Leśna akademia umiejętności O świcie po lesie tłuką się echem ostatnie basy potężnych jeleni. Rozpisana na wielogłosy symfonia rogaczy trwała całą noc. Wstające słońce kończy rykowisko. Unosi mgły i rozpoczyna nowy świetlny spektakl (fot.: Radosław Żydonik)
Bory Tucholskie

Leśna akademia umiejętności

15listopada2015

Jeden pochyla się nad dorodnym prawdziwkiem, drugi nad sztalugą. Ktoś z lipowego drewna wyczarowuje świętą figurę, ktoś inny dzierga na skrawku aksamitu ukwiecone łąki. Bory Tucholskie pachną grzybami i rozkwitają sztuką. Wybitnym malarstwem, rysunkiem, haftem, ludową rzeźbą. Las ma przecież wiele gałęzi.

Dębowy zegar wypełniał tykaniem ciszę. Żona leśniczego nie patrzyła w jego stronę. Wiedziała, że za chwilę mechaniczny ptaszek wyskoczy z dziupli i będzie się wydzierać, że czas oczekiwania minął, że jej mąż dawno powinien był wrócić. Drgnęła, gdy zamiast kukułki odezwała się pokrywka na buchającym parą rondlu. Kobieta już trzeci raz odgrzewała obiad. Duszona gęsina, smażone rydze, ziemniaczany szandar.

 

„Po lesie to można piechotą, rowerem, ale najlepiej bryczką. U nas w Śliwicach co drugi to woźnica. A wioska gościnna – szandaru można skosztować, przy ognisku posiedzieć, na sianie pospać” (fot.: Radosław Żydonik)


Ech, ci mężczyźni! Zerknęła przez okno. Słońce tliło się nad zachodnią ścianą lasu
i spływało po pniach sosen. Czerwone smugi przypominały świetliste wskazówki sunące
w rytm miarowego tik-tak, tik-tak. Miała ochotę cisnąć garnkiem w zegar. Wszystko przez tego malarza! Leśniczy zapatrzył się w niego niczym w obraz. Teraz pewnie łazi
za nim po Wierzchlesie, zamiast siedzieć z żoną przy stole, jak Pan Bóg przykazał.
„Nie powiem, utalentowany jest – westchnęła. – Ale Kazimierz ma za dużo roboty
na młodnikach, żeby jeszcze niańczyć artystę-dziwaka. Nawet takiego mistrza jak Leon Wyczółkowski!”.

 

Sprężyna w drewnianej skrzyni zaczęła trzeszczeć. Zanim jednak kukułka zdążyła się odezwać, na ścieżce zachrzęściły koła bryczki. Po chwili w sieni stanął Kazimierz Szulisławski – najbardziej zapracowany leśniczy Borów Tucholskich. Kobieta zobaczyła zafrasowaną minę męża i wtuliła się w pachnący żywicą mundur. Pal licho rozgotowaną gęsinę, w końcu wrócił. „Nie da się z tym Wyczółem dogadać – powiedział. – Gorączka, twórczy amok, jasna cholera! Mówię mu, że od rana nie miał nic w ustach. A on powtarza w kółko: Pracować, muszę pracować, jestem dzieckiem lasu... A ja to niby z pustyni? Ale jem, żeby żyć. Daj mi parę jajek i tego cudeńka duszonego. Zawiozę mu. Może jak ochłonie, sięgnie do koszyka. Chudy jest niczym ten pędzel, co nim wymachuje”. Mężczyzna ugryzł pajdę chleba, trzasnęły drzwi i bryczka zniknęła za kurtyną zieleni.

 

Do czasu krzyżackiej ekspansji teren dzisiejszych Borów Tucholskich był dziewiczą puszczą pełną dębów, buków, cisów, grabów, olch. Pierwsi osadnicy przynieśli ze sobą siekiery. Masowy wyrąb nastąpił na przełomie XVII i XVIII stulecia. Ogołocone z drzew obszary, ze względu na słabą jakość gleby, nie nadawały się jednak pod uprawy, więc w XIX wieku zalesiono je sosną (fot.: Radosław Żydonik)

 

Letni dzień 1930 roku dobiegał powoli końca. Wieczór pachniał wilgocią. Nieświadomy całego zamieszania Wyczółkowski – jeden z najznakomitszych twórców w historii polskiego malarstwa – przeżywał tymczasem własne rozterki. Chwila wahania: tusz, pędzel, może kredka? Miał apetyt na wszystko. Rozkruszony grafit wcierał opuszką palca w porowatą fakturę tektury. Drapał, cieniował, kreślił. Zawieszone pod łysą czaszką oczy wwiercały się w półmrok przedziwnego atelier.

 

Koło sokolników „Raróg” powstało w 1971 roku przy Technikum Leśnym w Tucholi. Uczniów i ich skrzydlatych podopiecznych łączy szczególna więź (fot.: Radosław Żydonik)

 

Światło załamywało się ciepłym pastelem na powykręcanych ramionach modelek. Kochał się w nich, odkąd przed kilku laty zamieszkał na skraju Borów Tucholskich. Portretował te najstarsze. Poorane zmarszczkami, z płatami odchodzącej skóry, pełne blizn.
I nieopowiedzianych historii. Cóż – drzewa nie mają ust. Są cierpliwe. Nie zrzędzą jak damy, które pozowały mu w podwarszawskich dworkach: „A może szanowny malarz raczyłby zrobić przerwę; plecy bolą, gorset ciśnie, a poza tym zaraz proszona herbatka
i brydż”.

 

Źle czuł się na salonach. Wolał szum lasu od dętych kawiarnianych pogawędek. Sam niewiele mówił. Dwa słowa: „Święty Gaj” – tylko tyle wykrztusił z siebie, gdy w 1926 roku po raz pierwszy zasiadł ze szkicownikiem pośród wiekowych cisów Wierzchlasu. Dziś kończył konterfekt najstarszego z nich, mrucząc pod nosem coś o sękatym królu. Jeszcze tylko kilka kresek, muśnięć koniuszkiem kredki. Skończył, gdy nadjechał Szulisławski. Gospodarz spojrzał na rysunek i klasnął w dłonie. Oto alchemia sztuki!

 

Aleja Klonowa im. Leona Wyczółkowskiego nieopodal Adamkowa. Na przełomie lat 20. i 30. ubiegłego wieku słynny malarz często gościł w Borach Tucholskich. Portretował wiekowe drzewa, również te przydrożne, zagubione pośród łąk czy pól. Od tamtej pory niewiele się tu zmieniło. Sielski pejzaż urzeka zarówno turystów, jak i artystów, którzy przyjeżdżają do Adamkowa na plenery (fot.: Radosław Żydonik)

 

Majestatyczny staruszek Chrobry potrzebował 600 lat, by wystrzelić ponad las potężną koroną. A tu proszę – wystarczył jeden dzień, by wyrósł na kawałku papieru. Leśniczy biłby brawo dłużej, gdyby wiedział, że jego ulubiony cis zacznie niebawem międzynarodową karierę. Kiedy dwa lata później Leon Wyczółkowski pokazał czarno-biały rysunek na biennale w Wenecji, cały artystyczny świat cmokał z zachwytu nad wyrafinowaną kreską mistrza. Żaden z marszandów nie pofatygował się jednak do Wierzchlasu. Niby po co oglądać oryginał? Ani go kupić, ani powiesić na ścianie. Innego
zdania byli koledzy „po sztaludze”. „Wspaniały temat! – mówili. – A gdyby tak uchwycić ten motyw o świcie albo w czasie burzy; i nie kredką, ale olejem, pastelem, akwarelą”.

 

Chwycili pędzle i ruszyli do Świętego Gaju. Spodziewali się kilku sędziwych drzew zastygłych pośród mchu i paproci. Zastali zieloną świątynię przesklepioną koronami tysięcy cisów, dębów i jaworów. Jak zahipnotyzowani wpatrywali się w mroczne wnętrze i subtelny światłocień, sączący się przez liście niczym szkiełka witraży.

 

Grochówka upichcona na ogniu – wspaniały posiłek po forsownym marszu przez ostępy (fot.: Radosław Żydonik)

 

„Wyczół miał nosa” – orzekli zgodnie, rozstawiając sztalugi. „Święta racja!” – przytakują im dziś studenci szkół plastycznych, którzy przybywają do Rezerwatu Cisów Staropolskich na wakacyjne plenery. Jednym uchem słuchają profesorskich uwag, drugim – historii serwowanych przez mieszkańców Wierzchlasu. „To aż z Krakowa przyjechali? Fiuuu... Kawał drogi. A tu Bory Tucholskie. Na północ od Chojnic i Tucholi,
aż po Kaszuby i Kociewie. Wszędziutko drzewa. Sosny prawie same. Bo starej puszczy tyle, co kot napłakał. Za dawnych lat bartnicy wypalali lasy pod wrzosowiska dla pszczół. A jak Krzyżacy zaczęli rąbać cis, to dopiero Prusacy za zaborów odłożyli siekiery.
Nie było już czego ścinać.

 

Kajakiem przez Bory? A jakże! Na amatorów wiosłowania czeka tu mnóstwo jezior i dwie rzeki – Wda oraz Brda (fot.: Radosław Żydonik)


A że ziemia pod uprawy marna, posadzili sosnę. Całe szczęście trochę dzikiego lasu przegapili. Zostały cisy koło Czerskiej Strugi, dęby na brzegach Brdy, mroczne gęstwiny wokół bagien. Wszędzie jak w baśni. Tylko trzeba uważać, bo łatwo się zgubić”. Zabłąkać się w takim świecie? Pośród legend o leśnych wróżkach, diabelskich kamieniach, zaklętych uroczyskach? Cudownie! Szeleści mapa w dłoniach turysty. Gdzie najpierw postawić stopę?

 

Obok narodowego, są tu cztery parki krajobrazowe i kilkanaście rezerwatów przyrody. Kilometry głuszy wysadzanej granatem jezior, owiniętej wstęgami Brdy i Wdy.
I poprzecinanej pajęczyną pieszych szlaków. Można zaplątać się w nią na dobre. Godzinami wędrować piaszczystymi niteczkami, nie spotykając żywego ducha. A gdy trzeba zapytać o drogę? Bez obaw. Wystarczy uważnie zerkać między drzewa. Co jakiś czas zza sosnowej kolumnady prześwituje czerwień dachówek. Właśnie tak odkryć można malutki Lińsk.

 

Kilometry leśnej głuszy – trudno wyobrazić sobie lepsze miejsce na harcerskie wypady z plecakiem i gitarą. Harcerki z tucholskiego hufca koncertują w pobliżu Zielonki nad Brdą (fot.: Radosław Żydonik)

 

Drobna chatynka wyłania się nagle z morza paproci skrywających wąwóz Goły Jon.
Co prawda nie stoi na kurzej łapie, ale to, co dzieje się wewnątrz, to prawdziwe czary. Pod sufitem warkocze czosnku, bukiety ziół, paciorki z pokrojonych prawdziwków. Nad kuchnią obłoczek. Drewniana łyżka nurkuje w garze wielkim niczym śródleśne jezioro. Prowadzona kobiecą dłonią, to wynurza się, to znika w krwistej kipieli. Orgia zapachów sprawia, że człowiek z rozkoszą zanurzyłby się w ukropie aż po czubek głowy.

Polecane wideo


„Pachnie tak cudnie, bo na mokradłach o świcie zrywana. Takiej żurawiny w żadnym sklepie nie uświadczysz. Do tego trochę gruszek i jabłek z sadu za oknem. Konfitura jest najlepsza na gorąco. I jak? – Bogusia Andrearczyk, prowadząca w Lińsku małe gospodarstwo agroturystyczne, uśmiecha się, widząc, w jakim tempie znika zawartość salaterek. – Że niby ja czarodziejka? A tu same takie gospodynie. W Śliwicach, Tleniu, Cekcynie, Gołąbku, w całych Borach. Wiadomo, że najpiękniej pachnie las. Ale u nas ma konkurencję!”.

 

Sielawa, okoń, pstrąg, szczupak lądują na borowiackich stołach równie często, co prawdziwki czy kurki. Jeziora i rzeki karmią ludzi tak samo smacznie jak las (fot.: Radosław Żydonik)

 

I zaczyna kulinarną opowieść o szandarze, czyli zapiekance z ziemniaków, o żurku
na maślance, flendzach, serze z czarnuszką topionym na smażonych kurkach. Okazuje się, że lokalną książkę kucharską pisało wiele społeczności. „Mamy tutaj prawdziwy przekładaniec – mówi Bogusia. – Bo oprócz Borowiaków, to i Kociewiacy, Kaszubi, Zaboracy, Krajniacy. Ziemia nieurodzajna, więc lekko nie jest. Wielu żyje tylko z lasu,
a jeszcze więcej ucieka do miast. Całe szczęście są dziwacy, co z miast uciekają do nas”.

 

Choćby Renata i Karol Gutszowie. Przez lata mieszkali w Niemczech. On zagrzebany
po uszy w projektach informatycznych (między innymi dla Mercedesa), ona w świecie projektowania mody. Właśnie pakowali bagaże, by ruszyć w podróż dookoła globu. Dokąd najpierw? Do Ameryki Południowej, Australii, Nowej Zelandii – zastanawiali się z nosami w przewodnikach. I właśnie wtedy zadzwonił telefon. Okazało się, że dostali w spadku stary dom w Adamkowie koło Tucholi.

 

Bory są zagłębiem ludowych twórców. Oto podręczny warsztat Zygmunta Kędzierskiego – artysty prowadzącego w Adamkowie zajęcia rzeźbiarskie (fot.: Radosław Żydonik)

 

Szybko odłożyli atlas świata i otworzyli mapę Polski. Żeby dostrzec borowiacką wioskę, potrzebna była lupa. Ani asfaltowej drogi, ani sklepu, do najbliższego kina dziesiątki kilometrów. W jednej chwili rzucić wszystko i zaczynać od zera? Zaryzykowali. Dziś mówią, że swoje Wyspy Dziewicze odnaleźli w Borach Tucholskich. Z początku nie było łatwo. 13 domów, 40 mieszkańców – marazm, bieda, brak perspektyw. Nic, tylko szukać pomocy w niebiosach. Więc Renata spojrzała w górę i dostrzegła ptaki. Zięby, trznadle, modraszki, pokrzewki. A może by tak stworzyć ptasią wioskę?

 

Miejsce artystycznych plenerów oraz spotkań z naturą i ekologiczną kuchnią z leśnym rodowodem. Niecodzienna idea uskrzydliła mieszkańców. „U nas takie rzeczy?” – nie mogli się nadziwić, gdy artyści z krakowskiej ASP stawiali koło ich obejść wielkie ptasie rzeźby. A potem długo dyskutowali o „Czyścicielu dywanów” – sztuce, którą pod namiotem uraczył ich teatr z Torunia. Brzydkie kaczątko wypiękniało. Dziś pachnący jabłoniami ogród przy wyremontowanym domu Renaty i Karola jest miejscem wymiany twórczych idei, które w okamgnieniu kiełkują na jałowej borowiackiej ziemi.

 

Róg myśliwski to tylko jeden z kilkudziesięciu instrumentów z bogatej kolekcji Piotra Grzywacza – specjalisty od sygnałów łowieckich i twórcy tucholskiego hejnału (fot.: Radosław Żydonik)

 

Jak grzyby po deszczu wyrastają lokalne stowarzyszenia i wioski tematyczne (miodowa, chlebowa, jabłoni, kwiatowa). Wszędzie tam spotkać można ludowych rzeźbiarzy, bartników, producentów lokalnej żywności. Czasem też hafciarki. Wystrojone
w kwieciste kamizelki, szczebiocą nad robótką, wplatając między nici radosną opowieść.
„Proszę pana, bez obaw, ja się nie skaleczę – igła dziurkuje aksamit z prędkością napędzanego stopą singera – Że niby jak maszyna? Żeby pan świętej pamięci Danusię widział!

 


Ta to w parę dni taki czepiec szyła. Ja potrzebuję tygodnia albo i lepiej, bo już palce grabieją”. Marianna wodzi wzrokiem po ułożonych na ławie borowiackich nakryciach głowy. „Wszystko ręczna robota. Wzór jest kaszubski, ale kolor nasz, z lasu. Od jasnego miodu przez bursztyn po zbrązowiałe jesienne liście. Tak jak w XIII wieku norbertanki
z Żukowa haftowały. Same kwiaty – tu storczyk, tam lilia, a tutaj tulipan. Piękne?

 

Stuletni budynek z drewnianą werandą jest dziś siedzibą nadleśnictwa w Trzebcinach. Ceglany dom w środku lasu był przed wojną architektonicznym ewenementem. Borowiackie osady budowano z drewna i kryto trzciną. Niestety, tradycyjne zagrody z przełomu XIX i XX wieku zniknęły niemal zupełnie z tutejszego krajobrazu. Jedne z ostatnich podziwiać można we wsi Krąg (fot.: Radosław Żydonik)

 

Nie pan pierwszy to mówi. Ponoć ten malarz Wyczółkowski, co to w Borach malował,
a czasem na kielicha do chłopów zaglądał, jak taki czepiec u jednego zobaczył, to się zaczął zastanawiać. A może rzucić w diabły te pędzle? I zacząć haftować”.

Galeria - 15 zdjęć

Najnowsze

  • Czeka Cię długi lot? Sprawdź, jak wykorzystać ten czas

    Czeka Cię długi lot? Sprawdź, jak wykorzystać ten czas

    Dla niektórych podróż samolotem to rozrywka i ekscytujące wydarzenie. Dla innych stres, nuda i zmęczenie. Bez względu na to do której grupy należysz, warto spędzić godziny w samolocie w możliwie najlepszy sposób. Najlepszą ku temu okazję zapewniają podróże prywatnymi odrzutowcami, które coraz prężniej działają na polskim rynku. Sprawdź, jak efektywnie spędzić czas na pokładzie samolotu.

  • Jak wybrać najlepsze assistance na podróż samochodem za granicę?

    Jak wybrać najlepsze assistance na podróż samochodem za granicę?

    Zagraniczna podróż samochodem może być niezwykłą przygodą, która pozostanie w pamięci całej rodziny na wiele długich lat. Może się jednak tak zdarzyć, że nie będzie to przyjemne wspomnienie, a każdy będzie chciał je jak najszybciej wymazać ze swojej pamięci. Jeżeli w czasie takiej podróży pojawią się problemy z samochodem, a znikąd nie będzie pomocy, będzie to raczej przykra, a nie przyjemna przygoda.

  • Jak tanio podróżować? [6 rad eksperta]

    Jak tanio podróżować? [6 rad eksperta]

    Tanie podróżowanie naprawdę istnieje. Zobacz, na czym polega jego istota.