Z wizytą u królowej Nad jednym z dziesiątków kanałów (fot. Dreamstime.com)
Holandia

Z wizytą u królowej

15lipca2009

Długi weekend majowy to idealna pora na podróż po Niderlandach. Wtedy właśnie zakwitają barwne pola tulipanów i cały kraj świętuje Dzień Królowej.

Można sprawiedliwie podzielić swój czas między przesiadywanie w barach, zakupy, muzea bogate w dzieła nie tylko niderlandzkich mistrzów. I jeszcze z pewnością wystarczy go na aktywny odpoczynek, pedałowanie bądź wiosłowanie w malowniczej scenerii nadmorskiej Zelandii czy bajkowego Giethorn. Na zwiedzenie niewielkiej Holandii (jest niemal osiem razy mniejsza od Polski) wystarczy zaledwie kilka dni.

Trzydziestego kwietnia Niderlandy stają się pomarańczowe. Ubrania przechodniów, wzory namalowane na twarzach, girlandy zdobiące ulice – wszystko tego dnia ma barwę owoców pomarańczy. To kolor panującej tu dynastii Oranje-Nassau, a 30 kwietnia jest Dniem Królowej.

Z tej okazji Amsterdam zamienia się w gigantyczny roztańczony klub. Wszyscy wychodzą na ulicę, rozmawiają, tańczą. Kanałami pływają ozdobione chorągiewkami barki wypełnione bawiącym się tłumem. Z każdej dobiega inna muzyka. Techno miesza się z koncertem skrzypcowym. Na niektórych kanałach powstają korki, ciężko wyminąć się przy tym natężeniu ruchu, ale niedogodności rozładowywane są przyjaznym uśmiechem. Wszyscy są w dobrym humorze.

Właściwie zabawa zaczyna się już  w wigilię Koninginedag. Wieczoru, nocy – 29 kwietnia nie można przegapić. Do miasta przyjeżdża ponad pół miliona turystów z całego świata. Wielu z nich rusza prosto do pubu, do słynnych brązowych kawiarni nad kanałami, ze stolikami wystawionymi na zewnątrz. Mimo że to przyjęcie na cześć królowej, nikt nie przychodzi w stroju wieczorowym. Funkcję smokingu i sukni pełni pomarańczowy t-shirt, to on symbolizuje oddanie czci monarchini. Jest tak ciepło, że całą noc można spędzić pod gołym  niebem. Tłum gęstnieje z nadejściem zmroku. W najbardziej ruchliwych miejscach trudno się przecisnąć, kelnerzy zgrabnie lawirują w tłoku, trzymając nad głowami tace pełne szklanek. Pary  tańczą objęte na chodniku, łatwo się zawiera nowe znajomości – w rozentuzjazmowanym tłumie po paru chwilach obcy ludzie stają się przyjaciółmi; po kilku toastach czas ruszyć do następnej knajpki, poznać kolejnych przyjaciół.

Rano miasto zamienia się w olbrzymi pchli targ. Na kawałkach chodnika zarezerwowanych zawczasu przez mieszkańców taśmą lub kreską zaznaczoną kredą pojawiają się koce i dywany z dosłownie wszystkim, co można wynieść z domu: meblami, zabawkami, płytami, sztućcami, obrazami, ubraniami. Holendrzy w ten sposób pozbywają się przedmiotów, które przestały im się podobać lub są już niepotrzebne. Obok filiżanek z delikatnej porcelany leżą  w stertach stare komiksy, designerskie meble z lat 60. i 70., płyty winylowe, stare łyżwy. Od rana, jeśli tylko siły po upojnej zabawie na to pozwolą, można bez końca krążyć po wąskich uliczkach między kanałami, szukając skarbów za kilka euro. Mieszkańcy są serdeczni, chętnie wdają się w rozmowy, nie tylko z sąsiadami. Na stoiskach sprzedają też własne wypieki, napoje. Bary z kolei kuszą świeżymi ostrygami i szampanem. Piwo – ulubiony napój Holendrów – cały dzień leje się strumieniami.

A wszystko to, by oddać hołd niderlandzkiej monarchini, którą od 28 lat jest Beatrix, córka Juliany, wnuczka Wilhelminy, prawnuczka Emmy. Holandią od ponad 100 lat władają kobiety.

Monarchia konstytucyjna wydaje się  na początku XXI wieku politycznym anachronizmem, zwłaszcza w zestawieniu z postępowym i pragmatycznym sposobem myślenia Niderlandczyków, ale oni mimo to uwielbiają królową (ma zaskakująco wysokie, ponad 80procentowe poparcie społeczeństwa). Doceniają jej profesjonalizm, skromność (często jeździ autobusem z innymi urzędnikami, a nie limuzyną), otwartość, umiejętność nawiązywania kontaktu z poddanymi, zainteresowanie ich codziennymi problemami. Jeśli w kraju dzieje się coś ważnego – czy to kryzys polityczny, czy katastrofa ekologiczna – można mieć pewność, że Beatrix  pojawi się w odpowiednim czasie i miejscu. Dzień Królowej jest jeszcze jednym pretekstem, by zbliżyć się do poddanych. O ile jej matka Juliana poświęcała czas  na przyjmowanie delegacji w swoim pałacu w Soestdijk, to Beatrix sama jeździ do poddanych. Co roku odwiedza inną prowincję i przez kilka godzin  z rodziną uczestniczy we wspólnej zabawie. Przeważnie są to festyny z zawodami sportowymi, grami towarzyskimi, koncertami i tańcami. Każdą jej wyprawę pilnie rejestrują kamery holenderskich stacji telewizyjnych.

Co ciekawe, Koninginedag nie jest wcale dniem urodzin Beatrix, lecz jej matki. Królowa urodziła się 31 stycznia, postanowiła jednak nie zmieniać już wieloletniej tradycji, zresztą koniec kwietnia bardziej sprzyja hucznemu świętowaniu niż środek zimy.

Dzień Królowej kończy się między godziną 19 a 21. Wtedy muszą zniknąć ślady zabawy. Śmieciarki sprzątają resztki stoisk, hałdy butelek, puszek. Następnego dnia wszyscy ruszą do pracy, nie pamiętając o szaleństwie, które dopiero co przetoczyło się przez miasto. Ale królowa to postać, o której Holendrzy myślą czule przez cały rok. Rodzina królewska jest ulubionym tematem mediów, ale ma z paparazzi umowę. Poświęca im określoną ilość czasu – np. pierwszy dzień wakacji, w zamian przez resztę czasu może zachować prywatność.

Jeśli ktoś przyjedzie do Holandii na tegoroczne Święto Królowej, być może trafi na rozmowy o jej ewentualnej  abdykacji, na spekulacje, kto obejmie tron. W tym roku królowa obchodzi  70. urodziny. W kolejce do tronu czeka 41letni Willem Alexander, przyszły król Willem IV, a Beatrix została królową, gdy jej matka skończyła 71 lat.

Na amsterdamskim placu Dam, przed pałacem, który jest miejscem koronacji, trwa remont. Odnawiany jest też zamek Drakensteyn, w którym podobno ma zamieszkać królowa na emeryturze. Więc może to już ostatnia okazja, by wziąć udział w Dniu Królowej, niebawem zastąpi go…  Dzień Króla.

Podróżując po Holandii, trafia się na wiele miejsc związanych z monarchią lub jej poświęconych. Na przykład  w jednym z najbardziej popularnych obok Amsterdamu miejsc, jakim jest Keukenhof (ogród kuchenny) w pobliżu miejscowości Liesse. Od miasta kanałów dzieli go godzina jazdy samochodem.  Wilhelminie, Julianie, Beatrix, Wilhelmowi Aleksandrowi oraz dynastii Orange-Nassau dedykowano tu nowoczesne, przeszklone pawilony, pełniące funkcje oranżerii. Odbywają się w nich wystawy, poświęcone określonym gatunkom kwiatów: goździkom, gerberom czy orchideom.

Sam Keukenhof to 32 hektary kwiatów – tulipanów, żonkili, hiacyntów  – ułożonych w fantazyjne klomby wokół wiekowych drzew, fontann, alejek,  stawów. Rośnie tu 4,5 miliona tulipanów różnych odmian.

Park dawniej należał do holender skiej księżnej Jakoby z Bawarii, która  tu polowała, ale też zbierała zioła do zamkowej kuchni, stąd nazwa tego miejsca. Park czynny jest tylko od 20 marca do 18 maja, czyli wtedy, kiedy kwitną rosnące tu kwiaty. Co roku po jego alejkach spaceruje kilkadziesiąt tysięcy turystów. Holendrzy często wpadają tu  z dziećmi, dużo jest też ludzi starszych.  W parku odbywają się koncerty muzyki klasycznej, pokazy mody inspirowanej kwiatami oraz wystawy ptaków.

Keukenhof nie jest jedynym dowodem na to, że Holandia jest królestwem tulipanów. W pobliskim Liesse znajduje się istniejące od 1917 roku laboratorium badań nad cebulkami kwiatów. Ci, którzy po zwiedzeniu Keukenhof wyruszą do Hagi, oddalonej o 25 kilometrów, będą mogli podziwiać zza szyby samochodu wielobarwne, ciągnące się po horyzont pola kwiatów. Ten rejon słynie z hodowli najbardziej popularnych  w Holandii tulipanów.

Tulipany trafiły do Niderlandów  w XVI w. z Turcji, gdzie hodowano je już ponad 1000 lat temu. W XVII wieku tulipany w Holandii robiły zawrotną karierę w sztuce, handlu, ogrodnictwie. Dzięki małym cebulkom błyskawicznie powstawały ogromne fortuny. Tulipany często stanowiły przedmiot spekulacji, zwłaszcza w okresie „szału tulipanowego” w latach 1633-1637. Najdroższe były odmiany o dużych, szkarłatnych kwiatach z białymi paskami na płatkach. Jedna cebulka osiągała cenę 36 worków pszenicy, 72 worków ryżu, 4 krów, 12 owiec, 8 świń, 2 beczek wina, 4 beczek piwa, 2 brył masła, 2 funtów sera  i kubka ze szczerego złota.

Tulipanowa gorączka zakończyła się równie gwałtownie, jak się rozpoczęła. Zadecydowała o tym jedna noc  1637 roku, kiedy nastąpiło załamanie handlu cebulkami. Po krachu Holendrzy nie odwrócili się od tulipanów. Dzisiaj kwiatami handluje się głównie na największej giełdzie kwiatowej w miejscowości Aalsmeer. O świcie kwiaty zwożone są barkami na teren szklanego amfiteatru, tam następuje publiczna licytacja. To największa na świecie aukcja kwiatowa; codziennie około 14 milionów kwiatów przechodzi tu z rąk do rąk.

Ale tulipany czy ich cebulki można kupić wszędzie, także w Hadze – stolicy kraju, siedzibie rządu oraz większości głównych urzędów państwowych. Tu również na co dzień mieszka i pracuje królowa. O ile nie jest w podróży, dni powszednie spędza w biurze. Tyle że mieści się ono, jak na królową przystało, w pałacu. Noordeinde to klasycystyczna budowla, ale jego najstarsza część powstała w 1533 roku. Pałac więc bywa też nazywany „het Oude Hof”, czyli stary dwór. Noordeinde stoi w centrum miasta. Dla turystów dostępny jest tylko ogród pałacowy.

Beatrix z rodziną mieszka na obrzeżach miasta w XVIIwiecznym pałacu.Choć nazywa się Huis ten Bosch, czyli „dom w lesie”, jest okazałą rezydencją z sadzawką przed głównym wejściem.

W Hadze poddani Beatrix też mają święto związane z monarchinią, tyle że w trzeci tydzień września. Jest nim Prinsjesdag – uroczysty przejazd królowej  w złotej karecie przez Hagę na otwarcie sesji parlamentu. Holendrzy masowo wylegają na ulice i okrzykiem: „Niech żyje Królowa!” (Lewe de Koningin!) witają monarchinię.

Pasją królowej jest sztuka. Beatrix jest zdolną rzeźbiarką oraz mecenasem  sztuki współczesnej – zarówno w jej biurze, jak i rezydencji znajduje się wiele obrazów i rzeźb. Zbiory królowej mogą oglądać nieliczni, ale za to w Hadze jest wspaniałe muzeum Mauritshuis z wybitną kolekcją XVIIwiecznych mistrzów: Rembrandta i Vermeera. Tutaj można podziwiać słynne: „Lekcję anatomii doktora Tulpa” czy „Dziewczynę z perłą”. Przy okazji wizyty w stolicy warto wpaść też do ukończonego  w 1935 roku Gemeentemuseum. To ostatnie dzieło architekta Hendrika Berlage’a, uważanego za ojca amsterdamskiej szkoły architektury, ma największą na świecie kolekcję obrazów twórcy neoplastycyzmu Pieta Mondriana oraz sztuki zdobniczej, w tym słynnych wyrobów ceramicznych z Delft.

O tym, jak powstają te cacka, można się przekonać, odwiedzając samo Delft, a w nim manufakturę Koninklijke Porceleyne Fles, w której powstaje słynna porcelana Delft Blue. Nazwa pochodzi od niebieskich ozdób nanoszonych ręcznie na szkło, ale wyroby z Delft mogą być różnorodne, również kolorystycznie. Od typowych po czarne i wielobarwne, imitujące porcelanę chińską i w stylu holenderskiej secesji. W fabryce można prześledzić proces wypalania i ozdabiania słynnych szkieł, ale też wziać udział w kursach malowania porcelany, a kończąc zwiedzanie w sklepie przyfabrycznym, nabyć pamiątkę – filiżankę, wazę, kafelek albo komplet talerzy. Ceny – liczone w tysiącach euro – przyprawiają o zawrót głowy. No ale tutaj można kupić oryginał, a nie podróbkę, jakich pełno w sklepach z pamiątkami z Holandii.

Z Hagi do Delft prowadzi wygodna autostrada, ale oba miasta łączy też linia tramwajowa. Zabytkowa starówka Delft, w której kamienice wznoszą się nad kanałami, nie jest duża, da się ją zwiedzić w godzinę. Dzieje Delft sięgają roku 1075, ale w 1645 roku zostało prawie całkiem zniszczone w skutek eksplozji w arsenale, a następnie pieczołowicie odbudowane. Od tamtej pory niewiele się zmieniło. Centrum wyznacza Markt, na którego dwóch końcach stoją ratusz oraz katedra Nieuwe Kerk. Jej 115metrowa, strzelista wieża z zegarem góruje nad miastem. W świątyni znajduje się mauzoleum Wilhelma Orańskiego. Tu chowani są wszyscy członkowie dynastii orańskiej, ale jest to kaplica królewska, do której turyści nie mają dostępu.

Delft jest najbardziej znane jako miasto Vermeera – tu spędził całe życie. Można zwiedzić poświęcone mu muzeum przy Voldersgracht 21. 

By w pełni poznać królestwo Beatrix, trzeba uciec z Delft jeszcze dalej na południowy zachód. Dotrze się wówczas do malowniczej Zelandii, krainy wysp spiętych nitkami dróg poprowadzonych przez mosty i groble, leżącej tuż przy granicy z Belgią. Z plaży o białym piasku schodzi się tu do chłodnej wody, nad którą wieje idealny wiatr dla windsurferów. Niezapomniany klimat ma Deltawerken: niewielkie pasmo lądu wydarte wodom Morza Północnego, gdzie znajduje się 13 zapór i tam. Największa  z nich to 9kilometrowa Oosterscheldekering, oddana do użytku w 1986 roku przez królową Beatrix, która wygłosiła pamiętne słowa: „Zapora przeciwpowodziowa jest zamknięta. Tama Delta werken jest gotowa. Zelandia jest bezpieczna”. Koncepcja budowania  tam powstała po powodzi w 1953 roku,  w której zginęło 1835 osób.

W Deltawerken morze spotyka się  z otwartą przestrzenią przecinaną betonowymi zabudowaniami. Na niekończących się polach olbrzymie białe wiatraki – elektrownie wiatrowe – monotonnie obracają skrzydłami.

Anglicy powiadają, że Holandia jest tak płaska, że jak się stanie na krześle, to można zobaczyć niemal cały kraj. Tutaj wydaje się to niebezpodstawne.

Im bardziej na południe, tym bardziej krajobraz przestaje być już tak płaski, pojawiają się obszary zalesione, a nawet pagórkowate. Właśnie w takim otoczeniu w miejscowości w Apeldorn (Geldria) w centrum kraju znajduje się kolejna królewska posiadłość – Het Loo. Zbudowany w 1692 r. na polecenie Wilhelma III pałacyk myśliwski służył monarchom jako letnia rezydencja. Ze względu na rozmach bywał nazywany holenderskim Wersalem. Dziś w nowej jego części mieszka siostra Beatrix, księżna Małgorzata z mężem, a większą część zajmuje muzeum poświęcone  holenderskiemu domu królewskiemu. Niektórych przedmiotów prezentowanych w komnatach pałacowych rodzina królewska używała trzy wieki temu. 

Niedaleko, w Parku Narodowym Hoge Veluwe, stoi muzeum Museonder,  w którym królestwo Beatrix można zobaczyć jakby „od spodu”. Prezentowane jest tu życie różnych niezwykłych ekosystemów i organizmów podziemnych, w tym np. larwy żuka olbrzymiego, królicze nory oraz 23metrowe korzenie drzew. W specjalnie skonstruowanym symulatorze można nawet przeżyć  trzęsienie ziemi.

Helenie i Antonowi Kröller Müller  – magnatom przemysłu hutniczego  z Hagi, którzy założyli Park Narodowy Hoge Veluwe, skupując od mieszkańców działki ziemi – rejon zawdzięcza bogatą prywatną kolekcję sztuki współczesnej, w której jest aż 278 obrazów Van Gogha. Ta druga co do wielkości kolekcja prac tego malarza na świecie jest udostępniona zwiedzającym w muzeum noszącym nazwisko fundatorów kolekcji  – Kröller Müller, położonym wśród lasów i wrzosowisk.

W pobliżu parku znajduje się także Delfinarium w Harderwijk – jedna  z największych holenderskich atrakcji dla dzieci. Kilkakrotnie w ciągu dnia odbywają się tu spektakle z delfinam  i rekinami w rolach głównych. Jest to największe delfinarium w Europie.

Wielu turystów swoją znajomość  z Holandią ogranicza do restauracji  i sklepów Amsterdamu, a tymczasem to kraj, który proponuje dużo więcej. Jeśli ktoś chce jeździć na nartach latem  – w Niderlandach znajdzie całoroczne, sztucznie naśnieżane stoki. Jeżeli ma ochotę odpocząć zimą w tropikach  –  ugości go park wodny w Wassenaar pod Hagą, gdzie zimą można napić się kawy pod palmą oraz wykąpać się  w największym w Europie krytym  basenie Tikibad z fantastycznymi zjeżdżalniami.

Można też wyruszyć w przeszłość.  W Giethorn – malowniczej miejscowości, która bywa nazywana (podobnie zresztą jak Amsterdam) Wenecją Północy i jest najpiękniejszą wioską w całej Holandii, z małymi wiejskimi zagrodami, domami często krytymi strzechą i otoczonymi wypielęgnowanymi ogródkami. Najszybszym środkiem komunikacji jest w Giethorn łódka – punter, dawniej służąca do spławiania torfu. Można dopłynąć nią do każdego domu. Albo rower – wtedy jeździ się po malowniczych kładkach i ścieżkach. Można wstąpić do Olde Maat Uus – chłopskiej zagrody krytej strzechą z wystawą o tym, jak żyli mieszkańcy Giethorn 100 lat temu. Wiernie zachowane wnętrza, przedmioty codziennego użytku, stroje oraz mały sklepik przyciągają turystów, którym nie wystarcza rekreacja na wodzie czy na dwóch kółkach. 

Jadąc przez Holandię, na pewno  w którymś z miast czy miasteczek trafi się na dzień targowy. Na rynku rozstawiane są wówczas stragany z apetycznymi krążkami sera, pieczywem, słodyczami, wędlinami. Produkty nie są wcale tańsze niż w sklepie, ale być może uda się trafić na jakiś lokalny przysmak. Najbardziej znany typowy targ serowy odbywa się w Alkmaar w północno-zachodniej Holandii nad Kanałem Północno-holenderskim. Zgodnie z wieloletnią tradycją w każdy piątek od 2 kwietnia do 3 września, w godzinach od 10  do 12.30, na plac Waagplein w centrum miasta przywożone są sery Gouda  i Edam. Następnie są badane, testowane. Po sprzedaży krążki przenosi się na specjalnych nosidłach do budynku Waag  z 1365 roku, gdzie odbywa się ich ważenie. Warto obejrzeć ten inscenizowany specjalnie dla turystów spektakl, który odbywa się w scenerii zabytko wej Starówki, otoczonej malowniczym  kanałem Singiel.

Po Holandii jeździ się bardzo wygodnie. Cały kraj oplata gęsta pajęczyna autostrad, ścieżek rowerowych i kanałów. Podobno to najbardziej zaasfaltowany kraj europejski, gdzie autostrada ociera się o autostradę. Drogi prowadzą do każdego zakątka, z jakiegoś powodu wartego odwiedzenia. Jeśli przy autostradzie jest rezerwat rzadkiego gatunku roślin, to na pewno będzie  też zatoczka z parkingiem i tablica informacyjna.

Polaków może zaskoczyć, jak bardzo Holendrzy przestrzegają ograniczeń prędkości. Do nakazów stosują się wszyscy, karnie jadąc w wielu miejscach  50 km na godzinę nawet na 3pasmowej autostradzie! Mandaty za przekraczanie prędkości są boleśnie wysokie, podobnie jak i za brak opłat w strefie płatnego parkowania – minimum 50 euro za przekroczenie opłaconego czasu o kilka minut. W dużych miastach lepiej zostawić samochód na parkingu i dojechać  do centrum autobusem. Należy też pamiętać, że, jak to mówią, Niderlandy są tak małe, że kiedy się rozpędzimy,  nie zauważymy, że znaleźliśmy się  w innym kraju…

Tekst: Monika Brzywczy

Najnowsze

  • Lenin wrócił

    Lenin wrócił

    Do Poronina powrócił pomnik Lenina - to drewniana figura w proporcjach jeden do jeden, którą wykonał młody rzeźbiarz z tej miejscowości i ustawił przy drodze koło swojego domu. Sprawą zainteresowała się zakopiańska prokuratura, bo w Polsce zakazana jest publiczna gloryfikacja systemów totalitarnych.

  • Meleksy nie dały rady

    Meleksy nie dały rady

    Nie będzie elektrycznej rewolucji na drodze do Morskiego Oka. Meleksy nie sprostały trudom codziennej pracy, dlatego konne bryczki, fasiągi, nadal będą woziły turystów.

  • Po wiosnę i wino

    Po wiosnę i wino

    Szukając odmiennych smaków, krajobrazów, a przy okazji ciepła promieni słonecznych, warto teraz wybrać się do Republiki Południowej Afryki. Na przykład w okolice Kapsztadu.

Polecamy

  • Smakołyki kuchni czeskiej

    Smakołyki kuchni czeskiej

    Pomimo wpływów kulinarnych krajów sąsiednich - Węgier, Austrii i Niemiec - największe inspiracje czeska kuchnia czerpie z tradycyjnych, staroczeskich przepisów.

  • Rozdajemy "Poza wiarą" Naipaula

    Rozdajemy "Poza wiarą" Naipaula

    Rozdajemy kolejną książkę. Tym razem jest to "Poza wiarą" V. S. Naipaula. Książka ta właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne.