Gdzie wszyscy garnki lepią Na zabytkowym rynku Bolesławca (fot. M. Sapała)
Bolesławiec

Gdzie wszyscy garnki lepią

22maja2009

Jest w Bolesławcu taka zaskakująca ulica wyłożona kwadratową kostką, biegnie łukiem, nie odsłaniając się od razu.

Nagle przed klasycystyczną willą ukazuje się 5-metrowa, pospawana ze stalowych elementów figura francuskiej Marianny. Obok, na kikucie ściętego drzewa, ktoś postawił olbrzymi dzbanek – oblany kremową glazurą, pomalowany w pawie oczka. Gdy nagle ulicę zalewa słoneczne światło, bruk prawie fosforyzuje, Marianna mocniej ściska drzewce metalowej flagi, a garnek – jak to garnek z Bolesławca. Stoi i puszcza kobaltowe oczko. 

Kamionkowy dzban ustawiony na tle ozdobionej ornamentami ściany to klasyczny bunclok. Element jak najbardziej lokalny, ważny fragment współczesnej tożsamości miasteczka. Pospawana ze skorodowanej blachy Marianna jest z kolei, jak się można domyślić, elementem napływowym. Rzeźba francuskiej buntowniczki stoi na ulicy Komuny Paryskiej nie bez powodu. Oznacza terytorium należące do Bogdana Nowaka, artysty pantomimy, który przez 16 lat pracował z Marcelem Marceau. Gdy w 2002 roku wrócił na Dolny Śląsk, przywiózł ze sobą okruchy Paryża i zgrabnie wkleił je w lokalny bolesławiecki pejzaż.

Willa z Marianną i bunclokiem to jego najbardziej widoczne dzieło. Podziemia domu zajmuje Piwnica Paryska (restauracja i klub  w jednym), na piętrze i mansardzie rozłożył się hotel. Ambasada, bo tak nazywa się willa, została zbudowana na potrzeby przedwojennej Kasy Chorych, po wojnie stała się przychodnią. Opuszczony w latach 90. dom wydawał się skazany na zagładę, jednak pod ręką Nowaka rozkwitł. Śmietankowa farba na fasadzie podkreśla elegancką linię budynku, słońce przefiltrowane przez ażurową koronę wejmutki rzuca wzorek  na wystrzyżoną trawę, lampa trzymana przez kolegę Marianny, stalowego kolosa, płonie ciepłym światłem. Poprzeczka jest ustawiona wysoko, jednak do wyznaczonego przez inwestora poziomu powoli dociąga cała ulica – zabudowana domami równie pięknymi jak Ambasada.

Ulica Komuny Paryskiej to nie wyjątek. Bolesławiec jest po prostu śliczny. Historia obeszła się z nim łaskawie. Dolnośląskie miasteczko odzyskane przez Polskę po II wojnie światowej (odzyskanie to określenie na wyrost, bo w długiej historii Bolesławca Bunzlau nie ma zbyt wielu polskich akcentów) nie zostało poddane procesowi architektonicznej reedukacji. Przetrwał oryginalny, wytyczony jeszcze w średniowieczu układ ulic. Z przestrzennym, prostokątnym Rynkiem wyłożonym kostką granitową i ratuszem przyklejonym do XV-wiecznej smukłej wieży. Ocalały też fragmenty murów miejskich, wzdłuż których Bolesławiec w XIX wieku zafundował sobie spacerowe promenady. W miasteczku jest sporo monumentalnej, stawianej za duże pieniądze architektury: kompleks przemysłowy Concordia, wiadukt z piaskowca, najdłuższy w Polsce. No i górujący nad Rynkiem kościół – barokowy, z dosztukowanymi na fasadzie świętymi od wszystkich ziemskich utrapień.

Próbę zdrapania dawnej niemieckiej tożsamości Bolesławca widać jedynie na fasadach kamieniczek otaczających Rynek. Barokowe,  renesansowe i eklektyczne domki stawiane przez niemieckich mieszczan zostały w PRLu zunifikowane, obtłuczone z dekoracji. Dziś wyglądają jak swoje własne kontury – tyle że pokryte warstwą farby i umiejętnie podświetlone. Uratowały się pojedyncze dekoracje – takie jak ceramiczne detale kamienicy  na rogu ul. Mickiewicza i Sierpnia ‘80.

Ceramiczne akcenty są w Bolesławcu widoczne na każdym kroku. Garnki, dzieże, dzbany oblane ciemnobrązową glazurą albo udekorowane kobaltowymi stempelkami stoją na trawnikach, postumentach, wiszą na płotach, leżą na poboczach dróg i na rondach. Przypominają o garncarskich tradycjach miasta, ale funkcjonują również jako drogowskazy do miejsc związanych z ceramiką  – nawet gdy skojarzenia nie są bezpośrednie, bo dotyczą na przykład sfery... kulinarnej (tak jak w wypadku restauracji, w których podaje się jedzenie na lokalnej kamionce). Wszędzie widać szyldy i reklamy z niemieckimi i angielskimi hasłami zachęcającymi do zakupów „Bunzlauer Keramik. Bunclau Ceramics. Witaj. Wstąp. Kup. Jedyne. Oryginalne. Niepowtarzalne”. Sklepów, manufaktur i fabryk jest w Bolesławcu około 30. We wszystkich kłębi się wielojęzyczny tłumek; najwięcej jest żon amerykańskich oficerów z oddziałów stacjonujących na terenie Niemiec.

Garnki w Bolesławcu i jego okolicach lepiło się już w neolicie; wokół miasta, a szczególności nad rzeką Bóbr, jest mnóstwo miejsc, gdzie do dziś wydobywa się szarą, lepką maź. Jeszcze 100 lat temu większość kamionkowej produkcji  z Bolesławca miała czysto utylitarne, kuchenne przeznaczenie. Garncarze toczyli brzuchate dzbany na wodę, formy na baby, kufle do piwa. Pragmatycznie i nudno. Żadnych wzorów ani eksperymentów kolorystycznych; wszystko było pokryte glazurą w tym samym kolorze zaschniętej musztardy.

Tak też wyglądał legendarny garniec Joppego. Największe ceramiczne naczynie, jakie kiedykolwiek powstało na świecie, zostało wypalone w XVIII wieku w jednej z bolesławieckich manufaktur. Gdyby nie skłonni do drastycznego rozliczania się z niemiecką spuścizną czerwonoarmiści, wysoki na 2 i pół metra gar przetrwałby może i do dziś. Niedługo na Rynku stanie jego replika.

Dopiero pod koniec XIX wieku niemieccy mistrzowie z Bunclau opatentowali słynny stempelkowy wzór, wyciskany zanurzoną w barwniku gąbeczką na tzw. biskwicie (czyli wstępnie wypalonej kamionce). Buncloki, czyli naczynia ozdabiane biało-granatowymi plamkami, zrobiły furorę na niemieckich salonach.

Po II wojnie światowej, dzięki Bronisławowi Wolaninowi, naczelnemu projektantowi Spółdzielni Rękodzieła Artystycznego „Cepelia” (który do dziś zajmuje się dozorem artystycznym  w największym bolesławieckim zakładzie Ceramika Artystyczna), buncloki poznała cała Polska. Ale też Niemcy, Stany Zjednoczone, Japonia i Skandynawia. Wolanin unowocześnił klasyczne wzory, tak żeby pasowały do współczesnych kuchni i mieszkań. Galeria ceramicznych kształtów znajduje się na głównej hali fabryki; na długiej aluminiowej półce wiszącej nad piecem stoją wzorcowe dzbany, misy, filiżanki i naczynia do zapiekania. Pozbawione wzorów, matowe skorupy mają wymalowane na nagiej powierzchni numery. Ostatni – nr 867 – to brzuchaty wazon. Czy zostanie pomalowany w łączkę? Delikatne beżowe kropeczki na kremowym tle? Może minimalistyczną rybią łuskę – ulubiony wzór Japończyków? Nie wiadomo. Klasycznych bolesławieckich wzorów (pawie oczka, kropki, precelki, moskity) jest niespełna tuzin. Współczesnych, wymyślonych przez armię projektantów: kilkaset. Każdy z nich jest opatrzony katalogowym numerkiem.

Nowoczesną halę, w której powstają naczynia Ceramiki Artystycznej, można zwiedzać. Za darmo. Wystarczy zgłosić się do sklepu fabrycznego. Najpierw przewodniczka prowadzi grupkę ciekawskich do kolejnych malarni, w których blisko 100 kobiet i mężczyzn, rozsadzonych przy biurkach, wyposażonych w pędzelki i stemple wycinane w naturalnej gąbce, ręcznie dekoruje każde naczynie. Udekorowanie kubeczka niebieskimi kropkami zajmuje 10 minut, ale może też trwać – jak w wypadku tzw. unikatów, czyli naczyń, na których maluje się składające się z wielu elementów pejzaże – pół dnia. Malarz nanosi na biskwitową skorupkę plamki kolejnych barwników; najważniejszy z nich, tlenek kobaltu,  ma delikatnie liliowy kolor. Gdy pomalowane nim naczynie wjedzie do rozgrzanego do 1260 stopni Celsjusza pieca, rozbielony fiolet przekształci się w głębokie indygo. Flagowy kolor buncloków.

Ozdobione naczynia podjeżdżają wózkami do kolejnego stanowiska. To glazurowanie, ostatni etap przed wypalaniem. Ubrana na biało kobieta szybkimi ruchami ściąga kubki, talerze  i miski z rusztowania. Chlup do mlecznej kąpieli, szast-prast nad urządzeniem  przypominającym ruchomą igielitową wycieraczkę i z powrotem na ruchomy regał. Po co ta wycieraczka? Jeśli spojrzy się na dno filiżanki albo dowolnego naczynia, zobaczy się, że brzeg podstawki to naga kamionka, jedyne miejsce naczynia, które nie jest pociągnięte błyszczącą polewą. Gdyby nie zostało wytarte, upaćkane naczynie przylepiłoby się  w piecu do deski.

Glazurowanie to ostatni etap, który wymaga obecności człowieka. Reszta procesu jest zautomatyzowana; po olbrzymiej, zalanej światłem hali kręci się zaledwie kilka osób. Wykąpane w polewie naczynia wjeżdżają – jak wagoniki ceramicznej kolejki – do długiego pieca. Piec jest obłożony białą blachą i w ogóle nie budzi ognistych skojarzeń. Wygląda raczej jak długi na kilkadziesiąt metrów tomograf komputerowy, ultranowoczesne narzędzie diagnostyczne, w którego brzuchu buzuje ogień. Proces utrwalania kształtów i kolorów trwa 11 godzin. To krótko; bo są wokół Bolesławca miejsca, gdzie naczynia wypala się nawet i przez tydzień. Metodą z końca XIX wieku.

Parowa, ceramiczna wioska pod Bolesławcem, otoczona leśną gęstwiną Borów Dolnośląskich, wygląda jak kadr ze śląskiego filmu Kazimierza Kutza. Kawał fotogenicznego, przemysłowego krajobrazu: dużo ciemnorudej cegły, łuszcząca się wieża ciśnień, industrialny bałagan, dym z kominów. Kominy należą do czterech pieców ulowych, prawdopodobnie ostatnich w Polsce. Opatentowane w 1857 roku przez Fryderyka Hoffmana konstrukcje do wypalania ceramiki wyglądają jak kominki dla olbrzymów. Albo gigantyczne, ułożone  z cegieł brzuchate butle. Do środka pieca prowadzi łukowate wejście; wewnętrzne ściany są pokryte błyszczącą czekoladopodobną masą. To tysiące warstw glazury; podczas procesu wypalania polewa paruje i skrapla się na ścianach. Gdy piec stygnie, zastyga również glazura.

Kleksy glazury w brzuchu pieca  mają pewnie ponad 100 lat. Kilka razy  w miesiącu piece są zapełniane hermetykami, czyli wielkimi donicami z przylegającą pokrywką, służących do kiszenia ogórków, kapusty albo macerowania mięsa. Choć w wielu wiejskich domach w okolicy wciąż używa się oryginalnych przedwojennych naczyń, odziedziczonych po niemieckich właścicielach, zapotrzebowanie na nowe nie ustaje.

Piece w Parowej (jak i ogromną Manufakturę Ceramiczną w Bolesławcu,  a także mały, rodzinny zakład ceramiki Andy w Tomaszowie Bolesławieckim) najlepiej zwiedzać z przewodnikiem. Na przykład takim jak Jarek Fink, dobrze poinformowany 28latek, który jest menadżerem pensjonatu Niebieski Burak. Burak, urządzony w pięknym  XVIII-wiecznym domu przysłupowym, to miejsce, którego właściciele wiedzą, jak wykorzystać potencjał tkwiący  w ceramicznej (i nie tylko) tradycji Bolesławca. Sklejają przeszłość z teraźniejszością; przed wjazdem na wysypany granitowym tłuczniem parking ustawili szpaler glinianych hermetyków, w nowoczesnych, minimalistycznych łazienkach zostawili oryginalne szachulcowe belkowania, a śniadania (angielsko-polskie: gorące tosty, domowe konfitury  z malin, jajka na bekonie) podają na ceramice z zaprzyjaźnionej manufaktury pod Bolesławcem.

Niebieski Burak jest ważnym miejscem nie tylko na noclegowej, ale  i historycznej mapie regionu. Kiedyś takich domów, krytych grafitową  ceramiczną dachówką, murowanych z piaskowca, na drewnianym szkielecie, było w okolicach Bolesławca więcej. Większość nie przetrwała PRLu i następującego po nim okresu transformacji. Zostały rozebrane albo rozsypały się. Burak miał szczęście. Zanim zmurszał do reszty, trafił w ręce brytyjskiego małżeństwa o polskich korzeniach. Barbara, która przyjeżdżała do Bolesławca od kilkunastu lat, szukając ciekawych ceramicznych wzorów na zlecenie takich londyńskich gigantów jak Harrod’s i Designers Guild, w 2002 roku postanowiła poszukać w okolicy domu na kolejną część życia.

Wyposażona w kartkę ze spisem warunków postawionych inwestycji przez jej męża Johna (ma być stary, gotowy do zamieszkania, z sadem, gazem, wodą, prądem), przyjechała do Łazisk o 22 w nocy, z latarką oglądała ruinę, która oprócz tego, że miała kawał życia za sobą, nie spełniała żadnego z mężowskich warunków. Mimo to decyzja była błyskawiczna: następnego dnia rano Barbara podpisała umowę kupna. Remont trwał kilka lat. Mimo że zjadł oszczędności życia, nie zatrzymał go ani pożar, ani kryzys, a w przezwyciężeniu polskich przeszkód biurokratycznych pomagało brytyjskie poczucie humoru.

Anglosaski luz przebija też w nazwie, którą Barbara i John zdecydowali się ochrzcić swój polsko-śląsko-brytyjski pensjonat. Dlaczego akurat Burak? W dodatku Niebieski? Ano od buraków – cukrowych, które porastały kiedyś okoliczne pola. Buraki w procesie zamiany  w (nielegalny) alkohol zmieniały kolor na błękitnawy. Kiedyś miejscowy chłop, o zaburzonej – zapewne przez konsumpcję – orientacji w terenie, wwiózł cały transport świeżo wyprodukowanego buraczanego bimbru do stawu po drugiej stronie domu. Upojone oczko wodne do dziś nie wytrzeźwiało, zdarza mu się w środku nocy rozbłysnąć kobaltową poświatą. Choć nie ma dowodów na prawdziwość tego epizodu, Barbara i John zdecydowali się wykorzystać go do lepienia lokalnej historii. A przy okazji pokazali, że Niebieski Burak nie ma kompleksów. Podobnie jak nie ma ich Bolesławiec.

Galeria - 13 zdjęć

Najnowsze

  • Siła Święta

    Siła Święta

    Transmisje z wielkanocnych procesji w Gwatemali pokazywane są w dziennikach telewizyjnych na całym świecie. Nic dziwnego – Semana Santa, czyli Wielki Tydzień, to dla milionów Gwatemalczyków najważniejsza chwila w ciągu całego roku.

  • Tajwan - garść praktycznych informacji

    Tajwan - garść praktycznych informacji

    Tajwan jest wyspą niesprawiającą kłopotu, a wręcz zachęcającą do odwiedzenia. Mieszanka klimatu podzwrotnikowego i tropikalnego umożliwia przyjazd tutaj przez cały rok. Jedynie wilgotne i upalne lata mogą dawać się we znaki, szczególnie w Tajpej. Oto kilka informacji, które mogą przydać się podczas wyjazdu, a także sugestie kilku miejsc przez nas przetestowanych.

  • Nie smakuje nam jedzenie

    Nie smakuje nam jedzenie

    Dwie trzecie osób podróżujących samolotami uważa, że podawane w czasie lotu jedzenie jest niesmaczne. Takie są wyniki ankiety przeprowadzonej przez portal Zoover.pl.