Poszukiwacze duchów W przeważnie buddyjskiej Birmie pagody widać niemal na każdym kroku. Ale nie w prowincji Czin. Świątynia górująca nad miasteczkiem Mindat gromadzi lokalną społeczność buddyjską, nieodległy kościół – chrześcijan (fot. Iwona Bartoszcze)
Birma

Poszukiwacze duchów

21listopada2016

W całej Birmie chrześcijańscy święci, buddyjscy bodhisattwowie oraz lokalne bóstwa – naty patrzą na wiernych z obrazów i ołtarzy, czekając na jałmużnę lub modlitwę. Tylko w górzystej prowincji Czin na zachodzie kraju duchy spokojnie obserwują doczesny świat. Ważniejsza niż ofiary jest pamięć. Tatuaże na twarzach miejscowych kobiet są jej odwiecznym świadectwem.

Su Lwin rzadko bywa w okolicach ulicy Thein Phyu w Rangunie. Częściej zachodzą tam najnowsi mieszkańcy Birmy – emigranci z Europy, Ameryki i Azji, zatrudnieni
na intratnych kontraktach, dzielący się w drogich knajpach adresami dobrych siłowni.
Su Lwin woli okolice targu, gdzie kupuje świeże warzywa, owoce, pastę z tamaryndowca, liście limonki kaffir.

 

Irawadi to krwiobieg Birmy i do niedawna główny szlak transportowy z północy na południe. Płynąc przez rozległe niziny, mija między innymi Pagan, w którego okolicy znajdują się tysiące świątyń. Taksówki wodne wciąż są popularnym sposobem przemieszczania się (fot. Kuba Głębicki)

 

Nie znajdzie tam niestety yamu, słodkich ziemniaków (zwanych słoniową stopą), które przypomniałyby jej rodzinny dom w prowincji Czin. Jest w Rangunie od niedawna, pracuje w firmie telekomunikacyjnej. Jeszcze parę lat temu byłoby to niemożliwe,
bo telefony mieli wtedy wyłącznie najbogatsi. Dziś wszędzie na ulicy można dostać pokrowiec na komórkę, a za kilka tysięcy kiatów niedrogą kartę. Co z tego jednak, skoro w domu rodziców nikt nie podniesie słuchawki. Może kiedyś, gdy słupy telekomunikacyjne staną także na wzniesieniach Czinu.


Na razie Su Lwin marzy o nowej drodze, aby podróż nie trwała dwa dni. Z Paganu zawsze wyrusza o świcie. Poranne mgły nadal spowijają słynne świątynie. Na ich schodach nie rozłożyli się jeszcze sprzedawcy pamiątek, mury wciąż chłoną ciszę. Poza tym jest chłodniej, chociaż dla jadącej do Czinu Su Lwin upał na nizinach nie ma szczególnego znaczenia. Za Czaukiem oraz mostem Anawrathy trakt będzie się już tylko wznosił. Znikną plantacje słonecznika i morwy. Rozległe pobocza zamienią się w niepokojące stromizny.

 

Wiele kobiet z 65 plemion zamieszkujących Czin nosi jeszcze na twarzach tradycyjne tatuaże. Wzory na czole i policzkach są znakiem rozpoznawczym, pozwalającym ustalić, kto do jakiej grupy należy

 

Czin to wyłącznie góry, wciśnięte między Indie, Bangladesz oraz pozostałe stany współczesnej Mjanmy. Prowincję zamieszkuje 65 plemion, których członkowie dopiero
w XIX wieku dowiedzieli się, że stanowią część większej całości. Lokalnego patriotyzmu strzegły potężne masywy i gęste tropikalne lasy. Przebycie kilkudziesięciu
kilometrów zajmuje parę dni. Czasem wydaje się, że kolejna wieś jest tuż-tuż, ale
po chwili znika za następnym grzbietem.

 

Wśród zbitych zarośli gdzieniegdzie majaczą opuszczone i zarośnięte stupy.
Na niewielkich polach raz zielenią się nieśmiało świeżo wzrastające łodygi yamu,
raz złocą się już zebrane kolby kukurydzy. Dzisiejszy Czin pozostaje najbiedniejszym, najtrudniej dostępnym i najmniej zurbanizowanym stanem kraju. Tutejsi przez wieki nauczyli się żyć w oddaleniu, choć po otwarciu się Birmy na świat także oni zobaczyli szansę na lepszą przyszłość.


Widzi ją również Su Lwin, wracając do domu na święta. Może wtedy wybrać się
z przyjaciółmi do parku narodowego na górze Khonumtung (ten liczący 3053 metry n.p.m. szczyt dawni brytyjscy kolonizatorzy ochrzcili imieniem królowej Wiktorii) lub
na lokalny targ. Tam spotka z pewnością kobiety z plemion Muun, Dai i Makang
o pokrytych tatuażami twarzach. Wystarczy spojrzeć im w oczy, by dostrzec siłę, która wiązała je i wciąż wiąże z rodzinną krainą.

 

Birma, obecnie nazywana oficjalnie Mjanmą, to w większości górzysty kraj ze szczytami sięgającymi ponad 5800 m n.p.m. Najwyższe z nich znajdują się na północy, przy granicy z Chinami. Widoczne na horyzoncie góry strzegą prowincji Czin. Dziś niedostępny wcześniej region powoli owiera się na świat (fot. Corbis/Profimedia)

Nikt już nie pamięta, czy kobiety zaczęły tatuować twarze, by przypodobać się mężczyznom, czy raczej aby ochronić się przed zalotami bogatych książąt z sąsiednich prowincji. Niektórzy sądzą, że powód był bardziej prozaiczny. Miejscowi nie mogli porozumieć się we wspólnym języku, więc trzeba było znaleźć sposób na określenie plemiennej przynależności. Tatuowali się też w końcu mężczyźni. Tradycja przetrwała prawie tysiąc lat. Niebieskie wzory w kształcie litery P na policzkach oraz litery Y
na czołach wyróżniają obecnie kobiety Muun.

 

Dumne Makang noszą wytatuowane na czołach i brodzie kropki, łączące się w linie; nigdy jednak tak gęste jak w przypadku kobiet Dai czy Uppriu, które mają niemal czarne twarze. Dziś żadna panna nie zniosłaby wielogodzinnych i bolesnych sesji wprowadzania tuszu pod skórę za pomocą ciernia. Najmłodsza dziewczyna z tatuażami nie dobiła jeszcze trzydziestki, ale pewnie nie przekaże zwyczaju kolejnemu pokoleniu.


Nie przekazała go też córkom żona Theina Theina, mieszkającego w niewielkiej wsi Aye, między Kanpetletem a Mindatem. Dwie najstarsze z pięciu dziewczynek, Ei oraz Myo Myo, przysiadły na schodach domu i zamęczają małego psiaka, przytulając
go i miętosząc z całych sił. Ich najmłodsza siostrzyczka z pleców matki obserwuje, jak ojciec układa w spichlerzu dorodne „słoniowe stopy” – słodkie ziemniaki. Hodowla yamu to jedna z najbardziej dochodowych upraw w regionie.

 

Aung Kee opiekuje się niewielkim muzeum w Mindacie. Trafiają tu stroje (także szamańskie), totemy, broń, wyroby rękodzielnicze, które Aung skupuje po wsiach w regionie (fot. Grzegorz Gajewski)

Część słynących z leczniczych właściwości bulw pojedzie do Chin, gdzie zostaną wykorzystane do produkcji tradycyjnych leków. Z reszty Thein Thein zrobi na miejscu mąkę. Uprawa yamu pozwala wykorzystywać trudne górskie tereny i zminimalizować ryzyko utraty plonów, jak w pamiętnym 2006 roku, gdy zakwitły bambusy. Kwiaty tej trawy przyciągają zapachem szczury, a te niszczą przy okazji całoroczne zbiory.
Nie da się tego przewidzieć, a tym bardziej powstrzymać. Może pomogłyby duchy, lecz gdzie ich szukać i jak wzywać?

Polecane wideo


Odpowiedzi udzieliliby lokalni szamani, ale tych praktykujących trudno obecnie znaleźć. Jedną z nich była najstarsza szamanka z Hla Twe. Jej piękną pomarszczoną twarz zdobią niebieskie tatuaże, a uszy – ogromne kolczyki z tykwy, wciśnięte w rozciągnięte do granic możliwości dziurki. Z dumą nosi tradycyjny strój oraz biżuterię. „Kiedyś ubranie wyróżniało człowieka. Dziś wszyscy wyglądają tak samo” – mówi z uśmiechem. Wiele zmieniło się, odkąd chrześcijańscy misjonarze zawładnęli tymi terenami
i duszami ludzi.

 

„Dawniej rozmawiałam z duchami, ale teraz już nie słyszę głosów – opowiada staruszka. – Jestem jednak szczęśliwa, bo łatwiej mi będzie umierać”. Szamanka z Hla Twe zostanie pochowana, zgodnie ze swoją wolą, jako chrześcijanka, lecz może się okazać,
że na cmentarzu będzie dość samotna. Mieszkańcy Czinu to wciąż animiści, wierzący,
że duchy trzeba udobruchać podczas specjalnych ceremonii. Poświęcają wtedy zwierzęta: kozy, świnie, bawoły. Zwieńczeniem trwającego czasem przez tydzień obrzędu jest umieszczenie płaskiego kamienia na innym, znajdującym się na skraju wsi głazie. Tak powstaje dom duchów, gdzie po śmierci właściciela zostają złożone jego prochy.

 

Animizm to wiara w duchy zamieszkujące góry, rzeki, drzewa, każde niemal miejsce. Aby żyć z nimi
w zgodzie, mieszkańcy Czinu składają czasem ofiarę ze zwierząt, a ich czaszki wieszają na ścianach domów (fot. Grzegorz Gajewski)

 

Kremacja następuje często zaraz po chrześcijańskim pogrzebie. Grób pozostaje pusty.
Animizm funkcjonuje na terenach Czinu od wieków, a chrześcijaństwo od dziesięcioleci. Kościoły wpisały się jednak mocno w krajobraz miast i wsi. Dziś większość mieszkańców prowincji to chrześcijanie: baptyści i katolicy. Wielu z nich obawia się zainteresowania okazywanego im coraz częściej przez stolicę Naypyidaw. Mjanma – jak od 1989 roku brzmi oficjalna nazwa państwa – nie jest dziś spokojna, a buddyści pod wodzą radykalnego mnicha Ashina Wirathu stają się nieobliczalni.

 

Może się więc zdarzyć, że duchy przodków umilkną, znikną w mroku. Mimo to wciąż będzie je słychać w niewielkim muzeum, które w Mindacie prowadzi Aung Kee. Kontynuując pracę swojego ojca, podróżuje po okolicznych wsiach, skupuje stare monety, biżuterię i broń, szamańskie stroje, dzbanki czy kosze. Często odwiedza Aye, gdzie mieszka Thein Thein, a domów wciąż strzegą czaszki zwierząt zawieszone na fasadach i drewniane słupy w kształcie litery Y. Rzadziej zagląda do Heelongu,
który we władanie wzięli katoliccy księża.

 

Czasem sam przebiera się w strój szamana, wkłada na głowę opaskę z piórami. Jego syn bawi się przed domem. Czy pójdzie w ślady ojca? Trudno powiedzieć. Na razie zazdrości Su Lwin, bo ona widziała już w Rangunie ostatnią część „Hobbita”. Na dworcu autobusowym w Mindacie od rana panuje ruch. Sprzedawcy tłoczą się przy parkingu, część wypakowuje towary i udaje się z nimi w stronę targowiska, część ładuje
je na ciężarówki.

 

Su Lwin pije jeszcze ostatnią kawę z zakurzonej torebki, zjada słodką bułkę
w przydrożnej herbaciarni. Nie ma rady, trzeba ruszać! Kilkanaście kilometrów
za Mindatem droga skręca to w lewo, to w prawo, ale w oddali już majaczą płaskie tereny upraw słoneczników i srebrne wody Irawadi. Powietrze znów gęstnieje od gorąca. Widać pracujących w polu rolników, a na szosach robotników kładących asfalt. Wprowadzone w ruch kiwony znów tłoczą ropę na powierzchnię. Gwar narasta. Głosy duchów milkną za górami Czinu.

Galeria - 6 zdjęć

Najnowsze

  • NoBo Hotel*** oraz restauracja Kolory Wina w Łodzi

    NoBo Hotel*** oraz restauracja Kolory Wina w Łodzi

    NoBo Hotel*** w Łodzi to nowoczesny, designerski hotel, który powstał z pasji do tworzenia rzeczy nieprzeciętnych. Dzięki niepowtarzalnej estetyce oraz pięknym, nietuzinkowym wnętrzom kreuje wyjątkową, indywidualną atmosferę.

  • Na czym polega fenomen kijków trekkingowych?

    Na czym polega fenomen kijków trekkingowych?

    W ostatnich latach trekking stał się jedną z najpopularniejszych form aktywnego spędzania wolnego czasu. Mogą z niego korzystać praktycznie wszyscy, bez względu na wiek i poziom umiejętności. Trekking jest świetnym sposobem na utrzymanie dobrej kondycji i atrakcyjne spędzenie czasu na świeżym powietrzu. Co ważne, nie wymaga dużych nakładów finansowych, a więc jest dostępny dla większości z nas. Wystarczy wyposażyć się w dobre kijki trekkingowe, aby móc w pełni czerpać z tej formy aktywności.

  • Hotel FORUM w Katowicach - czemu warto się tam udać?

    Hotel FORUM w Katowicach - czemu warto się tam udać?

    Hotel dysponując nowoczesnymi rozwiązaniami przeznaczonymi dla osób podróżujących biznesowo, jak i w celach turystyczno-wypoczynkowych!