Miastomorze „Niebieski jak morze, zielony jak parki” – tak zwykło się mówić o Sztokholmie. Woda zajmuje ponad 13 procent powierzchni stołecznego okręgu, a na każdego mieszkańca przypada 87,5 metra kwadratowego zieleni (fot. Joanna i Piotr Tyczyńscy)
Sztokholm

Miastomorze

07września2015

Gdzie nie spojrzeć, on tam jest. Mruga w prześwitach ulic. Szumi głośniej niż parkowe drzewa. W oknach przegląda się jak w zwierciadle. Obejmuje czule 14 śródmiejskich wysp; lubi, gdy go chwalą, ale naturę ma raczej przyjazną. Bałtyk jest w Sztokholmie wszechobecny, a szwedzka stolica zyskała w nim wdzięcznego partnera. Nie ma lepszego miejsca na miejski wypad.

Podobno nieustanny wrzask mew może przyprawić o szaleństwo. Zlewa się z szumem fal, świdruje, wzbiera, nigdy nie cichnie. „Taki latarnik z Grönskär musiał przeżywać trudne chwile” – mówi Sanna Fyring-Liedgren, pochylając się nad namalowaną przez
jej ojca akwarelką. Stig Fyring potrafił kilkoma pociągnięciami pędzelka zamienić plamę farby w groźną chmurę albo żagiel wypełniony wiatrem. Na obrazku skalista wysepka – jeden ze szkierów na zewnętrznym archipelagu – zniknęła całkiem w kipieli. Bałtycki szkwał szarpie fokiem spóźnionego jachtu, a z prawej, ledwo widoczna, opiera się żywiołom kamienna wieża.

 

„W środku siedzi pewnie rodzina latarnika. Co robią w taką pogodę? Stukają
w barometr? Może wleźli pod kołdry i udają, że to zamieszanie wcale ich nie dotyczy?
A może jedzą naleśniki z konfiturą? Pewnie to ostatnie” – Sanna kiwa głową. Choćby świat się walił, choćby wokół szalał sztorm, ona zawsze potrafi przywrócić problemom właściwą miarę. Uśmiecha się tylko delikatnie i przyrządza jeden ze swoich przysmaków.

 

Sanna Fyring-Liedgren poznawała tajniki sztuki kulinarnej w sztokholmskich i londyńskich restauracjach, ale od kilkunastu lat opracowuje własne przepisy (można się z nimi zapoznać na stronie www.matbruk.se) (fot.: Anna Kern)

 
Dwa kubki mleka, kubek mąki, trzy jajka, łyżeczka cukru wanilinowego, szczypta soli, łyżka masła i dużo poziomek z porannego zbioru. Zabełtać, smażyć, posypać owocami.
A potem palce lizać. Naleśniki znikają w okamgnieniu, rodzina nakarmiona. Sanna i jej mąż Oscar prowadzą na co dzień portal kulinarny; pod szyldem Homegrown Swedes publikują też w sieci krótkie filmy: proste obrazy codzienności. Sanna gotuje, spaceruje po parku albo rozlewa sok do butelek; kamera to rejestruje. „Lubimy obserwować proces powstawania rzeczy: ktoś coś buduje, naprawia, rysuje. Słowa są ważne, ale nie zawsze potrzebne” – zdradzają tajniki warsztatu.

 

Statki wycieczkowe, promy, parowce czy pływające restauracje walczą o miejsce przy prestiżowym nabrzeżu Strandvägen. Niepotrzebnie: długość linii brzegowej w stolicy Szwecji wynosi 160 kilometrów
(fot.: Joanna i Piotr Tyczyńscy)


Chociaż ich dom na przedmieściach Sztokholmu nie leży bezpośrednio nad wodą,
tu też słychać czasami krzyki mew. „Mnie kojarzą się z przygodą – mówi gospodyni. – Wiatr przynosi je z archipelagu. Jeśli przypadkiem odpowie im buczenie jakiegoś parowca, trudno pozostać obojętnym. Siadam sobie wtedy na ganku i pozwalam płynąć myślom”.

 

Mewy lecą dalej. Zaglądają w okna mieszkańcom robotniczej dzielnicy Söder, zataczają koło nad dachami Starego Miasta oraz nad śluzą oddzielającą słodkie wody jeziora Malaren od słonej zatoki Saltsjön. Potem krążą nad wyspą Skeppsholmen. Zwalisty kowal Thomas Cederroth odkłada wtedy narzędzia. W sąsiedztwie Muzeum Sztuki Nowoczesnej wynajmuje niewielką kuźnię, w której zajmuje się wskrzeszaniem zupełnie nienowoczesnego fachu.

 

Gdyby zamiast noży wykuwał topory, można by wziąć go za Wikinga – jeszcze chwila,
a z orężem w dłoni wskoczy na pokład i popłynie plądrować pomorskie wioski.
Ale to łagodna dusza. „Kowalom wiele uchodzi na sucho – podsumowuje z figlarnym błyskiem w oku. – Mogą przez cały dzień walić w coś młotem i nikt nie zaprotestuje”. Thomas wychodzi na nabrzeże i słucha nawoływania ptaków. Jego też ciągnie nad wodę. „Może i ja sprawię sobie własną łajbę?” – zastanawia się, skubiąc brodę.

 

Wyspa Skeppsholmen broniła kiedyś wejścia do centralnego portu, ale dziś przyciąga miłośników sztuki. Znajdują się tu Muzea Sztuki Nowoczesnej oraz Dalekiego Wschodu albo Centrum Dizajnu i Architektury.
W kawiarni Moderna Museet można zmierzyć się wzrokiem z Salvadorem Dalim, a z nabrzeży popatrzeć na panoramę Starego Miasta (fot.: Joanna i Piotr Tyczyńscy)

 

Hałaśliwi wędrowcy dotarli tymczasem nad wyspę Djurgården. Mają tam konkurencję. Nie tylko pod postacią kolonii czapli siwych, gniazdujących na leśnych mokradłach (wyspa jest miejskim parkiem narodowym, założonym na dawnych terenach łowieckich), ale również ludzi. Wrzaski tłumów korzystających z diabelskich atrakcji wesołego miasteczka Gröna Lund przez całe lato niosą się po wodzie zatoki.

 

Nie, żadna szanująca się mewa tego nie wytrzyma, czas wracać nad Bałtyk. Białe punkciki śmigają w stronę „ogrodu szkierów” – archipelagu złożonego z dziesiątek
tysięcy wysp: zielonych kęp upstrzonych drewnianymi domkami o czerwonych ścianach albo nagich skał. Ile czasu upłynie, zanim mewy miną twierdzę Vaxholm i dotrą nad marinę w Sandhamn, zatoczki Finnhamn czy ostatnie okruchy lądu koło Svenska Högarna?

 

(fot.: Joanna i Piotr Tyczyńscy)

 

„Zapytamy, gdy wrócą” – żartuje złotowłosa Klara Palerius, która w ogrodach Rosendal na Djurgården zabiera się właśnie za podlewanie kwietnej łąki. Rumianki, chabry, maki wdzięczą się do niej w oczekiwaniu na perlisty strumień. Łąka jest częścią ogrodniczego kompleksu – są tu i szklarnie, i warzywne grządki, i sad. Każdy może wziąć nożyce, by
za drobną opłatą skomponować własny bukiet. „Niektórzy stosują klucz kolorystyczny – zauważa Klara – inni są oszczędni: ciach, ciach i bukiecik gotowy, taki równiutki. Ale nie brakuje nienasyconych, którzy spontanicznie ścinają naręcze kwiecia. Tych najbardziej lubię, bo to wolne duchy, lato uderza im do głowy”.

 

Jednym z postulatów nordyckiej rewolucji kulinarnej był powrót do starych receptur i naturalnych składników. Skoro z upraw w centrum ogrodniczym Rosendals Trädgård korzystają najlepsi szefowie kuchni w Sztokholmie, dlaczego nie połączyć sadzenia rzodkiewek z wypiekaniem własnego chleba w piecu opalanym drewnem? (fot.: Joanna i Piotr Tyczyńscy)

 

O to w Sztokholmie nietrudno. Miasto już w marcu zdążyło otrząsnąć się z zimowych smętków, w kwietniu pochowało ciepłe ubrania do szaf, w maju rozprostowało kości,
w czerwcu szalało podczas obchodów midsommar. W lipcu celebruje życie. Rozpuszcza włosy, łazi na bosaka. Oddycha pełną piersią. Wskakuje na siodełka rowerów, urządza pikniki w parkach, gra w brännboll (rodzaj palanta), wchodzi na pokład, stawia żagle.

 

Pełne przestrzeni i zarazem kameralne, kosmopolityczne i lokalne, aktywne
i rozleniwione. Bałtyk – lub raczej Östersjön, Morze Wschodnie – jest dla miejscowych punktem odniesienia: stałym, choć nieustannie zmiennym. Długie zatoki kojarzą się bardziej z pojezierzem niż morzem, bo ich horyzont zawsze ogranicza ląd. Na każdej
z 14 wysp można trafić na urokliwe zakątki. Plac, podwórko, park, przystań, pomost. Sztokholm pachnie wakacjami.

 

Niby wciąż jest dynamiczną ponadmilionową metropolią – ekonomicznym i kulturalnym centrum kraju; wcale nie wolnym od problemów – ale potrafi wyjść z siebie i stanąć obok. Przyświeca mu jedna zasada: lagom, czyli tyle, ile trzeba. Ani mniej, ani więcej.
W tym jego siła.

 

Nie byle jakie osiedle zasługuje na kąpielisko z prawdziwego zdarzenia. To w ekologicznej dzielnicy Hammarby Sjöstad jest zarazem osiedlowym jeziorem i rezerwuarem, do którego trafia oczyszczona deszczówka z dachów oraz ulic (fot.: Joanna i Piotr Tyczyńscy)

 

Budujemy nowy dom

„Hej, hej! Masz ochotę na fika? – Karin wpadła właśnie na swoją przyjaciółkę Evę
i od razu organizuje wspólne popołudnie. – Co u ciebie? Bo u mnie, ach, posłuchaj, zmiany! Wszystko ci opowiem”. „Będzie miło” – bąka Eva. Perspektywa słuchania
o perypetiach Karin nie jest zbyt zachęcająca, ale da się przeżyć, jeśli na stół trafią ulubione łakocie. Cynamonowa bułeczka. Kulka czekoladowa z wiórkami kokosowymi. Albo prinsesstårta – przekładaniec z kremu, ciasta biszkoptowego oraz dżemu malinowego w zielonej polewie marcepanowej. Prawdziwa bomba kaloryczna,
za to z książęcym rodowodem. I oczywiście filiżanka aromatycznej arabiki.

 

W Szwecji króluje Karol Gustaw XVI, ale w Sztokholmie – prostota. Skandynawska powściągliwość przekłada się na klarowność przestrzeni miejskiej i oszczędność wzornictwa (fot.: Joanna i Piotr Tyczyńscy)

 

Fika to szwedzka instytucja. Nazwa wzięła się od zamiany sylab w słowie kaffi, lecz nie chodzi wyłącznie o kawę. Najważniejsza jest radość ze spotkania, pogawędka. W trakcie pracy, w domu, w cukierni. Gdziekolwiek, o dowolnej porze. Na przykład na schodkowym tarasie restauracji Göteborg w Hammarby Sjöstad – dzielnicy, w której spełnił się sen
o ekologicznym mieście XXI wieku.


Zanim do tego doszło, Sztokholm przeżył już jeden romans z nowoczesnością.
W dodatku dramatyczny w skutkach. Jego efekty można obserwować w betonowym
i anonimowym centrum. Zaczęło się w latach 30. ubiegłego stulecia, gdy rządzący krajem socjaldemokraci postanowili zerwać z mieszczańską przeszłością i zbudować Szwecję idealną, wolną od społecznych różnic.

 

Tak smakuje morze. Ostrygi jako przekąska ze staromiejskiego gastropubu Flying Elk przy ulicy Mälartorget 15
(fot.: Joanna i Piotr Tyczyńscy)

Stare musi odejść! Zabytki to burżuazyjny przeżytek, żaden dom nie powinien stać dłużej niż 70 lat. Precz z sentymentami! Idą zmiany: równy dostęp do światła i ciepłej wody, funkcjonalizm zamiast estetyki. Historyczne centra tracą znaczenie, nowe mają powstawać przy stacjach metra. Postulaty zrealizowano po wojnie: tylko
w śródmieściu wyburzono ponad 700 kamienic. Niewiele brakowało, a poświęcono by barokową starówkę – kolidowała
z planowaną autostradą.

 

Polecane wideo

Była to metodyczna działalność; tym trudniejsza do zatrzymania, że przyświecały jej szczytne idee. W końcu na drodze despotycznych urbanistów wyrosła potężna przeszkoda. Parę wiekowych wiązów w parku Kungsträdgården. Drwale szykowali piły,
bo drzewa zawadzały budowniczym metra, lecz 11 maja 1971 roku wybuchł spontaniczny protest. Mieszkańcy rozstawili na skwerze namiotowe miasteczko, niektórzy przywiązywali się do pni, policja przeprowadziła konną szarżę. Udało się jednak.

 

Mozaiki na stacji metra Universitetet są echem podróży przyrodnika Karola Linneusza
i zapraszają do odwiedzenia ogrodu botanicznego Bergianska
(fot.: Joanna i Piotr Tyczyńscy)

Nie tylko ocalono drzewa, ale i stolicę,
bo władze zaczęły od tamtej pory słuchać obywateli i zaniechały dalszych wyburzeń. Okazało się, że miejska rewolucja może mieć kolor zielony. Trzydzieści lat później poprzemysłowe nieużytki w południowej części Sztokholmu stały się scenerią kolejnego przełomu – stokroć bliższego duchowi słonecznego miastomorza niż powojenna utopia.

 

Osiedle, na którym Karin i Eva kupiły swoje mieszkania, jest modelowym przykładem zrównoważonego rozwoju. Jezioro Hammarby, rzut beretem z Söder, to takie morze-niemorze: słodkowodny akwen, lecz połączony kanałami z zatoką Saltsjön. Kręta linia brzegowa, doskonałe nasłonecznienie. Nic, tylko budować. Jednak zachłanni
deweloperzy musieli obejść się smakiem.
U podstaw projektu stało myślenie o mieście jako spójnym ekosystemie, w którym ludzie produkują połowę zużywanej przez siebie energii.

 

Najpierw rozrysowano infrastrukturę i opracowano zasady obiegu energetycznego. Architektów zaproszono do współpracy na samym końcu. „Żadnych ekstrawagancji – brzmiały wytyczne. – Budynki mają być kilkupiętrowe, proste, a ich wzajemne relacje – przemyślane”. By przemieszczać się po osiedlu, nie trzeba korzystać z aut; wystarczy transport publiczny, rower lub własne nogi. Zwłaszcza że przyjemnie tupie się
po deskach pomostów – czasem przecinających kępy tataraku, czasami wybiegających
w jezioro – i bawić się w chowanego ze stadkiem gęsi bernikli.

 

Zabytkowe jednostki nie tylko cumują przy nabrzeżu Skeppsholmen, ale dzięki staraniom pasjonatów żeglarstwa wciąż są w dobrym stanie. Dwumasztowy kecz Anna-Sofia z 1913 roku szykuje się do bałtyckiego rejsu (fot.: Joanna i Piotr Tyczyńscy)
 

Najważniejsze okazały się nowatorskie rozwiązania technologiczne. Organiczne odpady przetwarza się na przykład na biopaliwo wykorzystywane w miejskiej ciepłowni. Gdy Eva odkręca kran, woda nie spływa do ścieku, ale jest uzdatniana, trafia do miejscowej elektrowni termalnej i wraca do mieszkania. Zimą używa się jej do ogrzewania, latem – do chłodzenia. Z odzyskanej wody pozyskiwany jest także biogaz, na którym jeżdżą lokalne autobusy.

 

Parę lat temu o modelu Hammarby rozpisywał się cały świat. Osiedle już w trakcie budowy uznano za atrakcję turystyczną, bo jest cudownie położone, otwarte, zintegrowane z otoczeniem. Dziś można by pewnie to i owo poprawić, lecz fakt pozostaje faktem – Sztokholm stał się wzorem do naśladowania. Proekologiczne myślenie miało dalszy ciąg.

 

W 2010 roku Unia Europejska uznała Sztokholm za pierwszą Zieloną Stolicę kontynentu. Ekologiczną świadomość mieszkańców kształtują nie tylko takie projekty jak dobiegająca końca budowa osiedla Hammarby Sjöstad lub plany nowej dzielnicy Portu Królewskiego, lecz także wieloletni bliski kontakt
z przyrodą – czy to na działkach, we wspólnotowych ogródkach, czy podczas rodzinnych pikników
(fot.: Joanna i Piotr Tyczyńscy)

 

Strategia na najbliższe lata przewiduje całkowitą redukcję emisji gazów cieplarnianych do 2050 roku, optymalizację transportu publicznego, rewitalizację wszystkich portowych nabrzeży i zamianę stolicy w „miasto do chodzenia”. Oraz do pływania.
Już teraz jest tu 20 oficjalnych plaż, działa 80 klubów jachtowych, a z dróg wodnych korzysta regularnie około dziewięciu tysięcy żaglówek czy łodzi motorowych
(o parowcach, kutrach, promach, rowerach wodnych, pontonach i kajakach nie wspominając). Tylko pozazdrościć.

Harmonia szkierów

 

Wiatr ucichł. Terkot silnika niesie się po gładkim morzu. Słońce rozsiewa wszędzie migotliwe iskierki. Bałtyk śpi. „Dobre sobie, śpi. Droczy się z nami – mruczy pod nosem Anders Södergren, który z ramienia Fundacji Archipelagu opiekuje się wyspą Grönskär. – Przekonacie się, gdy podpłyniemy bliżej”. I rzeczywiście – łódź zbliża się do szkieru,
ale w nagie brzegi uderzają wściekłe bałwany. Skąd się wzięły? „Martwa fala szybko
nie wygasa – tłumaczy sternik. – Martwa, czyli posztormowa. Trzy dni temu mieliśmy złą pogodę. Dzisiaj nici z cumowania”. Trudno, otwarte wody miewają kaprysy. Można tylko opłynąć wyspę.

 

August Strindberg opisywał wyspiarską idyllę w „Mieszkańcach Hemsö” (w rzeczywistości Kymmendö), Astrid Lindgren wysyłała swoich bohaterów na fikcyjną wyspę Saltkråkan, wakacje na archipelagu spędzała Bergmanowska Monika, a romantyczne potańcówki na szkierach opiewał szwedzki bard Evert Taube. Obecni mieszkańcy stolicy chętnie naśladują postacie z dawnych książek, filmów czy piosenek
(fot.: Joanna i Piotr Tyczyńscy)


Widać kilka domków – przez cały rok mieszkali w nich kiedyś z rodzinami naczelny latarnik, jego pomocnik i asystent pomocnika – oraz ośmiokątną wieżę z piaskowca. Zbudowano ją w 1770 roku i nigdy nie zautomatyzowano. Światło przeniesiono w inne miejsce w latach 60., bo zmieniły się trasy oraz prędkość liniowców, ale od roku 2000 odrestaurowana latarnia znów mruga na zielono. Jakżeby inaczej – Grönskär to Zielony szkier.

 

„Fundacja sprawuje pieczę nad wieloma takimi zabytkami – wyjaśnia Anders. – Utrzymujemy 40 rezerwatów przyrody, liczymy ptaki, dbamy o pastwiska i pola
na centralnych wyspach, naprawiamy stawy na mieliznach, sprzątamy, pomagamy turystom. Bo to nasze dziedzictwo”. Tu, na zewnętrzne szkiery, nie jest łatwo dotrzeć, lecz mieszkańcy szwedzkiej stolicy i tak nie wyobrażają sobie życia bez archipelagu. Odkryli go pod koniec XIX wieku dzięki wprowadzeniu żeglugi parowej.

 

Lipiec, tuż przed północą. Słońce zniknęło co prawda za drzewami, ale niebawem wróci. Wodna tafla zastygła w krystalicznym bezruchu niczym zwierciadło. To jednak nie jezioro, ale Bałtyk – gdzieś na sztokholmskim archipelagu (fot.: Joanna i Piotr Tyczyńscy)

 

Szczęśliwcy mają na wyspach swoje wille albo przynajmniej jednoizbowe domki, inni muszą zadowolić się rejsami na wschód. Podróż śladem rozkrzyczanych mew zaczyna się często na nabrzeżu Strömkajen. Z komina parowca bucha dym, kapitan rzuca komendy, obsługa zaprasza na pokład.

 

Dokąd się wybrać? Na piaszczyste plaże Grindy, w leśne zakątki Gällnö, na rowerowe trakty Svartsö, a może na Utö, gdzie nie brakuje ani plaż, ani lasów, ani rowerów, ani rozgrzanych od słońca skałek. I nawet słynna gospoda się znajdzie. W Sztokholmie miasto, ląd i morze zawarły trwały sojusz. Dobrze im w swoim towarzystwie.

Galeria - 19 zdjęć

Najnowsze

  • Pomysł na weekend w Polsce? Poznań!

    Pomysł na weekend w Polsce? Poznań!

    Poznań kojarzy nam się przede wszystkim z pysznymi rogalami marcińskimi. W żadnym innym mieście w Polsce nie wypieka się ich z takim kunsztem i smakiem. Jest jeszcze kilka aspektów dla których warto wybrać się do tego miasta, choćby na weekend.

  • Hotel FORUM w Katowicach - czemu warto się tam udać?

    Hotel FORUM w Katowicach - czemu warto się tam udać?

    Hotel dysponując nowoczesnymi rozwiązaniami przeznaczonymi dla osób podróżujących biznesowo, jak i w celach turystyczno-wypoczynkowych!

  • 5 zalet wypoczynku nad polskim morzem

    5 zalet wypoczynku nad polskim morzem

    Zazwyczaj myśląc o wakacjach do głowy przychodzą egzotyczne wyspy lub kamieniste plaże. A gdyby tak tym razem wybrać się nad polskie morze?