona ściąga wodze.

 

„Co mam robić, nie słucha mnie!”. Jedno kółko, drugie, piąte, już się rozumieją, panna się rozluźnia, potargała się fryzura, głośny śmiech, tak! Wtem słychać westchnienie kobiet: Paulo Sergio Perdigao ze stadniny Braz Monteiro, największy dżentelmen
na torze – melonik, sprężysta sylwetka, maniery angielskie, choć lekki zarost dodaje
mu południowego wdzięku – po raz kolejny wyjeżdża zaprezentować ogiera Zimbabwe. Równy krok, imponujący rodowód, cena również. „Duma Portugalii” – komentują widzowie z podziwem.

 

(fot.: Joanna i Piotr Tyczyńscy)


„Odkąd pamiętam, żyliśmy blisko koni – opowiada rzeźbiarka Maria Leal da Costa, której rodzina prowadzi stadninę pod Évorą w prowincji Alentejo. – Luzytany są wpisane w krajobraz; należą do tej ziemi, a mnie od lat inspirują”. Faktycznie, w pracach Marii rumaki wyskakują z bloków marmuru, ścigają się z wiatrem. Niebagatelna to sprawa dla kraju na rubieżach kontynentu – mieć tak szlachetną rasę, nazwaną zresztą od starożytnej Luzytanii i zamieszkujących ją ludów. Przez wieki utożsamiano ją z rasą andaluzyjską (oficjalnego rozdzielenia ksiąg hodowlanych dokonano dopiero
w 1966 roku).

 

Twierdzono, że zwierzęta te pochodzą od koni berberyjskich w VIII stuleciu sprowadzonych na Półwysep Iberyjski przez Arabów. Ale na terenie dzisiejszej Portugalii były obecne nawet 20 tysięcy lat przed naszą erą. Wysokie w kłębie na 150 do 160 centymetrów, mocne i zwrotne luzytany służyły przez stulecia wojakom, ujeżdżano je na padokach całej Europy, podczas korridy stawały oko w oko z rozjuszonymi bykami. One także mają swoją arystokrację – konie altér real, hodowane od XVIII wieku dla portugalskich monarchów – i tak jak wszystkie europejskie elity przeżywały czarne lata.

 

(fot.: Joanna i Piotr Tyczyńscy)

 

Polecane wideo

Po wojnach napoleońskich straciły czystość krwi, po rewolucji z 1910 roku oraz ustanowieniu republiki ich linia prawie wygasła. Ocalili je znawcy iberyjskich koni. Pomógł przypadek. Podczas polowania w lasach Ribatejo Ruy d’Andrade  – wybitny zoolog, historyk, archeolog – spotkał dzikie stado, w którym rozpoznał niezmącone cechy królewskiej linii. Od lat 30. ubiegłego wieku pracował wraz z synem nad jej odtworzeniem; dziś ich wysiłki kontynuuje wielka stadnina w Alter do Chão. Dla portugalskich hodowców to najważniejszy adres w kraju.


Choć może nie dla wszystkich. Na rogatkach Golegi zatrzymał się cygański tabor. Przybyli z różnych stron, całymi rodzinami. Większość z nich nie wędruje już wzorem przodków po wiejskich szlakach, lecz z okazji festynu ruszyli w drogę. Ich obóz
nie różni się zbytnio od tych sprzed lat. Ognisko, nieład, umorusane dzieciaki. Przyprowadzili własne, nieco zabiedzone konie. Czasem wypożyczają je woźnicom
z miasta.

 

Pojeździć dla zabawy? Proszę bardzo. Zajechać do baru na kawę lub wino? Nie ma sprawy. Ale w Goledze można również poważnie podyskutować o rodowodach, prowadzeniu hodowli oraz cenach – to ostatnie jednak tylko w dyskretnym zaciszu czterech ścian (fot.: Joanna i Piotr Tyczyńscy)

 

Wychudzone chabety trafiają do zaprzęgów, maszerują po ulicach, odżywają – one też mają święto. „A ja swojego nie sprzedam – mówi jeden z mężczyzn. – Wierny jest, mam go od źrebaka”. Takim właśnie prostym kupcom i włóczęgom Golegã zawdzięcza miano końskiej stolicy. Wiedział o tym miejscowy właściciel ziemski i hodowca wierzchowców Carlos Relvas. Ów rówieśnik fotografii (urodził się w 1838 roku; wtedy, gdy w Paryżu Louis Daguerre opatentował wynalazek dagerotypu) zaczął robić zdjęcia w wolnym czasie, ale dziś uważa się go za jednego z pionierów sztuki obiektywu.

 

Na szczycie wzgórza – tego samego, pod którym dziś obozują Cyganie – zbudował w 1875 roku fantazyjne atelier. Portretował nie tylko miejscowych notabli, lecz również biedaków – chłopów, pasterzy, poganiaczy koni, bo to oni dbali przez wieki
o portugalskie stada. Na poprzecinanych groblami nadtażańskich mokradłach i żyznych polach, wiosną zalewanych rzeczną falą, latem skąpanych w słońcu; w tej cichej krainie drzew o szeleszczącym listowiu i kościołów o wykładanych kaflami azulejos nawach; wśród targowych miasteczek krzyżowały się pradawne szlaki handlowe.

 

Budowa centrum hippicznego za miastem udowodniła, że Golegã chce stać się ośrodkiem jeździectwa
o międzynarodowym znaczeniu. Dające się prowadzić, wytrzymałe, a zarazem niepozbawione charakteru luzytany są cenione przez instruktorów wyższej szkoły jazdy (haute école). Do udziału w zeszłorocznym konkursie powożenia stanęły drużyny z różnych krajów, a nawet kontynentów (fot.: Joanna i Piotr Tyczyńscy)

 

Wielki jarmark koński – połączony z ludowym festynem i obchodami dnia św. Marcina – gościł w Goledze już od XVIII wieku. Z czasem zaczęły mu towarzyszyć zawody hippiczne oraz prezentacje stadnin. Dziś rozmowy hodowców mają bogatą oprawę: konkursy
i pokazy jeździeckie, gry, zabawy, wyścigi. Wieczór. Nad miastem zalega wilgotna mgła, ale po torze na rynku wciąż krążą dziesiątki rumaków. „Jestem w siódmym niebie! – oznajmia z entuzjazmem Marina Suguimoto, która wraz ze swoją przyjaciółką Carol przyjechała aż z Brazylii.


Po to, by napatrzeć się na luzytany i wziąć udział w konkursie powożenia fiakrem. – Ludzie tutaj powariowali, w garażach mają stajnie, wszędzie konie, wszędzie ruch, a im jeszcze mało, wjeżdżają do knajp, zamawiają kolejkę i jadą dalej”. Rzeczywiście, wiele lokali jest otwartych na ulicę, podłoga wysypana trocinami, gra muzyka, przy barze konie. „Ginja raz!” – krzyczy rozochocony jegomość i dostaje kieliszek wiśniowego likieru. Właściwie nie kieliszek, nalewkę podaje się w naczynkach z czekolady. Uderza
do głowy. Choć i bez tego wszystko wiruje, kręci się, tętni.

 

Nikt nie wie tyle o koniach i nie czuje z nimi takiej bliskości jak campinos, „wolni ludzie” z Ribatejo. Każdy z nich jest jeźdźcem, poganiaczem stada oraz stajennym w jednej osobie. Z okazji święta występują oni w tradycyjnych czerwonych kamizelkach i zielonych czapkach (fot.: Joanna i Piotr Tyczyńscy)

 

„Konno, konno, konno – tak przez dzień, tak przez noc, znów przez dzień. Konno, konno, konno” – jakże pasuje do Golegi ustęp z poematu niemieckiego poety Rainera Marii Rilkego. Przez 355 dni w roku miasteczko o koniach myśli, rozmawia i śni. Ale
w listopadzie, przez pozostałe 10 dni, nie zsiada z siodła.

Galeria - 11 zdjęć

Najnowsze

  • Cztery wesela i… rozwód

    Cztery wesela i… rozwód

    W nowej odsłonie filmowej kampanii reklamowej Panorama Firm kolejny raz podkreśla znaczenie wyszukiwania lokalnego. Tym razem w kinie i w Internecie będzie można zobaczyć film pt. „Cztery wesela i… rozwód”. Życie pisze różne, czasem zaskakujące scenariusze, ale w razie potrzeby wszystkie firmy można znaleźć w wyszukiwarce lokalnej.

  • Najlepszy przyjaciel kobiety w podróży to...

    Najlepszy przyjaciel kobiety w podróży to...

    Mężczyźni nam wmawiają, że jeździmy gorzej i nie znamy się na autach. Istnieje wręcz przekonanie, że wszystko co związane z samochodem to męska rzecz. Dlaczego to mój mąż, partner, czy tata ma decydować „kto”, a właściwie „co” będzie zaspokajać moje potrzeby motoryzacyjne? Skoro umiem kupić nowe buty, to dlaczego miałabym nie poradzić sobie podczas zakupu auta? Swoje poszukiwania ideału motoryzacyjnego rozpoczynam od testu najnowszej wersji MINI Clubman.

  • Z Wrocławia do Gliwic. Co zobaczysz pokonując tę trasę… jachtem?

    Z Wrocławia do Gliwic. Co zobaczysz pokonując tę trasę… jachtem?

    Urlop w otoczeniu nadodrzańskiej przyrody? Pełen przygód i wyzwań, bo spędzony za sterami jachtu spacerowego? Dlaczego nie?