Pałacowe wątki Royal School of Needlework jest uznawana za najlepszą szkołę wyszywania na świecie. Tutejsze studio przyjmuje również zlecenia renowacji gobelinów albo haftów na zamówienie (fot. Artur Kot)
Anglia

Pałacowe wątki

30grudnia2013

Półtora wieku tradycji i siedziba w pałacu Hampton Court. Liczne wystawy, dziesiątki nagród, setki prestiżowych zleceń. Całkiem sporo jak na szkołę, która uczy tak mało popularnej dzisiaj sztuki. Wyszywania. A jednak pracowitością można wiele osiągnąć. Najlepiej wiedzą o tym uczennice Royal School of Needlework, od lat haftujące tło historii Zjednoczonego Królestwa.

Projekt przebudowy przygotował słynny architekt Christopher Wren, ale braki
w skarbcu i śmierć królowej Marii powstrzymały planowaną rozbiórkę średniowiecznej części kompleksu. To z tamtego okresu pochodzą imponujące freski, którymi włoski artysta
Antonio Verrio ozdobił klatkę schodową

Szturm rozpoczyna się punktualnie o dziesiątej. Turyści przestępują z nogi na nogę, w napięciu czekając na otwarcie bramy. Nic dziwnego, bo Hampton Court to jeden z najbardziej imponujących pałaców w Anglii. Oszałamiające wnętrza, dzieła sztuki i mnóstwo historii, z których każda zasługuje na odrębne opowiadanie.

Rezydencję zbudował w 1525 roku potężny kardynał Wolsey, lecz projekt okazał się zbyt wspaniały. Pałac wpadł w oko Henrykowi VIII, a fundator musiał przekazać swoją siedzibę monarsze. W geście dobrej woli. Odtąd król spędzał w Hampton miodowe miesiące z kolejnymi żonami. Rozbudowa kosztowała tyle, co równowartość 18 milionów dzisiejszych funtów.

Ponad tysiąc komnat, kilkanaście dziedzińców, ogrody. Do tego kuchnie, potrafiące wykarmić sześciuset członków dworu. Wszystko jedynie dwadzieścia kilometrów od Londynu. Dziś przyjeżdżają tutaj setki tysięcy osób, ale tylko nieliczni zauważają ukrytą w starych murach sekretną enklawę.

To Royal School of Needlework – szkoła ręcznych robótek, wyszywania i haftu. Dla instytucji z tradycjami trudno o bardziej prestiżowy adres. Kilka pomieszczeń dzierżawionych od samej królowej dobrze chroni przed turystycznym zgiełkiem. Do wyszywania potrzeba spokoju. Tak jak do snucia opowieści.

„W tej historii piękno idzie w parze z niecodziennym szczęściem. Pewnie dlatego, że przez niemal półtora wieku pisały ją prawie wyłącznie kobiety” – Amanda Ewing, która haftuje w szkole od dwudziestu lat, rozkłada na stole zawartość ozdobnego pudełka. Kilka reprodukcji i pożółkłe fotografie. Pierwsza z brzegu to portret młodej dziewczyny. Łagodna twarz, głębokie czarne oczy i bijący z nich anielski spokój. Lady Victoria Welby. Założycielka.

Od jej chrztu minęło tylko parę dni, gdy matka chrzestna, Wiktoria Hanowerska, została koronowana na królową Wielkiej Brytanii. Takie wyróżnienie dawało ogromne możliwości. Zaczęło się jesienią 1872 roku, całkiem skromnie, w małym pokoju nad sklepem z beretami. Pierwszymi uczennicami pani Welby były osierocone przez ojca siostry Martha i Laura Lee.

Wiele komnat zdobią wyszywane złotymi i srebrnymi nićmi arrasy. Król kolekcjonował tapiserie, dbając o to, by Hampton był jednym z najwytworniejszych pałaców
w Anglii

W tamtych czasach „osierocone” oznaczało tyle, co „skazane na życie w nędzy”. Dziewczęta mogły zostać co najwyżej pomocnicami do wszystkiego, bo pracodawcy i tak faworyzowali chłopców. Wprawdzie Lady Victoria pobierała wpisowe na pokrycie kosztów szkolenia i materiałów, ale gwarantowała godziwą przyszłość.

Choć zmiany w modzie i mechanizacja produkcji spychały haftowanie na margines, profesjonalne wyszywanie wciąż było zajęciem opłacalnym. Panny chciały się uczyć i pracować. Wieści o kursie szybko się rozniosły. Pomysł zaskoczył.

Kolejne zdjęcie. Londyn, słoneczny marcowy poranek, zaledwie trzy lata później. Pod ogromną willę przy Exhibition Road podjeżdża królewski powóz. Wzdłuż ulicy gwardziści w wysokich czapach (tradycyjnie wykonywanych z niedźwiedziego futra), setki wymierzonych w niebo bagnetów. Konie, gapie i sztandary. Ot, dzień otwarcia nowej siedziby szkoły. Przełom. Patronką została sama monarchini, a jej córka, księżna Helena, objęła posadę przewodniczącej. Była to sensacja, bo od członków dworu nie oczekiwano wówczas takiego zaangażowania w życie publiczne.

Także królewski ślad w nazwie, czyli określenie „royal” – zarezerwowane dla wybrańców – było dowodem zaufania. Szkoła w pełni na nie zasłużyła. Hafty zdobywały medale na wystawach międzynarodowych, zewsząd napływały prestiżowe zlecenia – choćby z Opactwa Westminsterskiego czy sali koncertowej Royal Albert Hall.

„Najważniejsza jest cierpliwość – mówią hafciarki. – Przydają się mocne plecy, bo czasem trzeba pochylać się przez kilkanaście godzin. A techniki zawsze można się nauczyć”. Zdarzało się jednak, że technika decydowała o sukcesie. Wyhaftowania całunu na trumnę królowej Wiktorii – pomimo niebotycznego honorarium – odmawiały wszystkie komercyjne zakłady. Z każdego przychodziła ta sama odpowiedź: „Niewykonalne w tak krótkim czasie” (z dnia na dzień). Ale hafciarki ze szkoły potrafiły idealnie odtwarzać identyczne ściegi. Wspaniały wzór, który ukończyły w dwadzieścia jeden godzin, pracując na trzy zmiany, wyglądał, jakby przygotowała go jedna osoba.

W średniowieczu zawodowym haftem zajmowali się mężczyźni. Dziś uczą się go przede wszystkim kobiety. Szkoła prowadzi zajęcia z ponad dwudziestu różnych technik wyszywania – jedną z nich jest silk shading, nazywana często malowaniem igłą, przy użyciu jedwabnych nici.

Dalsze fotografie są jak kolejne karty historii. Oto królowa Maria w pięknie wyszywanej sukni, pozująca u boku świeżo koronowanego Jerzego V. Albo koronacja Elżbiety II w 1953 roku. Dla szkoły – kolejne wyzwanie. I znów wszystko w pośpiechu.

Dwanaście kobiet musiało pracować na zmianę przez trzy miesiące (siedem dni w tygodniu!). Początkowo do atelier miały wstęp tylko najwyższe stażem hafciarki. To one miały stworzyć ozdobny monogram „ER” (inicjały królowej) i koronę pośrodku kilkunastometrowego czarnego trenu. Później do pracy dopuszczono uczennice, które obszywały go złotymi motywami.

Szefowa pracowni wybierała dziewczyny osobiście. Wielki zaszczyt, choć także poświęcenie, bo hafciarek nie wypuszczano do domu. Wejścia pilnowała policja i kilka owczarków alzackich. Choć cała Anglia wiedziała, komu zlecono haftowanie szaty, sama operacja przebiegała w tajemnicy. Nikt nie mógł się dowiedzieć, jaki wzór pojawi się na sukni. Bądź co bądź, były to sprawy wagi państwowej.

W latach 60. szkoła miała już nową siedzibę: pięciopiętrowy budynek przy stołecznych Ogrodach Kensingtońskich. W wytwornych salach mieściły się wydziały: hafciarski, tapicerski, koronkarski, bieliźniarski i liturgiczny, bo przecież dziewczyny haftowały też ornaty, stuły i obrusy na ołtarze najważniejszych świątyń w kraju. Na parterze trzydzieści osób obsługiwało zleceniodawców. Hafciarki nie wiedziały, kto kupuje ich prace. Zgadywały, robiły zakłady. Wraz z mistrzynią pracowni domy klientek mogły odwiedzać jedynie jej zaufane asystentki – zawsze eleganckie, ubrane w proste spódnice i obowiązkowe rękawiczki. Londyn zdążył już oszaleć na punkcie Twiggy, mini i Beatlesów, ale prestiż zobowiązywał.

Dziś cała szkoła to trzy małe sale wykładowe. Gdzie nie spojrzeć – nici, włóczki, wstążki, manekiny. Pudełka guzików, nożyczek, igieł i pędzli. Kolejka czekających na renowację foteli, powycierane gobeliny. W ramkach wiszą prace studentek, wzory najcenniejszych haftów i obrazy malowane jedwabiem czy kordonkiem. Oraz projekty zupełnie nowoczesne: haftowane okno internetowej przeglądarki albo wyszywane brytyjskie śniadanie z ozdobionymi koronką jajkami, fasolą z pikowanej skóry i dzierganymi pomidorami. Wokół artystyczny nieład. To miejsce żyje.

Hampton Court był dla Henryka VIII pałacem uciech.

Polecane wideo

Okna wychodzą na pałacowe ogrody. Szpalery przystrzyżonych w stożki cisów, uśpione rozaria, fontanny. Alejkami przechadzają się aktorzy przebrani w kostiumy historycznych postaci.

Największym zainteresowaniem cieszy się oczywiście Henryk VIII. Dzieci nie odstępują go na krok – w końcu nieczęsto zdarza się porozmawiać z królem. Ile pan miał takich pałaców? Sześćdziesiąt. A ile pan miał żon? Sześć. A ile z nich pan musiał ściąć? „Ja zawsze chcę go zapytać, czy naprawdę haftował – Amanda zawiesza wzrok gdzieś daleko. – W 1539 roku francuski ambasador opisywał kondycję władcy w dwa lata po śmierci jego trzeciej żony: król odzyskał humor, cieszył się malarstwem oraz haftem, posyłał do Francji, Flandrii i Włoch po mistrzów tej sztuki.

Nie ulega wątpliwości, że cenił sobie kosztowne tkaniny. Wystarczy przyjrzeć się jego portretom w pałacu. Na każdym pozuje obwieszony złotem i klejnotami poprzyszywanymi do kaftanów i szat. Czy jednak sam wyszywał? Z zapisków ambasadora wynika, że tak”.

Zachował się jeszcze jeden list. Amanda wyciąga go z samego dna pudełka. Rok 2012. Kredowy papier, czerwona pieczęć Pałacu Buckingham. Królowa przesyła gratulacje z okazji 140. rocznicy działalności szkoły. Dziękuje za lojalność. Mocne, starannie dobierane słowa. Niezmienność, ciągłość, tradycja. Amanda próbuje ukryć wzruszenie.

Pod oknem dziewczyny siedzą nad projektem ozdobnego nakrycia na mównicę. Miarowe, precyzyjne ruchy. Ta historia powstawała zawsze tak samo – powoli. Ścieg przy ściegu, węzełek za węzełkiem. Gdzieś ponad tym ciche babskie rozmowy; szepty raz po raz przerywane tłumionym śmiechem. Podobno nic tak nie uspokaja jak haftowanie. Chyba faktycznie nic się nie zmieniło.

 

Do Hampton Court z dworca Waterloo w Londynie dojeżdża się w pół godziny (bilet 6,60 GBP/33 zł).

Wstęp do pałacu, który otwarty jest codziennie, kosztuje 17,60 GBP/87 zł (normalny), dzieci płacą 8,80 GBP/44 zł.

Royal School of Needlework, czyli szkołę haftu, można zwiedzać indywidualnie lub w małych grupach po uprzedniej rezerwacji.

Bilety w cenie 16 GBP/80 zł.

www.royal-needlework.org.uk

Galeria - 10 zdjęć

Najnowsze