Muztagh Ata - góra tylko dla Chińczyków
Chiny

Muztagh Ata - góra tylko dla Chińczyków

30marca2017

Agnieszka Jędrzejczyk latem 2012 roku wyruszyła do chińskiego Pamiru, by zdobyć Muztagh Ata – jeden z 43 najwyższych szczytów świata. Jej relację zamieściliśmy we Voyage. Dziś publikujemy dziennik z kolejnego podejścia do zdobycia tej trudnej góry. Czy wyprawa z roku 2016 była dla niej łaskawsza? Czy tym razem jej się powiodło?

W kaszgarskim tyglu

 

Gdyby 4 lata temu ktoś powiedział, że wrócę by ponownie próbować zdobyć Muztagh Atę, Ojca Lodowych Gór o wysokości 7546 m n.p.m., po prostu bym nie uwierzyła. Zazwyczaj, gdy jakaś góra mnie nie wpuszcza, szukam innego celu. Po co tracić czas na coś, czego już się spróbowało, nawet jeśli nie skończyło się to sukcesem? Poznawanie nowego jest znacznie ciekawsze.

 

Kultowa Karakorum Highway

Jednak tym razem było inaczej. Któregoś dnia zaświtała mi myśl: „A może by tak wrócić na Muztagh Atę i dokończyć robotę?”. W 2012 roku ze względu na fatalną pogodę zawróciliśmy z wysokości ok. 6400 m n.p.m.

 

uztagh Ata widziana od strony Karakol Lake

I tak 3 lipca 2016 r. wraz z Mario i Darkiem, moimi partnerami wyprawowymi, ponownie wylądowałam w Kaszgarze, w chińskiej prowincji Sinciang.

 

To miasto, położone na zachodzie kraju, nie wygląda na chińskie. W większości zamieszkałe jest przez Ujgurów, wyznających islam. Chińczycy są tu mało widoczni, choć z roku na rok ich liczba rośnie. Na ulicach wzrok przyciągają ujgurskie kobiety – ubrane w kolorowe i bogato zdobione stroje, obowiązkowo w butach na wysokich obcasach. Nawet małe dziewczynki ubierane są nie jak dzieci, lecz jak małe kobietki, co u  nas jednak jest nie do pomyślenia. Napisy w przestrzeni publicznej występują w obu językach – chińskim i ujgurskim, choć i jedne, i drugie znaczki niewiele mówią przeciętnemu Europejczykowi. 

 

Na lotnisku wita nas Pati, 28-letni przewodnik z agencji Old Road Tours, którego poznaliśmy 4 lata temu, kiedy organizowaliśmy naszą pierwszą tu wyprawę. W Kaszgarze jest ok. 40°C, żar leje się z nieba i nie ma czym oddychać. Sprawny transfer do znanego nam już hotelu Semen, zrzucenie bagaży, szybki prysznic po ponad 24-godzinnej podróży i lecimy z Patim na zakupy. Musimy kupić gaz i uzupełnić artykuły spożywcze.

 

Nasi hardkorowi jeźdźcy, czyli transport do bazy :)

Ekstremalna jazda

 

Już następnego dnia, 4 lipca, opuszczamy Kaszgar. 7 godzin jazdy w większości remontowaną Karakorum Highway daje w kość, ale w końcu docieramy do położonego na 3600 m n.p.m. Karakol Lake. Tu nocujemy w lokalnej jurcie.

 

5 lipca rano mamy dołączyć do grupy Niemców i wyruszyć do Subashi (3700 m n.p.m.), a następnie odłączyć się i we trójkę pójść do bazy. Na śniadanie zjadamy po 2 gotowane jajka z czerstwym chlebem i czekamy na Niemców. Niestety czekamy na nich cały dzień, tracąc cenny czas. Włóczymy się po okolicy, mając świadomość, że jeśli dalej tak pójdzie, to dziś nie dotrzemy do bazy, a to czas jest tym, czego mamy stanowczo za mało. W końcu o 19.00 Niemcy przyjeżdżają, ale następną godzinę spędzamy pod pobliskim posterunkiem policji, gdzie musimy dokonać kolejnej rejestracji. Trzeba przyznać, że biurokracja bardzo się tu rozwinęła w ciągu ostatnich 4 lat.

 

Luksusowa baza chińska

Kiedy docieramy do Subashi jest już prawie 21.00. Marsz do bazy zająłby nam kilka godzin, więc Pati załatwia nam trzech jeźdźców na motorkach, którzy mają nas tam zawieźć. 

 

Myślałam, że pojedziemy sobie wolniutko, zsiadając z motorków na trudniejszych odcinkach, ale nie… Jeźdźcy odpalają i jest to najbardziej szalona i ekstremalna jazda w moim życiu. Prując po kamienistych, nierównych szlakach – pod górę i z góry, pokonując z niebywałą prędkością górskie strumienie, kilkakrotnie żegnam się z życiem. Na szczęście po niecałej godzinie jesteśmy w bazie i witamy się z Mametem (znajomym Kirgizem) i jego rodziną, których poznaliśmy 4 lata wcześniej. U nich będziemy się stołować.

 

Obóz I na 5500 m n.p.m.

Na spotkanie Ojca Lodowych Gór

 

Gdy następnego dnia, 6 lipca jesteśmy gotowi do wymarszu do obozu 1 na wysokości 5500 m n.p.m., przychodzi do nas chiński oficer łącznikowy i oznajmia, że nigdzie nie pójdziemy. Nie mamy pozwolenia. Naszych nazwisk nie ma na liście, na której powinny być. Jest bardzo zdenerwowany i nieprzyjemny. Ech, znowu jakieś problemy! – myślę sobie. Na szczęście kilka telefonów do Abdulla z naszej agencji wyjaśnia sprawę. Wyruszamy i po 5 godzinach marszu w silnym wietrze meldujemy się w C1. Wieje tak bardzo, że nie możemy rozstawić namiotu. Wrzucamy więc do środka depozyt, czyli gaz i jedzenie, i kładziemy namiot z pałąkami na płasko, zabezpieczając czekanem, żeby nie odfrunął. 

Seraki w drodze do obozu 2

 

Jednodniowy odpoczynek w bazie poświęcamy na bliższe poznanie z chłopakami z Polski, którzy akurat zeszli z góry, a z którymi dzielimy pozwolenie na Muztagh Atę. Poznaliśmy się dużo wcześniej przez Internet, ale niestety terminy nam się nie zgrały i działamy osobno. To jest nasze pierwsze spotkanie w realu.

 

Kolejnego dnia ponownie wychodzimy do góry. Tym razem spakowani na dłużej, z ciężkimi plecakami. Po 6 godzinach docieramy do obozu 1. Tu spotyka nas przykra niespodzianka. Ktoś zabrał nam część aluminiowych pałąków, co uniemożliwia postawienie namiotu. Mario z Darkiem długo dopasowują pozostałe elementy tak, żeby namiot jakoś stanął. Gdy wreszcie się udaje, nasz namiot nie ma stabilnego przedsionka. Oby nie było silnego wiatru!

 

Aklimatyzacja po chińsku

 

9 lipca w ramach aklimatyzacji idziemy do obozu 2, który znajduje się na wysokości 6200 m n.p.m.. Po niecałych 4 godz. docieramy do 6000 m n.p.m, ale ponieważ jest już późno, zawracamy do jedynki. Wieczorem spotykamy się tam z chłopakami z grupy 1, którzy napierają do góry. 

 

Atak szczytowy

Kolejny dzień to ponowna wyprawa do obozu 2, tym razem z namiotami, bo zamierzamy spędzić tu noc.  Razem z nami wychodzi liczna grupa Chińczyków. Oni zawsze chodzą w grupie 20 - 40 osób, z obstawą Szerpów, którzy noszą ich plecaki, rozstawiają im namioty w obozach i niemal podają jedzenie do ust. Podczas gdy nam w tym upale pot leje się po plecach, Chińczycy ubrani w puchowe kombinezony, jakby mieli wchodzić na sam Mount Everest, wyglądają jak żywe ludziki z reklamy Michelina. 

 

Jeden z Chińczyków od samego wyjścia jest na tyle słaby, że co trzy kroki upada. Szerpa go podnosi, a on po kilku krokach znowu pada na śnieg. Zastanawiam się, po co go ciągną do góry, skoro nawet nie może iść o własnych siłach. Wyprzedzamy ich. Kiedy widzimy się ponownie na wysokości ok. 5900 m n.p.m. Chińczyk idzie już na tlenie. Tlen na tej wysokości to lekka przesada, ale tak się zdobywa góry w chińskim stylu. Parę dni później w bazie, jeden z Szerpów nepalskiej agencji pokaże nam na smartfonie akcję ratunkową tegoż nieszczęśnika.

 

Skradzione depozyty

 

10 lipca to kolejny gorący dzień. Planujemy wycieczkę aklimatyzacyjną do obozu 3 na 6900 m n.p.m. Wychodzimy dość późno. My z Mario docieramy do 6500 m n.p.m., Darek do ok. 6700 m n.p.m. Na noc wracamy do drugiego obozu. Kiedy wieczorem dociera grupa 1, okazuje się, że ktoś ukradł im depozyty. Zginęły 2 puchówki, łapawice oraz jedzenie, w tym kabanosy. To stawia pod znakiem zapytania ich nocny atak szczytowy - chcieli atakować z dwójki, z pominięciem obozu 3. Do tej pory nigdy w górach nie spotkałam się z kradzieżą, a tu proszę… wspinacz wspinaczowi wilkiem. Jako, że my schodzimy do bazy Mario, ratując sytuację, pożycza chłopakom swoją puchówkę i łapawice, a Irańczyk z namiotu obok daje swoje. Dzięki temu w nocy chłopcy mogą iść do szczytu. 

 

Obóz 2 na 6200 m n.p.m.

My zaś schodzimy, zostawiając po drodze, w jedynce, namioty. Naszą aklimatyzację uważamy za skończoną, teraz odpoczynek w bazie i wreszcie atak szczytowy.

 

W bazie mam ochotę na porządne mycie, ale póki co pogoda gardzi moimi planami. Jak zwykle sytuację ratują mokre chusteczki.

 

W nocy przychodzi informacja, że grupa 1 nie zdobyła szczytu, choć dwóch uczestników było bardzo blisko, bo zaledwie 50 m od szczytu. Pogoda, która miała być pewna, spłatała im figla. Cóż, najważniejsze, że wszyscy bezpiecznie wrócili do drugiego obozu.

 

Sojusz polsko-irańsko-grecki

 

13 lipca nasz mały team odpoczywa i regeneruje się w bazie. Pogoda na „kąpiel” za słaba.  Jest zimno i mycie głowy znów odpada, więc idę na rekord w niemyciu włosów na wyprawie.

 

Polecane wideo

Za dwa dni planujemy ponownie wyjść do góry, więc bacznie śledzimy prognozy. Okazuje się, że 17 lipca ma przyjść załamanie pogody. W obawie, że do tego czasu nie zdążymy dotrzeć do szczytu, dogadujemy się z trójką poznanych wcześniej Irańczyków – dwoma Mohametami, Fatimą (żoną jednego z nich) i Grekiem Pablosem, że połączymy siły i pójdziemy razem. Wychodzimy następnego dnia, tym samym skracając nasz odpoczynek w bazie o jeden dzień.

 

Pogoda 14 lipca jest paskudna – mglisto, zimno i pada, a my trzeci już raz podchodzimy do obozu 1.  W nocy z namiotu Irańczyków daje się słyszeć niepokojący kaszel Fatimy. Okazuje się, że dziewczyna czuje się fatalnie i ma problemy z oddychaniem. Czyżby choroba wysokościowa? Rano jest gorzej, więc Mohamet decyduje się na sprowadzenie żony do bazy. Wraz z utratą wysokości stan Fatimy się poprawia. Mohamet zostawia ją pod dobrą opieką i wraca do nas. 

 

16 lipca w sobotę całą szóstką wychodzimy do obozu 2. W nocy napadało śniegu, więc brniemy w nim, torując sobie drogę. Na niebie jak zwykle lampa, ale dla mnie to jeden z tych dni, kiedy czuję się fatalnie. Dojście do dwójki zajmuje nam 6 godzin. 

 

Przez radio, które niesie Pablos, dowiadujemy się, że na górze miał miejsce wypadek - jeden z trójki Słowaków schodząc poprzedniej nocy z obozu 3 do 2, wpadł do szczeliny i zginął. 

 

Zabójcza szczelina

 

Kiedy dochodzimy do obozu, dwóch ocalałych Słowaków szykuje się do zejścia. Są w kiepskim stanie psychicznym i fizycznym, i sami nie powinni nigdzie schodzić. Od Rosjanina, który brał udział w akcji poszukiwawczej zaginionego w szczelinie Słowaka, dowiadujemy się, że nieszczęsna trójka spędziła w obozie 3 na 6900 m n.p.m. tydzień, czekając na dobrą pogodę. Byli nieprzygotowani sprzętowo – bez skiturów, rakiet, czy choćby raków, nie mówiąc o linie czy innym sprzęcie wymaganym w górach wysokich. Kiedy schodzili późnym wieczorem, jeden z nich wpadł do szczeliny. Dwóch pozostałych zeszło do obozu 2, nie oznaczając w żaden sposób miejsca wypadku, choć z poszkodowanym był kontakt głosowy. Wtedy jeszcze żył. Na ratunek ruszyło kilku wspinaczy z obozu 2, jednak szanse znalezienia szczeliny były zerowe. Nie wiedzieli, gdzie szukać, bo Słowacy nie potrafili opisać dokładnie miejsca, a przestrzenie są tu ogromne. Kilkugodzinne poszukiwania w nocy i następnego dnia rano nie przyniosły rezultatów. Słowak na zawsze pozostał w szczelinie.

 

Pablos zaczyna organizować akcję ratunkową, aby jak najszybciej sprowadzić pozostałych dwóch na dół. Angażuje Szerpów, którzy następnego dnia rano mają podejść i sprowadzić Słowaków. W międzyczasie przenosimy ich do pustego namiotu obok. Dajemy jeść i pić. Ktoś podaje im dexametazon, lek na chorobę wysokościową.

 

17 lipca po Słowaków przychodzą Szerpowie, a my wychodzimy do obozu 3. Poruszamy się bardzo powoli, ale i tak Pablos marudzi, że idziemy za szybko, że nie zjadł porządnego śniadania i nie ma siły. Nie rozumiem, skąd te skargi, szczególnie że czekaliśmy na niego z godzinę przed wyjściem, a on nie mógł się wygrzebać. Straszny z niego maruda. Po 7 godzinach docieramy do trójki.

 

Manty (pierożki) przygotowywane przez kirgiską gospodynię 

Muztagh Ata się broni

 

18 lipca wreszcie przypuszczamy atak szczytowy! Pierwotnie plan zakładał wyjście o 2.00 w nocy, ale prognozy pogody na ten dzień mówiły o braku lampy (to nam nie przeszkadzało) i silnym wietrze dochodzącym do 50 km/h. W związku z tym wiatrem postanawiamy przesunąć godzinę wyjścia na 6.00 rano. Boimy się poodmrażać.

Tej nocy śpię bardzo dobrze, czyli aklimatyzacja się udała, choć trochę mi zimno, bo muszę walczyć z Mario o śpiwór. Mamy tylko jeden na nas troje, gdyż nasza strategia zakładała pójście na lekko do C3, szybki atak i zejście do dwójki. Kiedy się budzę, słyszę wiatr i niestety to, czego nie przewidziały prognozy – walący o ściany namiotu śnieg. 

 

Martwi mnie ten opad. Nad ranem, gdy wychodzę z namiotu, już wiem, że jest źle – wpadam w śnieg po kolana, dookoła w szarości widzę nieskalaną żadnym śladem biel. 

Mimo tego około piątej nad ranem zaczynamy gotować, a potem  szykować się do wyjścia. Na zewnątrz zadyma – wiatr, śnieg i słaba widoczność. Choć wyraźnie nie jest to dzień na atak szczytowy, trzymamy się planu i wychodzimy. 

 

Niestety już po paru krokach zdajemy sobie sprawę, że nic z tego dziś nie będzie. Jesteśmy za słabi na tak głębokie torowanie w śniegu. Dojście do szczytu zajęłoby nam w tych warunkach zbyt wiele czasu. A powrót? Niestety… Z bólem serca  zawracamy.

 

W namiocie zastanawiamy się, co dalej. Może przeczekać jeden dzień i spróbować ponownie? Tylko, że śniegu nie ubędzie. Tak trudno jest poddać się. Po chwili jednak moje złudzenia o zdobyciu szczytu zostają całkowicie rozwiane. Nasi przyjaciele dostają z bazy komunikat – idzie załamanie pogody i natychmiast trzeba schodzić na dół! 

 

Około 12.00 w gęstej mgle, przy silnym wietrze i w głębokim śniegu rozpoczynamy odwrót. Jak przed 4 laty, kiedy w równie traumatycznych warunkach, uciekałyśmy na dół. Tym razem dzięki GPS-owi bezpiecznie docieramy do obozu 2, a potem 1. 

 

W jedynce w naszym namiocie zastajemy prawdziwą powódź – zanim wsuniemy się w ciepłe śpiwory tej nocy, wylewamy z Mario ok. 40 l wody. Gdy wylewamy tę wodę, czuję jak bardzo jestem wykończona, głodna i brudna, i jak bardzo chcę już wrócić do Kaszgaru! Do ciepłego łóżka, prysznica i dobrego jedzenia! 

 

Ojciec Lodowych Gór znów zaśmiał mi się w twarz. To faktycznie zabawne! Czyżby wolał chińskich wspinaczy, całymi hordami szturmujących jej zbocza? Pewnie minie trochę czasu, zanim postanowię sprawdzić to po raz trzeci, ale że ten czas kiedyś przyjdzie, raczej nie mam wątpliwości. W końcu jak to mówią: do trzech razy sztuka.

 

Domostwo lokalnych mieszkańców

 Tekst:

Agnieszka Jędrzejczyk na co dzień pracuje jako szefowa marketingu w Sun & Snow, największej firmie wynajmującej apartamenty wypoczynkowe w Polsce. Jednak jej samej nie w głowie spokojne rodzinne wakacje w kraju, na deptaku, leżaku czy na górskim tatrzańskim szlaku. Agnieszki życiową pasją jest bowiem zdobywanie najwyższych górskich szczytów świata.

Najnowsze

  • Biegiem po... integrację

    Biegiem po... integrację

    Moda na aktywny i zdrowy styl życia na dobre zadomowiła się w polskich miastach.

  • Polski jeleń daje radę

    Polski  jeleń daje radę

    Na współczesnych projektantów czekają rozmaite pułapki: wymogi rynku, kaprysy zleceniodawców, estetyczne przyzwyczajenia odbiorców. Tytuł książki „Jak przestałem kochać design” brzmi co prawda kategorycznie, ale rozterki autora dałoby się rozwiać, przypominając sukcesy mistrzów polskiej grafiki użytkowej. O funkcji dobrego wzornictwa oraz zbawiennej roli humoru w projektowaniu opowiada grafik i pisarz Marcin Wicha.

  • Pamiątki z wakacji: podaruj bliskim coś niezwykłego

    Pamiątki z wakacji: podaruj bliskim coś niezwykłego

    Wakacje niemal zawsze trwają zbyt krótko, a z odwiedzanych podczas urlopu miejsc często nie chce się nam wyjeżdżać. By utrwalić choć cząstkę pięknych wspomnień, dbamy o zdobycie pamiątek: zdjęć, lokalnych wyrobów czy choćby magnesów na lodówkę.

Polecamy

  • Ludzie radości

    Ludzie radości

    – Gdy podróż zaczyna się już na pokładzie – krzyczał niegdyś slogan tajskich linii lotniczych. Jadąc po raz pierwszy, drugi, a nawet dziesiąty do Tajlandii, łatwo w to uwierzyć. Zwłaszcza że od doświadczenia nieodwracalnie polepszającego życie dzieli już wówczas ledwie kilkanaście godzin lotu.

  • Hotel FORUM w Katowicach - czemu warto się tam udać?

    Hotel FORUM w Katowicach - czemu warto się tam udać?

    Hotel dysponując nowoczesnymi rozwiązaniami przeznaczonymi dla osób podróżujących biznesowo, jak i w celach turystyczno-wypoczynkowych!