Snuje się nić Perebory z okolic Białej Podlaskiej tka się czerwonymi, czarnymi i białymi nićmi. Tkaczki odtwarzają wzory na podstawie dawnych, nawet stuletnich koszul czy fartuchów (fot. Julia Zabrodzka)
Podlasie

Snuje się nić

29maja2014

Nie da się wrócić do przeszłości. Do czasów, gdy w każdej izbie stały krosna, a w ręcznie tkanych koszulach i spódnicach chodziło się na co dzień. Można jednak sprawić, by to przeszłość powróciła do nas. tak jak na południu Podlasia, gdzie znów tka się perebory.

Stanisława Kowalewska snuje na włodawską modłę. Drewniana rama trzeszczy i poskrzypuje, gdy popycha ją drobną dłonią. Obraca snowalnię to w jedną, to w drugą stronę, nić prześlizguje się między palcami i układa w równe, białe pasma. Jedna krata, druga, trzecia, ściana, potem ósemka na kołkach i z powrotem. Zawsze się tak osnowę odmierzało.

 

„Po naszemu to podobnie” – szepczą przypatrujące się z boku panie. Trzeba znawcy, by wychwycić różnicę. Ale wokół same wprawne oczy, same zręczne dłonie. Do pracowni w Hrudzie zjechały tkaczki z Woskrzenic Małych, Mordów, Nowego Holeszowa. Przybyły, by podzielić się umiejętnościami i uczyć od siebie nawzajem. Na południowych krańcach Podlasia została ich ledwie garstka. Poza nimi mało kto jeszcze pamięta, jak się czyta spisek czy narzuca krosna. One wychowały się w świecie, gdzie wiedza taka nie była niczym niezwykłym.

 
„Zawsze krosna stały w domu – wspomina Zofia Jówko. – Chodniki robili, worki. Myśmy się przy tym od małego kręciły. Jedna z drugą ledwo nogami dostawała do pedałów, a już się pchała za krosna” – kiwa głową. Przysłuchująca się pani Marianna wtrąca: „W moich czasach dziecięcych, zaraz po wojnie, wszystko trzeba było samemu zrobić – i ręcznik, i pościel, i całe ubranie. Jak człowiek utkał, to miał, jak nie, to spał na słomie!” – kończy. Snuje się nić, snują się opowieści. O pijawkach, co czepiały się łydek, gdy chodziło się len moczyć w bagnisku. O zabawie w karuzelę na wirującej snowalni. O nieuważnej matce, która tkała przy lampie naftowej i wypaliła dziurę w osnowie.

 

Trudno naprawić tyle zerwanych nici. „Całą noc siedziała przy krosnach. Ale co było robić? Jakby to potem miała sąsiadkom pokazać? – uśmiecha się pani Józefa. Po chwili jej twarz tężeje. – Natkało się tych dywanów dla jednej córki, dla drugiej. A córki już ani tapczanu nie nakrywają, ani na ścianie nie chcą powiesić. Nikt już prawie nie tka w Woskrzenicach”.

 

„Na początku lat 90. zaczęłam pracować w Gminnym Ośrodku Kultury w Białej Podlaskiej. I przeraziłam się, że tak niewiele osób interesuje się własnymi korzeniami!” – Bożenna Pawlina-Maksymiuk, pełniąca obecnie obowiązki dyrektorki tej instytucji, mimo upływu przeszło dwudziestu lat nie potrafi ukryć emocji. Kołowrotki i snowalnie kurzyły się na strychach i po stodołach, niejedne krosna skończyły porąbane w piecu. Zmieniał się też nadbużański krajobraz – znikały chałupy z drewnianą falbanką nad oknem, piach wiejskich dróg nakrywano asfaltem. Dawny świat na jej oczach odchodził w przeszłość. Chciała ocalić jak najwięcej. Jeździła, rozpytywała, zbierała stare sprzęty, stroje, tkaniny. Ale to nie przedmioty były najważniejsze.

 

Na podstawie wywiadów oraz ankiet wytypowała wsie, gdzie pamięć o tradycji wydawała się najżywsza. W Sitniku znalazła koronczarki, w Worońcu – gospodynie wykonujące kwiaty i ozdoby z bibuły, w Dokudowie – znawców lokalnej gwary. Dzięki ich wiedzy i umiejętnościom w miejscowościach tych miały powstać pracownie ginących zawodów i obyczajów. Jako pierwszą, w 2001 roku, założono pracownię tkacką w Hrudzie. Marianna Jówko, Zofia Jówko, Marianna Sawczuk po dziesięciu, może kilkunastu latach przerwy znów zasiadły do krosien. Zafurkotały kołowrotki i wrzeciona, zastukały klepaczki do lnu. Niektóre rzeczy musiały odkrywać na nowo. „Nicielnice babcia robiła, ale jak przez sen to pamiętam. Ale wzięłam deseczkę, nici i jakoś doszłyśmy” – śmieje się pani Zofia.

 

Pereborów nie pamiętały nawet one. Czarno-czerwono-białego ornamentu w geometryczne wzory nie widziano w Hrudzie od wielu, wielu lat. „Najczęściej nosiło się pasiaki – wspomina pani Zofia. – Wełniane spódnice, takie krakowskie, w paseczki”. „Zwłaszcza w niedzielę, do kościoła” – dodaje Marianna Sawczuk. Wcześniej od święta zakładano koszule i fartuchy zdobione pereborem. Był on znakiem rozpoznawczym strojów z całego regionu nadbużańskiego, nie tylko części leżącej obecnie w granicach Polski, ale także Białorusi i Ukrainy.W tamtych czasach Bug nie dzielił – przepływał po prostu przez krainę zamieszkaną przez Rusinów.

 

To z ich języka pochodzi nazwa „perebor”, nawiązująca do przebierania nici osnowy płaską deseczką. Mozolną czynność trzeba powtarzać raz po raz. Technika ta jest wyjątkowo czasochłonna i trudna, dlatego perebory traktowano jak skarb. Pasy z wytkanymi rombami, gwiazdami i kwadratami naszywano na białe lniane koszule, a gdy ubranie zniszczyło się, ornament odpruwano i ozdabiano nim kolejny rękaw czy stójkę. Z czasem pojawiały się coraz rzadziej. Może ich tkanie było zbyt pracochłonne? A może po prostu wyszły z mody? Swoje zrobiły też obie wojny oraz przesiedlenia ludności. Wszystko to nie służyło pereborom. Etnografowie konsekwentnie wieszczyli im zagładę.

 

Polecane wideo

Charakterystyczne pasowe wzory na ziemiach polskich zaczęły zanikać już na przełomie XIX i XX wieku. Proces ten nabrał tempa w latach 20. i 30., a gwoździem do trumny okazała się II wojna światowa. „Gdy przeglądałam publikacje naukowe, czy to z muzeum w Białej Podlaskiej, czy lubelskiego UMCS-u, wszędzie natrafiałam na powtarzające się sformułowania: już nie tkano, zanikły, zaprzestano” – mówi pani Bożenna.
Faktycznie, w okolicach Białej Podlaskiej nikt nie potrafił już tkać pereborów.

 

Wieści o ich śmierci okazały się jednak przedwczesne. Przetrwały ukryte wśród łąk i łęgów nad Bugiem – kilkadziesiąt kilometrów na południe, we wsi Dołhobrody, w domu Stanisławy Baj. „Moja chrzestna. To ona nauczyła nas tkać perebory” – Stanisława Kowalewska uśmiecha się z dumą, wyraźnie wzruszona. Ma ku temu powód. Jeszcze trzydzieści lat temu pani Bajowa, jak mówią o niej inne tkaczki, była chyba jedyną osobą w Polsce, która potrafiła wykonać charakterystyczny nadbużański wzór. Gdy Bożennie Pawlinie-Maksymiuk zamarzyło się odrodzenie tej trudnej sztuki, wybór mógł być tylko jeden.


W 2003 roku zebrała panie z pracowni w Hrudzie i razem udały się z wizytą do Dołhobrodów. Minęły kolejkę tirów na międzynarodowej trasie Berlin-Moskwa i wybrały jedną z wąskich, wiejskich szos. Bo głównymi drogami pani Bożenna jeździć
nie lubi. „Dziewczyny po kolei siadały przy krosnach, pani Stanisława objaśniała, nagrałyśmy też film, zrobiłyśmy zdjęcia” – opowiada. Była to pierwsza z wielu wzajemnych wizyt. „Chrzestna dużo serca włożyła w pracownię, lubiła tu przyjeżdżać. Ciągle tylko do Hruda i do Hruda – wspomina Stanisława Kowalewska. – Tkała do końca. Byłam u niej w niedzielę, oddała mi moje czółenka, powiedziała: Teraz ty będziesz robić. Potem jeszcze cały poniedziałek przy krosnach siedziała. A we wtorek telefon – z chrzestną źle”.


Imieniem Stanisławy Baj nazwano pracownię w Hrudzie. „Dlaczego tylko wielcy artyści mieliby mieć swoje domy, ulice? Dla nas to ona była mistrzynią. I cały czas jest z nami” – pani Bożenna wskazuje na zdobiony pereborem strój Stanisławy Baj, ustawiony na manekinie przy wejściu do przestronnej izby. Obok trwa nauka. Tkaczki pokazują młodszym adeptkom, jak przygotować osnowę, jak założyć ją na krosna. Paulina i Małgorzata od paru godzin przewlekają nitkę za nitką przez oczka nicielnic, które przymocują potem do pedałów.

 

„U nas nazywa się je cepy” – mówi pani Magdalena z Mordów. „Naprawdę? W Woskrzenicach to zawsze były łapy” – dziwi się inna tkaczka. Pani Bożenna komentuje: „Po to właśnie stworzyliśmy pracownię. Ma być miejscem spotkań. Bazą, gdzie gromadzimy wiedzę twórczyń rozproszonych po okolicznych miejscowościach, żeby zachować ją i przekazać kolejnemu pokoleniu. W oparciu o pracownie powołaliśmy Uniwersytet Ludowy, przygotowujemy mistrzynie do prowadzenia zajęć.


W maju zamierzamy też złożyć wniosek do UNESCO o wpisanie umiejętności tkania pereborów na Listę niematerialnego dziedzictwa ludzkości”. Warsztaty powoli dobiegają końca. Jeszcze ostatnie nitki, ostatnie poprawki. Panie zakładają kurtki, gaszą światło. Wychodzą w chłód wiosennego wieczoru. Do zobaczenia, do jutra! Te z Hruda wrócą do domów piechotą albo na rowerach, pozostałe wsiadają do samochodu. Pani Bożenna zajmuje miejsce za kierownicą, przekręca kluczyk, rusza. Nie przestaje mówić o przyszłości. O farbiarni, gdzie można by barwić nici tradycyjnymi, naturalnymi metodami. O pomysłach na zdobione pereborem wyroby. O próbach odczytania znaczenia poszczególnych symboli i ukrytych w nadbużańskich ornamentach sensów.

 

Tyle jeszcze do zrobienia! „Marzy mi się, żeby tkać wszystko z lnu, jak dawniej. Trudno zdobyć takie nici, musiałyśmy je sprowadzić z Białorusi. Ale słyszałam, że i u nas w regionie mają powstać uprawy. Podobno na tej ziemi len świetnie się udaje” – wskazuje na pola. Zmierzch rozlał się na nich szeroko. Gdzie okiem sięgnąć – równina. Poprzetykana chałupami i kępami drzew na miedzach, gdzieś w oddali niedbale fastrygowana sznurem ciężarówek. Dymy z kominów kładą się białymi, równymi pasmami. Noc utka z nich mgły.

Galeria - 11 zdjęć

Najnowsze

  • Sedan – samochód idealny?

    Sedan – samochód idealny?

    Choć może się wydawać, że dziś toczą dość nierówną walkę z niezwykle popularnymi hatchbackami i SUV-ami, sedany to samochody ikoniczne. Jeżeli istniałby wzór auta idealnego, podobny wzorowi metra wystawionemu w Sevres, bez wątpienia byłby to właśnie sedan.

  • Pomysł na nietypowy urlop? Rejs do Berlina!

    Pomysł na nietypowy urlop? Rejs do Berlina!

    Płynąc spacerowym jachtem motorowym po Odrze, wybrać można wiele kierunków, jednak tym, który musi przebyć każdy motorowodniak jest trasa z Wrocławia do Berlina. To blisko 700 km rzecznej żeglugi, podczas której zobaczy się niesamowite miejsca i przeżyje niecodzienne przygody. Przedstawiamy 5 największych atrakcji szlaku Wrocław-Berlin.

  • Wyrusz w rejs pod żaglami ITAKI

    Wyrusz w rejs pod żaglami ITAKI

    Relaks, gorące słońce, błękitne niebo, szum oceanu i rajskie wyspy na horyzoncie tak w jednym zdaniu można opisać propozycję spędzenia urlopu, jaką przygotowała Itaka.