Legenda żeglujących gór
Książka

Legenda żeglujących gór

27lipca2016

Kończymy o czwartej nad ranem celtyckimi kotletami z wieprzowiny i butlami czerwonego gutturnio – tego samego wina, które ponoć Hannibal dał swoim żołnierzom, żeby się rozgrzali przed wielką bitwą. Tymczasem Vinicio każe się opuścić do studni z akordeonem i stamtąd intonuje: „Deszczu, wietrze, smutku, radości / szukam cię, ale kim jesteś / czyj jesteś, czyj jesteś” Dziś premiera książki Paolo Rumiza „Legenda żeglujących gór".

 

 

Zagubieni wśród hipermarketowej równiny

Dzień później jestem na obiedzie u mojego przyjaciela Franca Spregi, który mieszka na obrzeżach równiny, w San Protaso, kolonii Fiorenzuoli. Auto podejrzanie charczy, chciałbym, żeby ktoś rzucił na nie okiem, zanim wrócę w góry. Podczas gdy my zajadamy na werandzie, teść Franca, w podkoszulce, zapuszcza się pod maskę i z zapałem bada tłusty od smaru silnik.

Ale także tam, na idyllicznych łąkach dolnej doliny Arda odkrywam krew bitewną i cienie bandytów.

– Widzisz ten szpaler morw? – zagaduje Sprega, nakładając sobie porcję tortelli, tutejszych pierożków. – Nazywają go Camp dei Rus. Ze względu na Kozaków. Gdy pokonali armię napoleońską w 1799 roku, robili tu takie spustoszenia, że ludzie zaczęli ich wyrzynać, gdy tylko tamci się napili. Grzebali ich z całym uzbrojeniem, żeby zatrzeć wszelkie ślady. I wielu z nich znaleźliśmy właśnie tam.

Nie tylko Hannibal i słonie krążą wokół Piacenzy.

Franco wie o tym dobrze. Zna historię tych dolin od

A do Z, od neolitu do ruchu oporu. 

San Protaso to doskonałe miejsce na biwak i zatankowanie przeróżnych historii, zanim wyruszę ponownie w góry. Wygląda na to, że z autem wszystko w porządku, odpoczywa sobie właśnie pod morwą po próbnej przejażdżce w okolicę Castell’Arquato. My zaś aż do zachodu słońca rozmawiamy o wojnach, popijając trebbianino, schłodzone białe wino z bąbelkami. A więc Camp dei Rus. Nikt, mówi Sprega, nie pamiętał już znaczenia tej nazwy. Potem, w latach pięćdziesiątych, przyszły pługi silnikowe. Ziemia została przekopana aż do głębi, na wierzch wypłynęły szable, bagnety, guziki z napisami cyrylicą – i dopiero wtedy wróciły wspomnienia.

– Wszystko się wyjaśniło – opowiada Franco – to była ta sama bitwa, o której opowiadał Stendhal, trzydzieści tysięcy ciał na brzegu rzeki. Hekatomba.

Otwieramy starą książkę pełną historii zgwałconych kobiet, rzezi prosiąt, palców odcinanych razem z pierścionkami, kościołów ograbionych ze złotych świeczników. Proboszczowie byli zdruzgotani „diabelską furią urodzonych moskiewskich złodziei”, którzy „grabili gdzie popadnie”, dilapidanti tartareis moscovia milites, i „ wyli jak barbarzyńcy”. Co za straszna zemsta: owi „satrapowie” chrześcijaństwa, carowie Rosji byli tysiąckroć gorsi od francuskich antyklerykałów.

Tomiszcze z 1903 roku niejakiego Emilia Ottolenghiego opowiada o „niesłychanych napadach, gwałtach, zabójstwach, rozbojach, podpaleniach w wielu miejscach”, obywatele byli roztrzęsieni… „i wiele osób od razu zabijało wszystkich Rosjan, którzy wpadli

im w ręce i chowało na miejscu”. Sprega czyta coraz bardziej rozogniony, wniknął w tę historię. Opowiada o wydarzeniach, do których doszło w San Protaso.

– Pociski ruskich muszkietów, mających dokonać masakry biednych rodzin, które schroniły się w domu niedaleko kościoła, utkwiły w bramie, tak że sam mogłem niektóre wydobyć w lecie 1899 roku, a więc sto lat po bitwie. Ale parafianie San Protaso bronili się z desperacją w duszy i gdyby Suworow kazał poszperać na tym małym poletku, który do dziś zowią Camp dei Rus, kto wie, ile ciał swoich żołnierzy, podtuczonych naszą ziemią, by odkrył.

Otacza nas, w rzekach ziemistego apenińskiego wina, zgiełk arkebuzów, krzyków, komend wojskowych, tętent kopyt. Na otwartej werandzie na północnym zboczu wzgórza resztki kolacji mieszają się z „rozdzierającymi pozostałościami po moskiewskiej furii”.

Polecane wideo

Jesteśmy już gotowi do snu, kiedy około jedenastej pojawiają się znienacka rozbójnicy z padańskiego stepu, ostatni w tej niekończącej się podróży między bitwami, zasadzkami, pułapkami i uciekającymi cesarzami. To ostatni zatwardziali barbarzyńcy z hipermarketowej równiny, partyzanckie cienie błąkające się pomiędzy nocnymi pociągami i kanałami. Prowadzi ich porucznik huzarów Vinicio Capossela, poeta pieśniarz z żydowską brodą, który mnie przechwycił na granicy swego emiliańskiego feudum. Za nim przyjaciele z najazdu: „Benzyna” – alchemik od silników, „Pepe” – wirtuoz koncertyny, mieszkaniec wieży ciśnień „Negro Dum Dum” o groźnym obliczu. I Franco, właściciel lokalu, w którym przejeżdżające pociągi linii Mediolan–Bolonia tak trzęsą sceną, jakby chciały wjechać prosto w widzów.

Porywają mnie, przeklęci zbójnicy. Odrywają mnie od wzgórz i wpychają w bezsensowny labirynt równiny, daleko od mojego kursu, między chlewy i komary, w pachnącą wilgocią trawę pełną świerszczy, doprowadzają aż do wielkiego ogniska na skraju lasu, z krążącymi wokół ostatnimi świetlikami, które uniknęły zagłady. To tajne zgromadzenie w miejscowości Chiavicone, w autonomicznej republice doliny Enza, ostatnie niezależne okopy wśród padańskiego totalitaryzmu. Vinicio opowiada i zadaje pytania, opowiada i pyta, jest spragniony wina i historii. Siedzimy blisko ognia, przysmażeni z jednej strony, a przemarznięci z drugiej, i opowiadamy sobie bałkańskie historie.

– Za każdym razem, kiedy przyjeżdżam do Triestu, w twoje strony, muszą mnie wiązać – wyznaje brodaty herszt. – Czuję zapach Wschodu i gdyby mnie nie związali, uciekłbym tam.

To wyznanie w połączeniu z ogniem i winem wydziera mi z duszy pogrzebane głęboko wspomnienia bośniackie, rysuje wśród tych konstelacji kontury mojego Sarajewa. Wyciągam rękę do przyjaciela i zabieram go na lot nad uliczkami Bistriku, Grbavicy, Alipašino polja, a potem w dół nad brukowanym bazarem Baščaršija, i znów w górę, nad rzeką, w kierunku oślepiających śniegów Bjelašnicy.

W pewnym momencie jakby zaczęła się zima, nad naszym biwakiem pada w ciszy śnieg z popiołu, a między mną a Viniciem jest tylko opowieść, pieśń w języku bośniackim: Żółta pigwa ze Stambułu, przepiękna historia o kochankach, którzy musieli się rozstać: „Rozchorowała się piękna Fatma / jedyna córka swej matki / powiedziała mu: proszę, przynieś mi / żółtą pigwę ze Stambułu”. On pojechał, a kiedy po trzech latach zjawił się z uzdrowicielską pigwą, było już za późno, bo Fatmę nieśli właśnie na cmentarz. Zrozpaczony powiedział: dam wam dwieście monet, jeśli się zatrzymacie, dam wam trzysta monet, jeśli pozwolicie mi ją pocałować. Tak kończy się piosenka, ale historia uruchamia kolejne, słowa pojawiają się same, splatają z pigwą inne wspomnienia o wojnie, miłości i rozstaniach. Vinicio jest wzruszony, oczy mu błyszczą. A kiedy historia się kończy, zdejmuje swój sceniczny kapelusz i wkłada mi go na głowę na znak przyjaźni. Odkrywamy, że mamy twarde głowy i obaj nosimy ten sam rozmiar – pięćdziesiąt dziewięć, piękna liczba.

Kończymy o czwartej nad ranem celtyckimi kotletami z wieprzowiny i butlami czerwonego gutturnio – tego samego wina, które ponoć Hannibal dał swoim żołnierzom, żeby się rozgrzali przed wielką bitwą. Tymczasem Vinicio każe się opuścić do studni z akordeonem i stamtąd intonuje: „Deszczu, wietrze, smutku, radości / szukam cię, ale kim jesteś / czyj jesteś, czyj jesteś”. Z głębin Chiavicone dudni głos, szuka najgłębszych pokładów melancholii. „Możesz być czyjakolwiek / możesz być czyjakolwiek / tylko moja nie będziesz”. Po czym uderza w rozdzierające rebetiko, typowe dla zrozpaczonych alkoholików w ostatnim stadium.

Rebetiko pochodzi od tureckiego „rebet”, oznaczającego żołnierza, który zdezerterował, anarchistycznego, ukrywającego się samotnika. W końcu rachunek się zgadza, na tym pierwszym odcinku trawersu między Morzem Tyrreńskim a Padańskim. Zgadza się, aż do przebudzonej przed świtem Via Emilia, kiedy cienie kartagińskich słoni z wieżami na plecach rozpraszają się przerażone rykami tirów, bizonów o pyskach upstrzonych światłami, a szalona energia Wielkiej Północy zaczyna znów pożerać samą siebie, jak co dzień. Nie ma sensu kłaść się spać. To jedyna możliwa godzina na cichą ucieczkę ku górom. Chcę jak najszybciej wrócić na moją drogę, zanim noc się skończy i sen pryśnie.

 

Paolo Rumiz, Legenda żeglujących gór

Seria: Sulina

Przekład: Joanna Malawska

Wydawnictwo: Czarne

Najnowsze

Polecamy

  • 5 miejsc, do których warto wyjechać na jesienny urlop

    5 miejsc, do których warto wyjechać na jesienny urlop

    Większość Polaków wyjeżdża na urlop latem. Niestety, nie wszyscy mają taką możliwość i są zmuszeni planować odpoczynek jesienią. Urlop o tej porze roku ma jednak zalety jak chociażby niższe ceny. Dokąd jednak warto wybrać się jesienią na odpoczynek?