Gościnni czerwoni khmerzy Widok na świątynię Bayon (fot. Dreamstime.com)
Kambodża

Gościnni czerwoni khmerzy

17lipca2009

Podróżuje sam, z niewielkim bagażem, wyłącznie tam, gdzie nie ma hoteli ani grup turystów. Uważa, że tylko wtedy można odkryć ciekawe miejsca i poznać niezwykłych ludzi.

Polecane wideo

Chyba największą frajdą, jaką może sobie sprawić dorosły mężczyzna, jest spełnianie marzeń z okresu, kiedy był jeszcze zupełnie niedorosłym mężczyzną. Moim największym marzeniem były podróże.

Wszystko zaczęło się od kolekcji pocztówek, którą wyszperałem u dziadków na strychu w pewien deszczowy letni dzień. Dla kilkuletniego chłopca te zakurzone kartoniki były tchnieniem innego  – pachnącego egzotyką i kuszącego bajecznymi kolorami – świata. Niedostępnego, ale jakże pobudzającego wyobraźnię. Później były oczywiście powieści Jacka Londona, Jamesa Curwooda i mojego absolutnego idola z czasów podstawówki – Arkadego Fiedlera. Wizyty w amazońskiej dżungli lub na zagubionych w bezmiarze oceanu koralowych atolach pozostawały jednak  zawsze bardziej w sferze  doświadczeń związanych z lekturami niż realnych przeżyć. I w sferze marzeń.

Najmocniej utkwiła mi w pamięci pocztówka przedstawiająca rybacką wioskę nad Zatoką Tajlandzką. Sto procent kiczowatej, pocztówkowej egzotyki; jakże ja chciałem się tam znaleźć! Nic więc dziwnego, że gdy niemożliwe stało się możliwe, południowo-wschodnia Azja stała się najczęstszym kierunkiem moich podróży. Nie płynąłem tam co prawda statkiem jak bohaterowie Josepha Conrada (czego serdecznie żałuję, bo latać nie znoszę), nie miałem na sobie piaskowego mundurka ani zabawnego korkowego kapelusza, ale poza tym wszystko było jak należy. Oznacza to między  innymi brak niepotrzebnego towarzystwa. Zwłaszcza towarzystwa zorganizowanej grupy turystycznej i tzw. pilota wycieczki.  Takie grupy nieodmiennie przypominają mi szkolne wycieczki z zaaferowanymi nauczyciel kami, próbującymi za wszelką cenę zapanować nad żywiołem i utrzymać porządek.

A w trakcie podróżowania lepiej do końca nad żywiołem nie panować. Oczywiście, jeśli nie chcemy,  by umknęło nam coś ciekawego. A najciekawszym elementem wszelkich podróży – wcale nie  tylko tych egzotycznych! – jest odkrywanie NIEZNANEGO. Najlepszy nawet kaowiec nie pokaże nam miejsc wyjątkowych, które będą tylko nasze. Pokaże nam te, które doskonale zna, które pokazywał już setkom osób przed nami – i gdzie łatwo jest dotrzeć zorganizowanej grupie. NIEZNANE musimy odkrywać w samotności.

Nie wyobrażam też sobie wspólnych posiłków o określonych godzinach. Przede wszystkim serdecznie odradzam jadanie tam, gdzie zatrzymują się grupy. Lokalna kuchnia naprawdę smakuje inaczej w barach, w których przesiadują miejscowi – a ceny są zwykle kilkakrotnie niższe!  Poza tym można w nich poznać ciekawych ludzi i zasięgnąć języka. Bohaterowie mojego dzieciństwa nie spali w luksusowych hotelach „all in clusive”. Wakacje spędzane w ten sposób kojarzą mi się z nowobogackim blichtrem, a nie pasją  podróżowania. Kiedyś nieopatrznie dałem się  namówić na takie wakacje i po kilku dniach wiedziałem, że albo natychmiast ucieknę, albo umrę z nudów. Do tej pory nie mogę zrozumieć, co sprawia, że ludzie dobrowolnie dają się zamykać  w gettach – i jeszcze płacą za to mnóstwo  pieniędzy! Zaraz po wylądowaniu uciekam jak  najdalej z rejonów, w których można spotkać  tłumy turystów i tłumy tych, którzy z turystów żyją. Na szczęście na świecie wciąż jeszcze  więcej jest miejsc, w których przybycie kogoś  z daleka to święto i lokalna sensacja, a nie rutynowa okazja do zarobku. I są to miejsca piękne. I tajemnicze.

Świt nad Angor Wat
Jednym z takich miejsc są okolice miasteczka Siem Raep w północno-zachodniej Kambodży. Trafiłem tam wkrótce po zakończeniu trwającej dziesiątki lat i wyniszczającej kraj okrutnej partyzanckiej wojny. Tliła się ona najdłużej właśnie w niedostępnej, bagnistej dżungli otaczającej Siem Raep. To tu skapitulowały ostatnie oddziały Czerwonych Khmerów – niedobitki jednego z najbardziej krwawych reżimów w historii ludzkości. Ich ostatnimi kryjówkami były ruiny Angkoru – średniowiecznej  stolicy państwa Khmerów. Właśnie one były celem mojej podróży. Gdy w Polsce panowała dynastia Piastów, Angkor był największą i najnowocześniejszą metropolią świata. A później na ponad pięćset lat stał się miastem wymarłym, zapomnianym i stopniowo pożeranym przez dżunglę.

Pod główną świątynię dotarłem tuż przed świtem. Tak doradzili moi gospodarze – przemili Khmerzy, od których wynająłem maleńki, skromny, ale lśniący czystością pokoik. Znali kilka słów po tajsku, szczęśliwie te, które znałem i ja... I z tych słów wynikało, że MUSZĘ tam być, nim wzejdzie słońce i MUSZĘ mieć przy sobie dużo jednodolarówek. Miałem pietra – musiałem wyruszyć tuż po północy, a jeszcze w Tajlandii – przed przekroczeniem granicy z Kambodżą – nasłuchałem się o porwaniach, mordach i grabieżach, których dopuszczają się na nielicznych turystach Czerwoni Khmerzy, którzy z partyzantów stali się przemytnikami i handlarzami dzieł sztuki. Angkor z tysiącami niezwykłych płaskorzeźb pokrywających ściany świątyń i pałaców stał się dla nich prawdziwą kopalnią pieniędzy. Nikt nie wie, ile bezcennych zabytków zostało wywiezionych i pokątnie sprzedanych w sąsiednich krajach. Jedno było pewne – ci, którzy uprawiali ten proceder, nie życzyli sobie świadków...

Opiekun z kałasznikowem
Słońce wstało nagle. W tropikach to naturalne, ale w Angor Wat jest zjawiskiem magicznym.  Olbrzymia ciemna góra wyłaniająca się z dżungli zamienia się nagle w architektoniczny cud świata. Nic dziwnego, że pięć monumentalnych wież to jeden z symboli Kambodży. Trudno uwierzyć, że przez kilkaset lat były one opuszczone i zapomniane. Po kilku godzinach myszkowania udaję się do kolejnych, oddalonych od siebie  o kilkaset metrów budowli. I wtedy okazuje się, do czego miały mi się przydać jednodolarówki.  Niemal każda większa ruina ma swojego „opiekuna”. Uzbrojonego w kałasznikowa, w zielonym mundurze ze świeżo oderwanymi dystynkcjami  armii Czerwonych Khmerów i mówiącego po  angielsku dwa słowa: „one dolar”... Niektórzy znają jeszcze kilka innych słów w obcych językach i potrafią być całkiem sympatycznymi i troskliwymi przewodnikami. Jeden z nich może  nawet uratował mi życie... Poszczególne ruiny  połączone są ścieżkami biegnącymi przez dżunglę. Chciałem zboczyć z takiej ścieżki, gdy mój khmerski anioł stróż chwycił mnie za ramię.  Wyrzucając z siebie potok słów, zaprowadził  kawałek dalej i pokazał sporej wielkości lej dwa kroki od naszego szlaku.

Zapomniana autostrada
Angkor Wat, Angkor Thom czy Bayon to miejsca, do których wrócę nieraz. Wprawdzie kilka lat po moim pierwszym pobycie w Kambodży w Siem Raep powstały luksusowe hotele, do głównych obiektów prowadzi asfaltowa droga, a karnety  upoważniające do zwiedzania ruin kupuje się  w kasach, ale wciąż w głębi bagien ukryte są świątynie, do których prowadzą tylko wąskie ścieżki, a mury oplecione są korzeniami kilkusetletnich drzew. I pewnie wciąż nie jest bezpiecznie z takich ścieżek zbaczać...

Podróżowanie po Kambodży to pod względem technicznym dość karkołomne, ale niezwykle ciekawe doświadczenie. W Kambodży prawie nie ma bowiem bitych dróg. Niecałe trzysta kilometrów „autostradą” z Phnom Penh do granicy z Sajgonem pokonywałem kiedyś od świtu do zmierzchu. A była to, podobno, najlepsza szosa w kraju. Nowo wybudowana droga od granicy z Tajlandią do stolicy to wysypany szutrem trakt, gdzie częściej widuje się dzikie zwierzęta  niż samochody. Choć przecina on kilka rzek wielkości naszej Wisły, nie ma ani jednego mostu.  Przeprawy promowe to kilka rybackich czółen  połączonych deskami, na które po chyboczącej się drewnianej konstrukcji wjeżdża samochód.  Szlakami komunikacyjnymi są więc – jak przed wiekami, rzeki i jeziora. Łodziami nie podróżuje  się szybko, trudno też liczyć na wygody, widoki  są za to niezapomniane.

Wyspy szczęśliwe
Kambodża ma kilkaset kilometrów morskiego wybrzeża, tysiące bajkowych wysp – i tylko jeden nadmorski kurort. To Sihanoukville – miasto nazwane tak na cześć ustępującego właśnie króla Norodoma Sihanouka. Kilka hoteli, port, handlowe centrum (oddalone od morza o ładnych parę kilometrów!) i dziś opuszczone, a niegdyś piękne wille khmerskich i francuskich bogaczy. I siedem wspaniale pustych plaż. W nadmorskich knajpkach więcej jest buszujących wśród stolików małp niż przedstawicieli naszego gatunku. Ten nieco senny i czekający jeszcze na odkrycie kurort to znakomity punkt wypadowy na jedną z tysięcy bezludnych lub prawie bezludnych wysp jakby wyjętych z powieści Conrada.

Za  kilka dolarów miejscowy rybak zgodził się  pożeglować ze mną na jedną z nich. W domu  jego brata za równowartość biletu komunikacji miejskiej zjadłem wielką michę pysznych morskich stworów. A potem było wiele następnych wysp... Na żadnej nie ma elektryczności, bieżącej wody, telefonów ani innych zdobyczy  cywilizacji. Według naszych standardów jest  biednie. Tubylcy mieszkają w bambusowych chatkach, posiłki gotują nad ogniskiem, a ich roczny dochód nie przekracza kilkudziesięciu  dolarów. I są szczęśliwi. O wiele szczęśliwsi od większości moich warszawskich znajomych.  Nigdzie nie spotkałem tak często i tak szeroko uśmiechających się ludzi. Byli szczęśliwi, że udał się połów, że zjawił się gość z daleka i swoją obecnością urozmaica monotonną egzystencję, że nie ma już wojny i że król Norodom pięknie wygląda w galowym mundurze na obrazku,  który kilka miesięcy temu zostawił sołtysowi urzędnik z Sihanoukville. Po kilku dniach pobytu w tym zielono-szmaragdowym raju ja też  zacząłem się uśmiechać, a po kolejnych kilku  zacząłem poważnie zastanawiać się nad zmianą miejsca zamieszkania...

Tekst: Arkadiusz Pragłowski

Ważne przed podróżą
‹ Czytać.  Im więcej informacji na temat miejsca przeznaczenia zdobędziemy przed wyjazdem, tym mniej będzie nas czekać nieprzyjemnych niespodzianek.
‹ Zaznaczyć na mapie tylko najważniejsze punkty, do których chcemy dotrzeć. Nie będziemy się wtedy czuli skrępowani narzuconym sobie „programem wycieczki”. Da to możliwość dłuższego zachwycania się miejscami, które spodobają się najbardziej, i skrócenia pobytu tam, gdzie nie jest ciekawie. A przede wszystkim będziemy otwarci na nowe pomysły, które pojawią się już w trakcie podróży.
‹ Zdobyć wszelkie urzędowe zezwolenia i listy polecające, jeśli jedziemy do kraju lub rejonu, w którym mogą się przydać.
‹ Wziąć tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Duży bagaż to niepotrzebny wysiłek i atrakcyjny cel dla złodziei. Większość rzeczy można kupić  na miejscu, zazwyczaj taniej  niż w Polsce.
‹ Warto polować na promocje linii lotniczych. Przy odrobinie szczęścia można polecieć  na drugi koniec świata za niecałe 2 tys. zł. Jeszcze taniej byłoby statkiem handlowym – o ile ktoś ma dużo czasu i nie boi się choroby morskiej...
‹ Zabrać dobrze wyposażoną podręczną apteczkę i (koniecznie!) zaszczepić się przeciwko
chorobom grożącym w rejonach, w które się udajemy.

Galeria - 3 zdjęcia

Najnowsze